PREZ START #37 – Co się stało z Quad Damage?

Otwarta beta trybu multiplayer w Doomie spotkała się z falą krytyki. Gra nie spodobała się w szczególności graczom pecetowym, którzy narzekali na zbyt wolne tempo rozgrywki, czy podobieństwa do multi w Halo. Podobieństwa te pojawiły się nieprzypadkowo, bo część ludzi pracujących przy trybie dla wielu graczy rzeczywiście wcześniej robiła dla Bungie. Internet poszedł za ciosem i do merytorycznych opinii dołączyły komentarze w stylu “Nie grałem, ale…”, “Gra kijowa bo grafikę ma brzydką” i moje ulbione “Nie działa mi, więc słaba”. Ja sam też miałem kilka uwag do tej produkcji, a moje wrażenia z bety możecie przeczytać w dziale Quick Start! Mimo wszystko grało mi się bardzo dobrze. Doom wywołał we mnie szalone uczucie grania w transie (spawn, biegnij, zabij, zgiń, respawn, biegnij, zabij, zgiń, respawn), którego nie doznałem od dawna.

Uświadomiłem sobie, że zapomniałem jak gra się w takie produkcje, zarówno te należące do hardkorowych strzelanek skillowych, czy te zwyczajnie staroszkolne. Zapomniałem ile radości sprawiają mi takie gry. Ile jest w nich finezji i uroku. I przede wszystkim jak bardzo niepobłażliwie traktują grającego. Jasne, nowy Doom stoi gdzieś pomiędzy skillowym graniem na myszce i klawie, a konsolowym piu piu piu dla każdego. Ale to właśnie ta nadchodząca produkcja od id Software uświadomiła mi, że takich gier jest ostatnio jak na lekarstwo. Zatęskniłem za Quakiem. Postanowiłem ograć kilka pozycji przed premierą nowego Dooma i odświeżyć sobie ten gatunek. Jeśli w ogóle te gry można zaliczyć do jednego gatunku.

Ale dziś nie o tym będzie. O Wstrząsającej Zagładzie Księcia oraz kilku innych pogadamy sobie w Specjale Rozgrywki, który pojawi się kiedyś tam w maju. Dzisiaj będzie na szybko, ale w temacie pokrewnym – co się stało z tymi wszystkimi hardkorowymi graczami? Bo chętnych do krytykowania nowego Dooma kolejka jest tak duża, że marudzi zarówno stara gwardia wyjadaczy, jak i gracze niedzielni. Postanowiłem więc sprawdzić, w co grają te wszystkie ananasy. Jaką alternatywę multi dla Dooma znajdziemy w 2016 roku? Wyobraźcie sobie, cóż za niespodzianka, że wybór jest niewielki…

Otóż jedyną współczesną alternatywą jest wersja pre-alpha Unreal Tournament, które Epic Games współtworzy razem ze społecznością graczy. Inicjatywa to zacna, a udostępniona wersja gry, mimo tak wczesnego etapu prac, wygląda świetnie, działa rewelacyjnie i ładuje się w sekundę. Serio. Ale jak sama rozgrywka? Też genialnie. Bo oto mamy remake pierwszego UT, który prawie idealnie oddaje to, czym było UT w 1999 roku. To ta sama gra, tylko na nowym silniku. I teraz każdy maruda, który lubi powtarzać, że gry były lepsze, a zwłaszcza maruda, który zjadł zęby na sieciowych shooterach za młodu i któremu futurystyczne Kolodudi nie podchodzi, bo kolorowe, bo tylko Modern Warfare 2, bo coś tam… Każdy może zagrać! Tylko zgadnijcie co? Nie grają! Bo kilkanaście serwerów z ludźmi to niewiele, a wydawać by się mogło po opiniach na temat nowego Dooma, że zapotrzebowanie pecetowej braci jest nieco większe…

OK, ale przecież to wczesna wersja. Być może nie każdy chce bawić się niedokończoną produkcją. Nawet jeśli jest tak dopracowana, jak nowy UT. Ale przecież jest inne rozwiązanie – serwery Unreal Tournament III nadal mają się dobrze. A jaka to cholernie dobra gra jest! Siedem lat na karku, a wygląda lepiej niż niejedna strzelankowa frituplejka, których na Steamie jest zalew. Co więcej, nowo powstająca wersja nie różni się zbytnio od tego co oferuje UTIII, a nawet wypada gorzej w kwestii fizyki, mocy giwer, czy wreszcie mięsa. No i trybów w UTIII jest całe zatrzęsienie, włącznie z takimi, w których można używać pojazdów. I zgadnijcie co… Znalezienie serwera z żywymi graczami graniczy z cudem. Owszem, botów jest pełno, ale przecież to nie to samo.

Pustki w UTIII można jeszcze zrozumieć. Na premierę gra wylądowała w martwym już Games for Windows Live. Przejście na Steam nie zostało specjalnie nagłośnione, a gra ma już swoje lata. Poza tym jest totalnie odlskulowa – nie ma levelowania, nie ma odblokowań, chociaż jest modyfikacja wyglądu postaci. Przede wszystkim nie ma w grze matchmakingu, który niby okazał się takim ciosem dla grania na PC, ale bez którego większość dzisiaj jakoś nie wyobraża sobie zabawy. Bo ten oldskul to chyba tylko w pamięci większości wydaje się taki kozacki, kiedy można sobie powiedzieć: Grałem na informatyce w podstawówce w Quake’a, więc wiem co to Deathmatch, dziwko.

No dobrze, to macie jeszcze Quake Live. Odświeżone Quake III: Arena, dostosowane do współczesnych systemów operacyjnych, w darmowej wersji okazało się strzałem w dziesiątkę, bo przecież według zwolenników QIII (osobiście zawsze byłem #teamUT) nie ma lepszej sieciowej strzelanki. I owszem, to naprawdę dobra, skillowa gra. Wymagająca skupienia i oferująca walkę w transie jak mało która. Biegnij, podnieś broń, zabij, podskocz, zabij, zgiń, powtórz. Bez przerw, bez konieczności biegnięcia przez pół mapy jak w Bitwypolu, bez levelowania, czy pierdół do odblokowania. Taki klasyk. Tylko ciekawe, że miesięcznie gra w to około tysiąca osób, co wysokim wynikiem nie jest. Owszem, jest to stara gra, a ewolucja jaką przeszła mogła wiele osób zniechęcić. QL przeszedł od darmowej wersji przeglądarkowej, przez wersję darmową z abonamentem premium, aż do wersji najwierniejszej pierwowzorowi, ale kosztującej na Steamie 10 euro.

Tylko, że alternatyw nie ma. To dlaczego nie gracie hardkorowcy? Nowy Doom stara się zadowolić graczy bardziej wymagających oraz tych grających z doskosku (mimo wszystko z naciskiem na tych pierwszych!), ale dostaje za to baty. A przecież już w QIII Arena były kolorowe kolorki, za które Doom własnie obrywa. Tam nie przeszkadzały? Personifikacja wyglądu i skórki dla broni w Doomie to taka potwarz dla weteranów, ale w The Division fajnie się te czapki i szaliki zbiera, co nie? To jak to w końcu jest? Kiedy można zbierać czapki, a kiedy nie? Dlaczego Doom ma pozostać taki staromodny, kiedy mało kto jeszcze tego od gier oczekuje? Kiedy mało kto oczekuje wyzwania? Niektórzy nawet, o zgrozo, nazywają nowy shoot ‘n’ loot od Ubisoftu grą taktyczną… Wolne żarty. Na szczęście prawdziwe taktyczne strzelanki zespołowe (np. Insurgency, Tom Clancy’s Rainbow Six: Siege) mają się dobrze, w przeciwieństwie do oldskulowych strzelanek arenowych. Z czego to wynika? Czyżby ludzie cenili sobie współcześnie nacisk na granie zespołowe, bardziej niż nacisk na osobisty skill? Możliwe, bo przecież w drużynie raźniej i na kolegach można polegać, nawet jak się samemu ssie.

Cóż, coraz więcej gier tak jest właśnie konstruowanych. Dzięki temu coraz więcej ludzi gra w sieci, ale wcale nie w wymagające strzelanki. Na szczęście są jeszcze gry, które w nosie mają niedzielnego gracza (co nie oznacza, że niedzielny gracz się nie liczy, ale o tym napiszę w kolejnym felietonie). Weźmy na tapetę takie Tom Clancy’s Rainbow Six: Siege. Oto wymagająca skupienia i głosowej komunikacji gra, której próg wejścia jest dość wysoki, ale satysfakcja z dobrze wykonanej roboty jest nie do opisania. Nagle okazuje się, że są jeszcze ludzie, którzy grają na klawie i myszce i to dla nich jest ten tytuł. Na konsolach gra też jest, ale patrząc po opiniach naszych grupowych użytkowników konsol, to boją się oni w większości jej tykać. No i spoko, nie wszyscy muszą lubić grać w takie rzeczy, tak samo jak nie wszyscy muszą lubić grać w Quake’a. I nikt nikogo nie zmusza. Co więc powoduje ludźmi, którzy tak bardzo lamentują nad stanem nadchodzącej gry od id Software? Chyba sam fakt, że mogą lamentować. Zwłaszcza, kiedy dostają do łap coś za darmo. Bo przecież id Software robi tylko to, co wszyscy inni – próbuje dotrzeć do jak największego grona odbiorców. I owszem, można mieć do nich o to pretensje, ale przecież widać jak na dłoni, że i tak nikt nie gra w arenowe strzelanki wymagające skilla i treningu.

Postępujące upraszczanie gier rodzi zauważalne na każdym kroku efekty. Nowy Unreal Tournament oferuje odblokowywanie elementów ubioru, żeby każdy gracz mógł wyróżnić swoją postać z tłumu (tak, są czapki). Być może, gdyby bardziej nagłośnić jego istnienie, cała masa hipokrytów mogłaby również jemu wystawić ocenę negatywną za ten ficzer. Ale raczej tego nie zrobią, bo UT trzeba zainstalować na autorskiej platformie Epic, nie na Steamie, gdzie tak ładnie wszystko dopasowane jest pod użytkownika (co oczywiście uważam za zaletę). Poza tym grę trzeba sobie samemu wyszukać, bo matchmaking chociaż jest, to średnio jak na razie działa. Także Epic może spać spokojnie – póki co internetowa tłuszcza nie wymiesza ich gry z błotem. Pytanie brzmi, czy długo opłacało się będzie robić tę grę głównie pod kątem hardkorów i kiedy deweloper wypłynie z nią na szerokie wody każulowego grona odbiorców? Bo patrząć na ilość grających “na poważnie” to raczej wielkiej kariery nowemu UT nie wróżę. A Doom? Ludzie kupią dla singla, a ci, którzy będą chcieli, będą później masowo eksterminować się w multi. I dobrze.

PS. Może nadzieja jest w nadchodzącej produkcji Cliffiego B. – LawBreakers? Co o niej sądzicie? Chcielibyście zagrać?