PREZ START #34 – Kryzys growy? Problem?

Niezależnie od tego jakie ma się hobby, zawsze przychodzi ten moment, kiedy ma się go dość. I to nie jest jednorazowa sytuacja, tylko efekt przejedzenia, który pojawia się raz na jakiś czas. To jeden z tych problemów pierwszego świata, o których często dyskutuje się na fejsbukowych grupach, czy innych forach, które przecież #nikogo. Oczywiście na Rozgrywce dywagować będziemy głównie o grach, filmach, ewentualnie książkach, ale problem dotyczy w zasadzie każdej aktywności, którą często / zbyt często się zajmujemy. Nawet najwięksi zapaleńcy treningów siłowych mają czasem ochotę puścić pawia na myśl o siłowni, a pasjonaci origami po pięćdziesiątym papierowym żurawiu chcą, nawet na chwilę, zająć się czymś innym.

Bo wbrew pozorom ten problem nie jest żadnym problemem i wynika tylko i wyłącznie z faktu, że w dupach nam się przewraca… Dobrze nam, graczom około trzydziestki, się tak na tej wsi żyje powolutku. Urodzaj jest. Problem braku kasy na gry przestał istnieć, a w jego miejscu pojawił się problem braku czasu. Ale i tak spędzamy na graniu wiele godzin, często wspólnie w rozgrywkach multiplayer. Sięgamy po co najmniej dwa lub trzy tytuły w miesiącu, mamy też swoje ulubione gry, do których wracamy non-stop. Zwłaszcza te online. Czyli, źle nie jest. Pecet, konsola lub dwie, a niektórzy to nawet w ramach kolekcjonowania mają wszystkie, które do tej pory wyszyły. Lub co najmniej kilka.

I figurki, koszulki z logiem, książki oparte o dane uniwersum, będącę często nie najwyższych lotów, Codzienniki czytane do kawki, serwisy o grach przeglądane nałogowo, letsplaye, streamy, kilka różnych podcastów, a w każdym mówią o tym samym, etc. Czujecie tego pawia zbierającego się w gardle? Ja czuję, już od dłuższego czasu, ale nie jest to dla mnie żadne zaskoczenie, bo to nie pierwszy raz. To tak jak z balowaniem – jak za dużo wypijesz, to skończysz na tuleniu wielkiego ucha. Albo przynajmniej na całodniowym kacowaniu.

Dlatego jak czytam czasem to marudzenie, że grać mi się nie chce, olaboga, to nie mogę się nadziwić – ani sobie ani innym nałogowcom. To porównanie do alkoholu wcale nie jest przypadkowe, już dawno ustaliliśmy, że gracze to nałogowe ćpuny. A wiecie jaki jest obecnie trend w leczeniu alkoholu? Całkowite odstawienie nie działa, a już na pewno nie na hardkorów. Ale uczy się ich ograniczać spożycie, ustawić limit 3-4 piw na imprezie. To może gracze powinni zrobić tak samo? Kupowanie gier na promkach, za namową kolegów, czy pod wpływem hajpu kończy się zazwyczaj tak, że gier jest za dużo, żeby wszystko ograć. Ile osób kupuje dla kupowania, a potem cierpi katusze ze świadomością, że w domu czekają na nich trzy nieodpakowane jeszcze z pudełek gry, ale oni nadal siedzę w biurze, chociaż na zegarze jest już 22?

To może powinniśmy z gier uczynić przyjemność, na którą pozwalamy sobie tylko od czasu do czasu? Tak jak kiedyś w liceum wielkim wydarzeniem było z kolegami pojechać nad jezioro i kupić kratę browara. Lub skoczyć na imprezę do Sopotu. Bo w tym wszystkim chodzi o radość, a jak ma się rzeczy pod dostatkiem, to ta radość powszednieje. Tu gra, tam gra, trochę w Mortal Kombat X z kolegą, trochę Fallout 4 przed snem, potem SW: Battlefront w piątek z ekipą. No i fajnie na tej wsi się żyje, ale jak masz przesyt, to masz przesyt. Nie pisz wtedy wątków o tym, że nie chce ci się grać w gry, tylko w nie nie graj. Nie siedź na grupie, gdzie ktoś podnieca się kolejnym remasterem od Sony, bo akurat ten mu pasuje, chociaż jeszcze przed chwilą narzekał na remastery. Nie przeglądaj zapowiedzi kolejnych sequeli, ani nie wdawaj się w dyskusje na temat wyższości PS4 nad ekspresem do kawy. Po prostu idź poczytać książkę.

Zrób sobie kawkę, sięgnij po zaległą powieść Neila Gaimana i wsiąknij w ten klimat. Idź na długi spacer z rodziną albo kup sobie figurkę rycerza i pomaluj ją, nawet jeśli ma wyjść z tego kupa – a zapewne wyjdzie bo nie umiesz malować, nie wiesz jakich pędzelków użyć i nakładasz za dużo farby. I dobrze. Who gives a fuck? Ja osobiście mam przesyt po zeszłym roku, głównie ze względu na ilość gier, które zrecenzowałem. Sam się o nie prosiłem – mniejsze i większe pozycje. Te mniejsze, zazwyczaj kiepawe, te większe niestety też nie najwyższych lotów. A na kupce wstydu naprawdę sporo dobrych gier wciąż czeka. Postanowiłem sobie odpocząć co nieco od grania. Sesje w Rainbow Six: Siege to na razie jedyna rzecz, która mnie bawi, ale w małych ilościach.

Zerkam na stertę książek i komiksów czekających na przeczytanie, przypominam sobie o zaległych filmach i serialach, a notatnik (papierowy), w którym skrupulatnie notuję (długopisem) zadania i terminy (stara dziennikarska szkoła dziecino!) podpowiada, że i tak nie będe mieć na to wszystko za dużo czasu, bo podebrałem dodatkowe zlecenie, a także wróciłem do treningów, żeby nie być grubasem. I jak uda mi się tego wszystkiego dopilnować, to za 2-3 miesiące zapomnę już, że miałem gier po dziurki w nosie i z wielką przyjemnością usiądę do Wiedźmina 3, nawet na cały weekend, jeśli najdzie mnie ochota. Problem?