Quick Start! Doom

Każda kolejna odsłona Dooma była w pewnym rodzaju wyjątkowa. Doom? Wiadomka, nie trzeba nikomu tłumaczyć. Doom 2 – oferował trochę lepszą grafikę, bardziej rozległe i złożone plansze oraz nowe rodzaje przeciwników, w tym klasycznego już szkieleta strzelającego rakietami, czy lewitującą głowę plującą czaszkami. Doom 3 z kolei wprowadził nową jakość w oprawie wizualnej i już jego pierwsze pokazy powodowały opad szczęk. Tytuł przyjęto naprawdę dobrze i do dzisiaj gra się w niego świetnie, podobnie jak w poprzednie dwie części (serio!) zwłaszcza z modem Brutal Doom.

id Software znane jest z tego, że ich kolejne gry znacząco różnią się od siebie (wystarczy spojrzeć na ewolucję serii Quake) i nadchodzący wielkimi krokami sequel / reboot Doom nie wydaje się wyłamywać z tego schematu. Zapowiedzi kampanii dla pojedyńczego gracza sugerują, że rozgrywka znacząco zmieniła się względem trójki, ale na szczęście nadal oferuje radosną rozwałkę demonów. Zanim jednak położymy łapska na kampanii single, otrzymaliśmy możliwość przetestowania trybu multiplayer, który, niestety, wzbudził wiele kontrowersji podczas minionego weekendu, kiedy trwały otwarte testy wersji beta.

Ciężko jest sprecyzować, czym jest multi w nowym Doomie, a w zasadzie – od kogo zgapia. Największym zarzutem, jaki stawiają mu gracze, jest to, że mocno przypomina serię Halo – zarówno w rozgrywce jak i designie postaci. Wystarczy spojrzeć na pancerze zawodników. I rzeczywiście, design żołnierzy to krok wstecz. Pancerze są kolorowe i brzydkie, a możliwość odblokowania poszczególnych elementów do modyfikacji nie pomaga, bo te nowe też są brzydkie. W ogóle, design w grze jest brzydki. Bronie są brzydkie, interfejs jest brzydki, modele amunicji, zdrowia i pancerza są brzydkie i obleśnie kolorowe. O wiele lepiej sprawa ma się z mapami. Dostępne w becie dwie plansze były dobrze zaprojektowane i ociekały klimatem, chociaż… szczegółowością, czy grafiką nie zachwycały. Bo grafika w nowym Doomie, przynajmniej w trybie multi, jest średnich lotów.

Do prac nad grą zaangażowano sporo osób poprzednio związanych z Bungie i to czuć. Multiplayer mocno przypomina to, co znamy z serii Halo, chociaż nie jest oczywiście totalną jego zżynką. Ciężko jest powiedzieć, dla kogo ten tryb został stworzony, bo zapewnienia o powrocie do korzeni można wsadzić między bajki – trochę tu oldskulu, a trochę nie. Z drugiej strony to nie jest złe multi, ale trzeba się do niego przyzwyczaić. Czuć, że grę napisano z myślą o konsolach i nie dziwi ocena użytkowników Steam (Mostly Negative) bo rzeczywiście o wiele lepiej gra się na padzie. Z początku ma się negatywne uczucie obcowania z generycznym, futurystycznym shooterem, ale to nieprawda. Trzeba trochę pobawić się w multi, żeby nauczyć się grać i wtedy okazuje się, że można się całkiem dobrze bawić.

Jest dynamicznie, ale nie jest to tempo nowego Unreal Tournament, ani nawet Halo 5. Jest skillowo, ale grając padem na konsoli można się nadal świetnie bawić. To trochę tak jak ze Star Wars: Battlefront – gracz wychowany na klawie i myszce, który tak jak ja, robi się za stary na zmagania z młodym przeciwnikiem na pececie, będzie sobie świetnie radził w rozgrywkach konsolowych, gdzie przeciwnik nie stanowi dużego wyzwania. Co ciekawe, na PC również można wygodnie grać przy użyciu pada i nie odstaje się wtedy wcale od reszty (w przeciwieństwie do takiego Battlefronta w wersji na blaszaki, gdzie nie ma co nawet podchodzić z padem). W Doomie nie ma regeneracji zdrowia, nie ma chowania się za osłonami, nie ma przeładowywania. Apteczki i armor trzeba zbierać, mapy należy się nauczyć i koniecznie trzeba pozostawać w ciągłym ruchu. Co ciekawe, gracze konsolowi, którzy masowo rzucili się w weekend na betę, nie do końca przyzwyczajeni są do takiej rozgrywki, co widać było po ananasach stojących na różnego rodzaju platformach i półkach skalnych, próbujących przycelować przez przyrządy celownicze. Jakież było ich zdziwienie, gdy rozmazywałem ich po ścianach!

Nie ma tu różnicy, w co celujesz, więc na precyzyjne strzelanie w głowę nie ma co marnować czasu – headshot nie zabija od razu, lepiej więc nauczyć się szybko zasad walki. Strzał z rakietnicy, zmiana broni na obrzyn, strzał z bliska, ewentaulnie cios wręcz i bieg do kolejnego przeciwnika. Do tempa rozgrywki należy się przyzwyczaić. Pierwsze mecze to nieustająca agonia przegrywania i bycie rozrywanym na kawałki. Jednak po kilku rundach gra wchodzi w krew i walka staje się transem. Przynosi masę frajdy! Oferowane w becie TDM i Warpath (king of the hill z ruchomym punktem strategicznym) pokazują, czego możemy spodziewać się od pełnej wersji – szybkich, krwawych pojedynków, w których nie ma czasu na planowanie, a granie drużynowe nie jest aż tak ważne. Niczym w Call of Duty: Black Ops III, można wbić na rundę lub dwie samemu i bawić się świetnie. Można też pograć z kolegami i pogadać o sensie życia podczas krwawych starć z drużyną przeciwną.

Jest jeszcze kwestia narratora, który zarówno w wersji oryginalnej jak i polskiej, brzmi okropnie. Oznajmia “First Blood” tonem, jakby komentował rozdanie w pokerze. Dramat. Zupełnie niepotrzebne wydają się być tu modyfikacja pancerza, malowania, wizualna modyfikacja broni, czy wzięte z innych gier wyzwania oraz medale przyznawane za różne akcje, np. za obronę punktu strategicznego w Warpath. Są też nieszczęsne emotki, które możemy uruchamiać nie tylko na koniec meczu, jeśli znaleźliśmy się na podium, ale wzorem Star Wars: Battlefront, również w trakcie gry. Niepotrzebne, zupełnie niepotrzebne, ale cóż – takie czasy. Wszyscy chcą uszczknąć chociaż kawałek tortu, który od lat zgarnia DUDI. Koniec końców, ja po zakończeniu bety mam ochotę na więcej, ale musicie wziąć poprawkę na to, że jestem strzelankowym maniakiem. Na szczęście Doom jako główne danie oferować będzie kampanię dla pojedyńczego gracza. Kto zechce po jej ukończeniu spędzić kolejne godziny w multi, ten zagra. Każdemu jego porno.

Autor: Prez

Platforma: PC, PS4, Xone

Doom / Deweloper: id Software / Wydawca: Bethesda / Strona Oficjalna.