PREZ START #40 – Quo Vadis Kolodudi?

Jakie jest Call of Duty, każdy widzi. Seria od jakiegoś czasu zjada własny ogon, a my żartobliwie mówimy na nią Kolodudi, bo przecież skoro twórcy nie podchodzą do niej poważnie, to czemu my byśmy mieli? W ciągu trzynastu lat przeszliśmy od II Wojny Światowej do walk w kosmosie i gracze powoli mają dość tego tasiemca, co udowodnili głosując na “nie”, kiedy ukazał się trailer Infinite Warfare – w tej chwili jest to najmniej lubiany zwiastun gry na YouTube.

Musicie jednak zdawać sobie sprawę, że to niczego nie zmienia. Jest to nadal najpotężniejsza marka wśród gier akcji i o sprzedaż kolejnej odsłony nie ma co się martwić. Zwłaszcza, że wydawca zapewnił sobie sukces sprzedażowy, dodając remaster najpopularniejszej części w edycji deluxe. Tak jest, Call of Duty 4: Modern Warfare powraca i sprzeda się jak świeże bułeczki, mimo że sam model sprzedaży jest oburzający – remaster dostaniemy tylko kupując najdroższą edycję Infinite Warfare (przynajmniej na początku). I to nie jest wróżenie z fusów, bo każda kolejna odsłona sprzedaje się lepiej od poprzedniej i nawet bardzo nisko oceniane Ghosts trafiło do milionów nabywców.

Coś jest jednak na rzeczy, skoro przy okazji pierwszego trailera IW Internet zapłonął świętym oburzeniem. Oczywiście najbardziej hejtowali ci, którzy nawet nie grają, ale może czas na to, żeby pohejtował ktoś, kto z serią jest od samego początku i był jej wiernym fanem? Ktoś, kto od lat gra w kolejne odsłony z przyjemnością, mimo że zdaje sobie sprawę z wielu wad, jakie ma Kolodudi? Tym bardziej, że po pierwszej fali hejtu, coraz więcej moich znajomych mówi: “Może jednak zagram” odkąd zobaczyli fragment rozgrywki na E3.

A ja mówię: jak łatwo wszystkim wcisnąć kit. Przed chwilą było psioczenie, a teraz jest zainteresowanie – magia marketingu. Wstrzymajcie się z tym entuzjazmem. To będzie takie samo DUDI jak zawsze. Nie pierwszy raz zapowiedzi pokazują sekwencje latane, które w praktyce okazują się być krótkim fragmentem, który przechodzi się sam. W Black Ops III można odłożyć kontroler, a nasz samolot sam będzie leciał za wrogiem, dopóki nie wciśniemy przycisku odpowiedzialnego za strzał. Potem jest wielki, efektowny wybuch, który mówi: “Jesteś najlepszy graczu. Kozak z ciebie”. Nie wierzę, że efektowne walki w kosmosie, które obiecuje Infinite Warfare, naprawdę będą nieoskryptowane. Nie wierzę, że pojedynki statków kosmicznych będą stałym elementem rozgrywki. Przecież już w zapowiedziach widać sekwencję abordażu na wrogi statek, która następuje krótko po rozpoczęciu walki w kosmosie. Potem jest już zwyczajne strzelanie, typowe dla Call of Duty.

Najlepiej sprzedaje się to, co ludzie doskonale znają. I nic tego raczej nie zmieni. Seria od Activision to udowadnia. Jak więc zareaguje przeciętny Johnny, ten sam, który niedawno chwailił się, że sypia z matkami członków drużyny przeciwnej, kiedy siądzie do Infinite Warfare i zamiast oskryptowanych, korytarzowych sekwencji, otrzyma nieoskryptowane walki statków kosmicznych? Przecież sterowanie będzie inne, trzeba będzie się też przestawić na orientowanie w otwartej przestrzeni, w której poruszać się można w każdym kierunku. Przecież to nie przejdzie.

Zresztą mało obchodzi mnie kampania dla pojedynczego gracza, bo od kilku lat przechodzę kolejne w dwa wieczory i o nich zapominam. Nie wierzę w to, że seria będzie w stanie kiedykolwiek wrócić do poziomu kampanii z Modern Warfare, czy pierwszego Black Ops. Prawdziwe Call of Duty jest w trybie wieloosobowym, zarówno w standardowym module kompetytywnym, jak i w trybach kooperacyjnych, które od lat dodawane są do każej części. Jeszcze niedawno, razem z Cooldanem i Winfridem chwaliłem Black Ops III za ilość zawartości jaką oferuje w podstawowym pakiecie. Dwie kampanie, tryb zombie i tryb multiplayer to wypasiony zestaw. Gorzej z realiami, czy klimatem. Pograłem przez te kilka miesięcy online i mam już dość. Nie zniosę kolejnej wojenki przyszłości. Ani kolejnych zombiaków, jeśli znowu będą polegać na tym samym.

Black Ops II jako pierwsze uderzyło w nutę science-fiction, a po nim chętnie zrobiło to Ghosts. Nikt nie mówi, że wcześniejsze odsłony były realistyczne, ale właśnie w latach 2012-2013 seria “przeskoczyła rekina”. Activision zaczęło zjadać własny ogon, ale po słabych ocenach Ghosts, zamiast wrócić do korzeni, postanowiono postawić wszystko na jedną kartę i iść w zaparte w futurystycznym kierunku, jaki wytyczono w 2012 roku. Opłaciło się, bo Advanced Warfare okazał się dużym sukcesem. Była to naprawdę dobra gra, może aż za dobra, bo ktoś w Activision uznał, że kolejne wojenki przyszłości powinny od teraz pojawiać się co roku.

Tryb multiplayer w Advanced Warfare był i nadal pozostaje jednym z najlepszych w historii serii. Dodanie egzoszkieletów i wertykalnego poruszania się było strzałem w dziesiątkę, a narzekanie, że system ten zerżnięty jest z Titanfall nic nie zmieniało, bo nawet jeśli to po części prawda, to Advanced Warfare po prostu robi to lepiej. Wracajmy jednak do tematu tego felietonu – dokąd zmierza seria? Czy wydawanie kolejnej odsłony co roku nie zabija społeczności skupionej wokół gry wieloosobowej? Co z tego, że AW ma świetne multi, skoro większość graczy siedzi już tylko w BLOPS III. Co z tego, że mam season pass do BLOPS III i czekam na ostatnie DLC, skoro zaraz po jego premierze twócy skupią się na Inifnite Warfare, a gracze pod koniec roku przeskoczą do jego multi, porzucając odsłonę z 2015 roku. I tak co dwanaście miesięcy.

Niezależnie od tego jaki poziom prezentują kolejne odsłony COD, to jedno jest pewne – od lat postępuje kompletne zachwianie tożsamości serii. Advanced Warfare miał swoje egzoszkielety i dzięki temu nieco innowacyjne zombiaki. Ale kolorowe modyfikacje wyglądu zabiły powagę rozgrywek, podobnie jak wcześniej zrobiły to dodatkowe mapki w Black Ops II – kolorowe, plastikowe, mało klimatyczne. Wprowadzone w Ghosts mikrotransakcje i kupowanie elementów ubioru weszło na stałe do serii i podobne bzdety oferowało potem AW, a teraz również Black Ops III. Z tym jednak walczyć się nie da, bo wszyscy to niestety robią i robić będą tak długo, jak długo w modzie będą czapki. W Ghosts dodano możliwość wcielenia się w Predatora lub Jasona Vorheesa i Snoop Dogga w roli komentatora. Brakowało tylko kolorowych piniat do rozbijania. Ale spokojnie, wesołe miasteczko i tak dotarło do serii. Advanced Warfare miało klauny. Black Ops III oferuje w DLC możliwość potyczek w kolorowym do porzygania parku wodnym, rzymskiej willi stylizowanej na starożytną architekturę i wreszcie w wiosce wikingów. Serio? Serio.

W zeszłym roku tak bardzo zaślepiła mnie bogata zawartość BLOPS III, że nie zastanowiłem się za bardzo nad jej jakością. Co gorsza, w multiplayerze ukryty był koń trojański, którego nie zauważyłem! Jakże popularne w tym roku hero shootery już pod koniec zeszłego przemyciło nam Activision. Bo przecież każda postać w trybie wieloosobowym Black Ops III ma swoje ulti, które musi naładować, zupełnie jak w Overwatch. No i te modyfikacje ubioru, w najnowszej odsłonie doprowadzone do granic absurdu. I emotki, te pieprzone animacje tańca, które święcą też triumfy w Uncharted 4: A Thief’s End i nowym Doomie. Za jakie grzechy?

Nie zrozumcie mnie źle – bardzo lubię tę serię. Wracam często na PC do pierwszego Black Ops, trylogii MW, mniej lub bardziej regularnie pykam na konsoli w AW oraz BLOPS III. Jednakże tendencja Activision bardzo mi się nie podoba. Robi się z tego kiczowaty jarmark science-fiction. Taki bez polotu, w którym kampanię zapomina się szybciej, niż się ją przechodzi. Z bardzo podobnym do siebie multi, z roku na rok przemycającym coraz więcej współczesnych trendów z innych gier, które mnie, weteranowi strzelanek, wcale nie odpowiadają. I tak sobie myślę, że ta wiecznie działająca taśma produkcyjna powinna się wreszcie spierd****ć dla dobra wszystkich. Amen.

PS. Naprawdę chciałbym się mylić. Chciałbym, żeby prawdą były zapowiedzi mówiące o tym, że Infinite Warfare ma kampanię bardzo klimatyczną, wracającą do korzeni serii. Chciałbym, żeby walki w kosmosie rzeczywiście były integralną częścią całości i żeby nie zostały wykonane na odpierdziel. Tylko ja już jestem trochę za stary na to, żeby wierzyć w bajki.