PREZ START #33 – Jak zostałem graczem konsolowym

Mimo długiego stażu gracza, mało miałem konsol. Tak naprawdę to dwie – Pegasusa i PlayStation 2, wiele lat później. W sumie to trzy, jeśli liczyć Ponga, czy raczej jego niemiecką wersję. Całe życie grałem na blaszakach i jestem z tego dumny, bo dzięki nim nauczyłem się nie tylko montażu i obsługi komputerów, ale też języka angielskiego. I wszystkie te zdolności, zwłaszcza ostatnia, bardzo mi się w życiu przydały. Konsole były dla mnie zawsze upośledzonym kuzynem peceta, przeznaczonym dla upośledzonych kuzynów rycerzy blachy. Takich co to nie potrafią nawet systemu zainstalować, a cały wysiłek przed graniem ograniczają do wrzucenia płytki do napędu. Kto nie kręcił śrubokrętem głowicy kaseciaka C-64, ten nie zna życia.

I tak żyłem prawie 30 lat będąc bardzo dumnym ze swoich blaszanych korzeni, wciąż cieple wspominając dyskietki 5,25 cala oraz komunikat Windowsa oznajmiający, że można już bezpiecznie wyłączyć komputer. Moja przygoda z PlayStation 2 była dość krótka i choć ograłem na niej sporo tytułów, to wróciłem bez problemu do peceta, po tym, jak konsola wypadła mojemu bratu z rąk podczas jej przenoszenia (do dzisiaj nie doszliśmy do porozumienia w kwestii tego, czy brat powinien kupić nową sam, czy zrzucamy się po połowie). Jakoś tak mi dobrze było z moimi blaszakami, które zmieniałem częściej niż wujek Owen zmieniał droidy pomagające mu na farmie wilgoci na Tatooine. Zresztą nie miałem dużego wyboru, bo nie stać mnie było na konsole, ani gry na nie – jeszcze za czasów studenckich piraciło się przecież na potęgę, a zarobione z trudem pieniądze przeznaczało na czesne lub dorzucało rodzicom do mieszkania. Owszem, gierki na konsole też można wtedy było dostać na rynku, ale sam zakup konsoli wydawał się wydatkiem niebagatelnym. Dlatego też nigdy nie zastąpiliśmy PlayStation 2 „skasowanej” przez mojego brata.

Moją pierwszą nieużywaną, kupioną prawilnie za własne pieniądze konsolą było PlayStation 3, które miałem tylko przez rok, ale które przekonało mnie do siebie na tyle, że zastąpiłem je wersją z numerem 4 na końcu. Ale po kolei, bo mieszam. Zanim sam sobie sprawiłem konsolę, grałem trochę z moim bratem na jego X360… kutasiarz nigdy nie kupił nowej dwójeczki, ale lata później Xboxa to sobie sprawił – i jeszcze musiałem prosić, żeby dał mi zagrać, gówniarz jeden! Było kilka solidnych pozycji na tej konsoli. Najlepiej wspominam Alana Wake, którego pochłonąłem w 2-3 wieczory z wypiekami na twarzy, ale równie wiele radości sprawiło mi Red Dead Redemption oraz wszystkie części Gears of War, które przechodziłem na podzielonym ekranie razem z bratem (wtedy to mi dawał pograć, jak mu była potrzebna pomoc przy robieniu aczików!) – świetnie wspominam te wieczory. Była też Forza Horizon, najlepsza zręcznościowa ścigałka w historii ścigałek.

Wreszcie przyszły lepsze czasy, nie musiałem już piracić, aż w końcu stać mnie było nawet na taki luksus jak nowe Playstation 3, kupione przeze mnie na raty, za rozsądne pieniądze, pod koniec siódmej generacji. Rozsądne nie było już kupowanie gier jak popadnie, zarówno w pudełkach jak i wersjach cyfrowych. Jak łatwo się domyślić, połowę z nich ledwie tknąłem. Ale to chyba już nikogo nie dziwi? Te gry z kolei, które tknąłem, bardzo mi się spodobały. Wipeout, Soul Calibur V, Motorstorm: Apocalypse. Ależ w to świetnie się grało razem z drugim graczem na kanapie! A te eksy? Dwójka i trójka Uncharted, Heavy Rain, Beyond: Two Souls, czy przede wszystkim GTA V oraz The Last of Us. Tak, granie na telewizorze z padem w ręku i dupskiem na kanapie bardzo przypadło mi do gustu, mimo że przecież już to znałem – blaszak podpięty do TV i granie na padzie od X360 nie były mi obce. Było jednak coś ujmującego we wrzuceniu płytki do napędu i odpaleniu konsoli jednym przyciskiem bezprzewodowego pada – bez konieczności przełączania się między monitorem i TV, podpinania pada, odpalania Big Picture, etc.

Potem poszło z już z górki – PlayStation 3 zastąpiłem ”czwórką”, a w kilka miesięcy później pod telewizorem wylądował również Xbox One. Brzmi to trochę, jakby miało miejsce dawno temu, chociaż w rzeczywistości nie minął jeszcze rok odkąd mam obie wiodące konsole nowej generacji (Nintendo jest dla dzieci!) i mogę nazwać siebie graczem konsolowym. I nie nazywam siebie tak dlatego, że posiadam te konsole, ale dlatego, że zauważyłem (z przerażeniem), że najwięcej gram właśnie na nich. Muszę tu jednak zaznaczyć, że ósma generacja to dno i styt jak ch**. A tak często używane przez plebejuszy konsolowych hasełko pod tytułem „wrzucam płytę i gram” jest już nieaktualne. Bo prawda jest taka, że granie kanapowe przeszło ostatnio ogromną przemianę i to wcale nie w dobrym kierunku. Słabe bebechy, słaba wydajność, konieczność płacenia abonamentu za granie online i wieczne problemy ze ściąganiem / działaniem serwerów, a przede wszystkim konieczność pakowania wszystkiego na malutki dysk 500GB i co chwila dochodzące patche to kpina. Od tego jest komputer, a nawet na nim nie ma tylu łatek, co na konsolach! Jest też kwestia, o której obiecałem wspomnieć w akapicie poniżej – jak na granie kanapowe, współczesne konsole oferują zaskakująco mało pozycji z opcją split-screen…

Także ten tego, jak ktoś mi powie jeszcze kiedyś, że mogę sobie iść na pececie sterowniki instalować, to mu każę żeby tak mi otworzył porty na routerze, żeby NAT na Xone przestał być Strict, bo nie mogę, kurwancka mać, gier zakładać z kolegami, mimo że PS4 ma NAT Open i wszystko śmiga… No ale, wracając do tematu, to fajnie się jednak z tymi kolegami gra. Na kanapie z kolegą w Halo MCC, COD: Advanced Warfare, Killer Instinct lub inne BADLAND. Szkoda, że tak mało gier oferuje ostatnio split-screen. W sumie powinienem był to wrzucić w akapicie powyżej. A co mi tam, wrzucę tam wzmiankę o tym – będziecie mieć pętle czasową, niczym w dobrym science-fiction… Pozostańmy jeszcze chwilę przy wspólnym graniu. Jest w nim coś magicznego, prawda? Niezależnie od tego, czy jest to prosta młócka w Gauntlet, koszenie noobów w Black Ops III (dzięki genialnej opcji grania online na podzielonym ekranie), czy wspólne rozkminianie Until Dawn. To chyba największa zaleta konsol.

Samemu na konsoli można zaliczyć przygody pokroju Rise of the Tomb Raider, czy nawet odgrzewane, ale cudowne TLOU i GTA V, najlepsze gry poprzedniej i obecnej generacji – a w to przecież można też zagrać online. W ogóle na konsolach znalazłem masę znajomych do grania i bardzo cenię sobie wspólne sesje, chociażby w DriveClub i Star Wars: Battlefront. Mimo że miałem grę w wersji PC, kupiłem też na PS4 i nie żałuję. Bo jakoś tak przyjemniej gra mi się na fotelu, przed telewizorem. Może to też kwestia tego, że sieciowe strzelanki, które tak bardzo lubię, wymagają o wiele więcej skupienia i wprawy na PC, bo rycerze blachy ze swoimi super-myszkami i mechanicznymi klawiaturami jadą ze mną coraz częściej, a tymczasem na konsolach grają głównie casuale, przez co w takim Battlefroncie lub innym Blopsie jestem królem parkietu, ekhm przepraszam, królem galaktyki?

Jest jeszcze jedna ważna rzecz, o której należy wspomnieć – problemy w grach online na PC. Odkąd multiplatformowe produkcje, nastawione głównie na konsolowy rynek, wymusiły matchmaking na PC, wiele z nich umiera na blaszakach w tempie ekspresowym. Najlepszy przykład – moje ukochane DUDI. Malutka w stosunku do konsol ilość graczy i niedopracowany matchmaking powodują, że już w kilka miesięcy po premierze ciężko znaleźć mecz, a po zakupieniu DLC graniczy to z cudem. Zbyt wiele nerwów kosztowała mnie zabawa z tą serią na pececie. Podobny los spotkał Titanfall, w którym rozgrywka niemalże umarła, podczas gdy na Xone ma się świetnie do dzisiaj. Nawet w Bitwypole więcej ludzi gra na konsolach, mimo że jest to seria stricte pecetowa. Jest jeszcze taka sprawa, że wersje pecetowe to coraz częściej fuszerka (Batman: Arkham Knight anyone?) lub ciągnące się w nieskończoność early access…

Czy to możliwe, że starzeję się i robię wygodny? Możliwe. Jednak jeśli mam wybór multiplatformowy, zazwyczaj wybiorę PC, bo grafika jest tam o wiele lepsza. Chociaż… wcale nie, bo ostatnie dwa DUDI, a niedawno także Battlefront, ogrywam na konsolach, a tam wizualia są wyraźnie gorsze. Poza tym ile można czekać na łatki i stery, bo wersja premierowa gryzie się z tym, czy z tamtym lub nie jest zoptymalizowana dla danej karty graficznej. Więc czy to niesmak do PC? A może zrobili ze mną coś ci wszyscy koledzy, którzy namawiali na kupowanie konsoli? Co jest takiego w tych topornych, zacofanych skrzynkach, że tak przyjemnie spędza się przy nich czas? Bo to, że eksy, w które pakuje się kupę kasy, zazwyczaj są naprawdę dobrymi produkcjami, a machina marketingowa (jestem pewien, że użwają jakiejś pozaziemskiej technologii, żeby prać nam mózgi) wmawia nam, że MUSIMY w nie zagrać. Czy to dlatego gramy na konsolach? Przeniósłbym się w czasie o pół akapitu wyżej i nadmienił, że to nieprawda, bo przecież dopiero co wspominałem, że na konsoli gram też w tytuły multiplatformowe… Ale już się nie będę przenosić, bo akumulatorki w maszynie czasu wyczerpują się szybciej niż te w padzie od PS4.

PS. Niech was nie zmyli ten felieton, nadal uważam, że to PCMR jest na największym propsie – Insurgency, Company of Heroes, Total War i cała masa innych blaszanych eksów to udowadnia. No dobra, to ja kończę i idę pograć w multi Gears of War 3 na Xone 😛