Turok: Dinosaur Hunter

Zacznijmy od tego, że Turok to nie miał raczej farta. Nie dość, że był barbarzyńcą żyjącym w prehistorycznych czasach (nie znał więc podcastu Rozgrywka) to jeszcze przyszło mu zmierzyć się z zaawansowaną rasą agresorów, którzy przy pomocy genetycznie zmodyfikowanych dinozaurów chcieli zawładnąć wszechświatem… I chociaż z jego perspektywy nie brzmi to zbyt zachęcająco, to zdecydowanie podobało się ludziom odpowiedzialnym za stworzenie tej komiksowej postaci (Paul S. Newman, Gaylord DuBois, Rex Maxon), która po raz pierwszy pojawiła się na łamach Four Color Comics w roku 1954, a następnie otrzymała własną serię Turok, Son of Stone.

43 lata po komiksowym debiucie, Turok wylądował w świecie gier wideo za sprawą głośnej produkcji Turok: Dinosaur Hunter. Produkcja Iguana Entertainment w pierwszej kolejności wydana została na Nintendo 64, a następnie wylądowała na PC, gdzie była jedną z pierwszych produkcji obsługujących akcelerację graficzną (obok Star Wars: Shadows of the Empire, które również najpierw debiutowało na N64). Czternaście rodzajów broni, różnorodni przeciwnicy, osiem rozbudowanych poziomów wypełnionych bogatym i żywym otoczeniem (jak na tamte czasy) – na samym N64 gra sprzedała się w nakładzie półtora miliona kopii, a na PC dodatkowo zachwycała przepiękną grafiką wspartą kartami Voodoo 3DFX.

Teraz, ponad 18 lat od premiery pierwszej odsłony gry i aż 61 lat po swoim komiksowym debiucie, Turok powraca. Nie jest to żaden sequel, czy reboot, tylko odświeżona wersja pierwszej części, tej z roku 1997. Autorzy i wydawcy nowej wersji, czyli ludzie z Night Dive Studios, nie mogli się chyba zdecydować jak nazwać produkcję – najpierw przebąkiwano coś o Turok Remastered, ale gra pojawiła się w sprzedaży po prostu jako Turok. Tymczasem po zakupie, już na liście gier w bibliotece Steam, widnieje jako Turok: Dinosaur Hunter. I tego będziemy się trzymać, bo zdecydowanie nie można nazwać tej produkcji remasterem.

Owszem, jest tu wysoka rozdzielczość, szerszy FOV, bloom, HDR i inne atrakcje, ale graficznie tytuł niewiele różni się od tego, co znamy z oryginału. Jest też obsługa pada, za co wiele osób chwali tę produkcję… wa wa wee wah. Można nawet napomknąć o delikatnych zmianach, wprowadzonych w projektach plansz. I jeśli spojrzeć na porównanie wersji oryginalnej i odświeżonej, to różnice widać gołym okiem. Niestety są to różnice niewielkie, a efekt końcowy to nadal archaiczna produkcja, z grafiką z poprzedniego wieku – kiedy po respawnie główny bohater oznajmia “I am Turok” ma się wrażenie, że jest on upośledzony… I w tym miejscu należy wyraźnie podkreślić, że ktoś miał wielkie jaja, wyceniając grę na 19,99 euro!

Turok: Dinosaur Hunter to tytuł, który w latach swojej świetności mógł się podobać – grafika, design lokacji, ich różnorodność, dostępny arsenał, wysoki poziom trudności. 18 lat później jedyne co tak naprawdę się jeszcze broni to to ostatnie. Lokacji jest łącznie osiem i każda z nich jest otwarta, wypchana ukrytymi miejscami i spawnującymi się często przeciwnikami, którzy na wysokim i bardzo wysokim poziomie trudności dają w kość (poziom normalny najlepiej omijać z daleka, bo można zasnąć w trakcie grania). Niestety walka nie sprawia dużej radochy, a zestaw giwer nie zaskakuje niczym, czego byśmy dzisiaj nie znali. Potrafi za to irytować, chociażby ze względu na amunicję specjalną – nie możemy się przełączać pomiędzy nią, a tą zwykłą. Jeśli np. podniesiemy wybuchowe naboje do strzelby, to musimy je wszystkie zużyć i dopiero wtedy wracamy do amunicji standardowej. Nurtuje mnie też jedno – jak, do cholery, używa się granatów, które zbiera się na każdym kroku?!

Zaletą gry jest brak zwykłego zapisu postępu (stan zapamiętuje się jedynie w bardzo rzadko pojawiających się punktach zapisu) oraz ilość żyć Turoka. Zużycie wszystkich kończy zabawę, należy więc zbierać specjalne kryształy – zebranie 100 sztuk owocuje dodatkowym życiem. W praktyce gra sprowadza się do przeszukiwania plansz, zbierania kryształów i poszukiwania kluczy otwierających kolejne lokacje. Po odnalezieniu wszystkich i ukończeniu danej mapy wracamy do huba, gdzie zdobyte klucze otwierają dostęp do kolejnych plansz. Co ciekawe, nie trzeba przechodzić ich po kolei, bo już po pierwszym etapie uzyskujemy dostęp do lokacji numer 2 i 3, mamy więc wybór w jakiej kolejności zagrać.

W trakcie gry odnajdujemy portale, które przenoszą nas do innych wymiarów i ukrytych miejsc. Tam zabawa staje się bardziej platformowa, ponieważ musimy pokonać daną lokację, żeby dotrzeć do uzupełnień życia, kryształów, amunicji i giwer. Po ukończeniu takiej “sekretnej” miejscówki wracamy do głównej planszy. Przyznam szczerze, że gra wciągnęła mnie na dłuższy czas i pierwsze lokacje pokonywałem z przyjemnością. Walka może i jest dość drewniana, podobnie jak wszystko inne w Turok: Dinosaur Hunter, ale produkcja ma to coś, co zachęca do dalszego grania… przynajmniej na początku.

Być może wynika to z faktu, że jestem prawie tak stary jak Turok i sentyment pchał mnie do przodu. Niestety po jakimś czasie zabawa nuży, a przygrywająca w tle muzyka irytuje. Spore wyzwanie na wysokich poziomach trudności też przeradza się w irytację, ponieważ bardzo często przeciwnicy zakradają się do nas bezgłośnie, lub strzelają z dużych odległości, a zlokalizowanie ich na mapie jest dość trudne.

Mimo jako takiej frajdy, którą sprawia gra zanim zaczyna nużyć, nie mogę wystawić tej produkcji dobrej oceny. Przyzwoitość mi tego zabrania. To nie jest żaden remaster, tylko odrobinę dostosowana do współczesnych standardów gra, której miejsce jest nadal w 1997 roku. Zdaję sobię sprawę z tego, że, nomen omen, wiele dinozaurów sięgnie po tą nostaligczną przejażdżkę po Zaginionym Lądzie. Szczerze jednak tego odradzam, zwłaszcza teraz, kiedy cena jest wysoka. Na koniec warto wspomnieć o średniej ocen Turok: Dinosaur Hunter na Steam, gdyż ta jest “bardzo pozytywna”. Ja się pytam, dlaczego?

Autor: Prez

Platforma: PC

Turok: Dinosaur Hunter / Deweloper:  Iguana Entertainment, Night Dive Studios / Wydawca: Night Dive Studios / Strona Oficjalna.

Grę otrzymaliśmy do recenzji od Evolve PR.