Street Fighter V nie działa, ale dziękujmy za niego – Rogata Sobota #11

Wiem, że start gry nastawionej na online to trudna sprawa. Takie produkcje stały się jednak zbyt powszechne, by wciąż akceptować to, że są z nimi problemy w pierwszych dniach, a nawet tygodniach życia. Tym bardziej, że po coś robione są beta testy. Ryu, słuchaj bo to do ciebie.

Tak najłatwiej potraktować Street Fighter V – jak grę zepsutą, atakując to, że nie ma trybów dla jednego gracza (brak Arcade to jawna kpina) i jej serwery mają ciągłą czkawkę, nie pozwalając na komfortową zabawę online.

Jednym słowem: mogiła. I w recenzji pisanej na już-teraz-day-one bym temu nie przepuścił. Rogata Sobota pozwala jednak rozwinąć się niczym język kameleona zwycięsko sięgający owada w locie. Albo coś w tym stylu. Dla mnie samo to, że ukazał się piąty Street Fighter jest po prostu wystarczająco dobrą nowiną, by cierpliwie czekać aż wyleczy swoje problemy.

Tajemnicą Poliszynela jest, że Yoshinori Ono niemal wybłagał u Capcomu możliwość pracy nad Street Fighterem IV. Firma nie chciała inwestować w niepewny, mały rynek bijatyk. Dlatego marka musiała zostać wydojona – zalana DLC’kami i dwoma kolejnymi pudełkowymi edycjami. Wbrew pozorom aż takich kokosów z nich nie było i do Street Fightera V zaprzęgnięto mniejszy zespół, który by przyspieszyć prace musiał korzystać z technologicznego wsparcia Epic Games (SFV śmiga na Unreal Engine 4), oraz z pieniędzy uzyskanych od Sony w zamian za ekskluzywność na konsolach… Capcom zwyczajnie ryzykował po raz kolejny, ale mały kosztem – wierząc, że aktywna społeczność bijatyk da radę się rozwinąć poza te kilkadziesiąt tysięcy osób przeżywających co roku Evo.

Dlatego wokół premiery gry zaplanowano już masę oficjalnych turniejów (które rozgrywają się także na terenie Polski). Nie ma czasu do stracenia, Uliczny Wojownik musi zacząć na siebie zarabiać jak najszybciej. Street Fighter V to w pewien sposób być albo nie być całej sceny bijatyk. Mimo przygotowania nikłej zawartości i pracy w szaleńczym tempie, na nowym silniku, nie było mowy o opóźnieniu gry choć trochę, skoro mapa turniejowa została już rozrysowana… I całe szczęście, że charyzma Ryu, Kena i Chun-li podoła temu, że tryb online obecnie tak bardzo leży. Bo wierzę, że podoła. Teraz od nas będzie zależeć czy pomożemy staremu mistrzowi podnieść się z desek i gdy już będzie pełen zawartości, szybki, sprawny, natychmiastowy, staniemy przed wyborem czy o tym pisać i zachęcać nowych do zajrzenia na tę radosną stronę gier, czy wszyscy skończymy w drużynowym polowaniu na headshoty i obserwowaniu jak moby przejmują całą gałąź esportu. Bo jeśli SFVI nigdy nie powstanie, a SFV powoli zacznie umierać to za nim pójdą kolejne marki i nim się obejrzymy bijatyki trafią w to samo miejsce co platformery 3D.

***

Mam nadzieję, że udało mi się jasno przekazać moje spojrzenie na tę sprawę. A jeżeli szukacie więcej informacji o grach, które kiedyś nikogo u nas nie obchodziły, albo teraz nie obchodzą to pamiętajcie, że Antlers.pl na was czeka. Zapraszam na przegląd tego co się tam działo przez ostatni tydzień:

***

Wiadomości

  • Zapowiedziano nową grę City Shrouded in Shadow, opowiada ona o ludziach którzy starają się przeżyć katastrofę w wielkim mieście… z tym, że spowodowała ją prawdopodobnie walka dobra i zła, może nawet Godzilli i Ultramana (to licencja w stylu Power Rangers, czyli faceci w rajtuzach i owadzich maskach, za którymi wybuchają fajerwerki – cudeńko)… Warto czekać na kolejne szczegóły i modlić się o premierę na Zachodzie, bo za tę grę odpowiadają twórcy innego katastroficznego survivalu – Disaster Report.
  • Platinum Games pokazało pierwszą próbkę gameplayu ze swoich Żółwi Ninja. Już widzę jakie to będzie dobre w co-opie (i jak będę wywijał Donatello).
  • Jakby Super Mario Maker był mało super to do gry dorzucono jeszcze możliwość przemienienia się w Bulbasaura, Charmandera i Squirtle’a. Prosto w dzieciństwo.
  • Ekspansja Yo-kai Watch w Japonii jest tak wielka, że niebawem pojawią się pewnie samoloty z tymi pociesznymi stworami. Na razie jednak przerabiają one historię Chin, bo mogą.

***

 

Wygrzebane z głębin

front-mission

  • Weźcie głęboki oddech i się nie śmiejcie. Spodobało mi się coś co się nazywa Kishin Douji Zenki: Batoru Raiden. Żarty  o byciu chorym łibusem za 3,2,1…
  • Ponieważ mamy tydzień Street Fightera to wypada poznać jego najdziwniejszą odmianę, która zdecydowanie powinna doczekać się nowej części, pokazującej jej blask w HD. Chodzi o Super Gem Fighter Mini Mix.

ryu-sfv

  • Trzymamy się tematu, to co widzicie wyżej to screen z tego jak w pewnym momencie wyglądał SFV. Wiele się w grze zmieniło, widocznie zrezygnowano z bardziej naturalistycznego wyglądu i trudno stwierdzić czy to dobrze. Mi się te postaci podobają w sumie w każdej wersji.

***

Fajeczka

cowbear

Pamiętajcie, że powinniśmy być wdzięczni za gry – jest za co. I zmierzając do końca tej Rogatej Soboty pochwalę się dwiema rzeczami: tym jak ciekawe są nowe Dobre Linki, i tym że skończyłem w końcu Bloodborne. Cóż to za pozycja – po niej nie da się lubić tytułów bez serca.

To już koniec, jak zwykle cieszę się że wpadliście. Dajcie znać co wam się w tym odcinku spodobało i czy choć trochę zależy wam na Street Fighterze V. Do przeczytania za tydzień, share the love!

~cascad