Quick Start! Fallout 4

Ron Perlman od kilkunastu lat próbuje nam wmówić, że wojna nigdy się nie zmienia, podczas gdy Fallout miał już wiele wcieleń – RPG, strategia turowa, hack ‘n’ slash, a w końcu “Oblivion z gnatami”.  Ten ostatni, to oczywiście efekt przejęcia praw do marki przez Bethesdę. Fallout 3, sandbox z widokiem FPP / TPP i sporymi uproszczeniami, złamał serca wielu fanom, ale wzbudził zainteresowanie młodego pokolenia, które z pierwszymi grami z serii nie miało nigdy kontaktu. Taka już jest branża, najważniejsze jest, żeby dotrzeć do jak największej ilości odbiorców – w końcu produkcje AAA kosztują ogromne pieniądze.

Fallout 4 miał swoją premierę wczoraj i jako fanboj serii przytuliłem tytuł natychmiast, by pierwszego wieczoru zniknąć na pustkowiach na prawie 7 godzin. Powiem to od razu: wojna znowu odrobinę się zmieniła… Po pierwsze, po raz pierwszy w historii serii główny bohater przemówił i robi to świetnie, pozwalając na większą immersję, urozmaicając dialogi i dodając smaczków podczas grania – np. kiedy po raz pierwszy użyłem narkotyku Jet przed walką z feral ghoulami, wykrzyczał on na całe gardło “Fucking kill” i z pianą na ustach rzuciłem się w tłum przeciwników.

 

 

Tak, to nadal “Oblivion z gnatami”, ale tym razem walka jest bardziej rozbudowana, bardziej dynamiczna, a V.A.T.S. przestało być aktywną pauzą – teraz czas jedynie zwalnia, co zmusza nas do szybszego podejmowania decyzji i owocuje wieloma intensywnymi starciami! Ale bez obaw, to nie jest Kolodudi – zapowiedzi nie napawały optymizmem, serwując nam całą masę napierda**nia, ale w rzeczywistości to nadal gra RPG. Zapomnijcie jednak o rozbudowanym rozwoju postaci i staroszkolnych ścianach tekstu – F4 kopiuje rozwiązania z Mass Effect, oferując proste odpowiedzi, które bohater rozwija w trakcie dynamicznych dialogów – wybieramy mniej więcej co chcemy przekazać, a potem oglądamy rozwój wypadków niczym scenę w filmie. Nie jest to co prawda poziom Mass Effect, ale nie są to też statyczne, nudne dialogi z Fallout 3. Ogromną zaletą produkcji jest większy nacisk fabularny na poboczne misje i zadania, w których oskryptowanie i towarzysze podróży powodują, że misje są ciekawsze i mniej generyczne.

Bethesda podchodzi tym razem do tematu z większym szacunkiem dla pierwowzoru, ale jednocześnie nie boi się rozwijać świata po swojemu. Okolice Commonwealth, czyli dawnego Bostonu, to obszar najmniej uszkodzony przez wojnę, więc krajobraz, który zwiedzamy, znacznie różni się od tego, do którego seria nas przyzwyczaiła. I jest to świetna zmiana, pozwalająca twórcom rozwinąć nieco skrzydła wyobraźni. Są tu ciekawe, klimatyczne lokacje, nowe frakcje, nowi przeciwnicy, cała masa nowych broni. Ale też ogrom tego co już dobrze znamy. Wystarczy powiedzieć, że na samym początku gry otrzymujemy Power Armor, miniguna i walczymy z… Deathclawem. A mniej więcej w czwartej godzinie przygody pojawia się możliwość dołączenia do Brotherhood of Steel.

 

 

Nie oznacza to wcale, że gra zasypuje nas wszystkim na samym początku – po prostu oferuje coś, co zazwyczaj było z trudem wypracowaną nagrodą na dzień dobry, sugerując, że to dopiero początek zabawy i że dalej, czekają na nas o wiele większe atrakcje. A to dobra rzecz, bo ile można serwować to samo? Nie cieszy mnie za to zarządzanie schroniskami i zabawa z modyfikacjami broni, bo wymaga ona poświęcenia ogromu czasu na zbieractwo, a samo tworzenie baz jest zrobione na tyle niewygodnie, że nie zachęca do zabawy. Na całe szczęście gra nie wymusza na nas zabawy w zarządce i pozwala zająć się eksploracją oraz questowaniem, a więc zadaniami najważniejszymi na pustkowiach.

Fallout 4 / Developer: Bethesda Softworks / Wydawca: Bethesda Softworks / Strona Oficjalna.

Prez