Powrót do Przeszłości #01 – Luty 1996

Prolog

Przed lutym ’96 kupiłem tylko jedną gazetkę o grach. To był wrześniowy (trzynasty w historii pisma) numer Gier Komputerowych, który nabyłem w małym warzywniaku przy kościele. Nie dlatego, że chciałem poczytać o grach. Dlatego, że opis ciosów do bijatyki Warriors miał fajne screeny postaci, które można było wyciąć, nakleić na kartonik i postawić na półce.


W związku z tym, że był to chyba pierwszy magazyn komputerowy jaki z kupiłem z premedytacją, postanowiłem o nim wspomnieć, zanim przejdziemy do głównego dania. 48 stron za 2,20 zł, a w środku recenzje Jagged Aliance (85%), czy Cytadeli (85%). O fenomenie tego “polskiego Dooma na Amigę” można było posłuchać na zeszłorocznym Pixel Heaven, gdzie twórcy wystąpili na panelu dyskusyjnym o polskich grach. Przy okazji polecam też odcinek Nerdów Nocą z jednym z deweloperów.

W dziale zapowiedzi czytamy o zbliżających się wielkimi krokami Mortal Kombat 3, Rebel Assault 2, Raymanie, Micro Machines, Earthworm Jimie, czy pierwszych wzmiankach o Blade Runner, który wyszedł trzynaście miesięcy później (Nadal mam pudełkowy oryginał, niestety nie można go odpalić na nowych systemach – dop. Prez). Wielka szkoda, że zapowiadane przez Psygnosis Urban Decay nigdy nie ujrzało światła dziennego, bo na screenach wyglądało jak całkiem współczesna gra akcji. Z ciekawszych rzeczy muszę wspomnieć o “znanych z symulatorów lotniczych widokach z różnych kamer zewnętrznych” w Duke Nukem 3D, albo o zapowiedzi Shadow Warriora, marki, którą ostatnio wskrzesiło warszawskie Flying Wild Hog.

W środku numeru oczywiście wspomniana recenzja (80%) i lista ciosów do gry Warriors. Gdybyście widzieli te postacie, wycięte i naklejone na kartonik, przyznalibyście, że kozacko prezentują się na półce. Co ciekawe, poszperałem w internecie i dowiedziałem się, że pełna nazwa gry to Savage Warriors. Dlaczego w magazynie nie ma ani słowa o pierwszym członie nazwy? Tego nie wiedzą nawet najstarsi krewni Tecumsema.

Warte wspomnienia są też opisy w stylu fotostory, zwane “Comics Solutions”. Trzy strony pełne miniaturowych screenów z podpisami. W numerze znalazły się opisane w ten sposób The Last Bounty Hunter (65%), Bioforge (95%) i okładkowe The Daedalus Encounter z Tią Carrere.

Zwyczajny luty…

W lutym 1996 odbyły się polskie premiery Nic śmiesznego, Girl Guide, Siedem, Desperado i Nagłej Śmierci.  Na Polsacie ruszyło Disco Polo Live. Tupac wydał All Eyez on Me, a Take That (#gimbynieznajo: boysband, w którym śpiewał Robbie Williams) ogłosił, że kończy karierę. Włodzimierz Cimoszewicz został premierem, Deep Blue wygrał w szachy z Garrim Kasparowem i zakończyło się 4-letnie oblężenie Sarajewa przez Serbów. Najważniejszymi premierami growymi były Civilization II, Zork Nemesis i pierwsze Pokemony na Game Boya. No i Duke Nukem 3D, wydany 31 stycznia (Hail to the King baby! – dop. Prez).

… albo najważniejszy luty w moim życiu

W lutym 1996 mama poprosiła mnie, żebym poszedł po coś do sklepu. Po bułki, albo jakiś składnik do zupy, teraz już nie pamiętam. Podreptałem po śniegu niecałe czterysta metrów do najbliższego otwartego sklepu. Do starego, popeerleowskiego spożywczaka, mieszczącego się na parterze szarego, peerelowskiego bloku na końcu naszego osiedla domków jednorodzinnych.

Tam na dole był kiedyś najważniejszy sklep spożywczy 1996 roku.

W kieszeni musiałem mieć resztę tygodniówki, bez niej pewnie nawet nie podchodziłbym do metalowego stojaka z gazetami. Nie wiem, co mnie w pierwszej chwili przyciągnęło. Może mangowa okładka? W końcu wtedy wszyscy oglądaliśmy “chińskie bajki” z włoskim dubbingiem – Yattamana, Tsubasę, Daimosa, Tygrysią Maskę, Gigiego, Legendę Zorro i inne Królestwa Kalendarza. Niektórzy oglądali podobno nawet Czarodziejki z Księżyca. A może przyciągnął mnie fakt, że kojarzyłem nazwę miesięcznika ze słyszenia? A kiedyś, bez większego zaangażowania, przeglądałem u Karola i Magdy jeden numer z jakimś jankeskim generałem na okładce?

Nie wiem. W każdym razie, gdy już kartkowałem zawartość, poza działem mangowym zwróciłem uwagę na recenzję jakiejś strategii z orkami. Obrazki skojarzyły mi się trochę z uwielbianym przeze mnie Warhammerem. Był też jakiś materiał o Mortal Kombat, którego dwie części znałem z wakacyjnych, nadmorskich automatów, praktycznie każdej lekcji techniki i pozalekcyjnych zajęć komputerowych, które zawsze kończyły się na śmiertelnych pojedynkach Reptile Maćka vs Baraka Rafała. Decyzja była spontaniczna, kieszonkowe przestało ciążyć w kieszeni, a ja opuściłem spożywczaka z siatką zakupów i  świeżutkim numerem Secret Service!

Mimo usilnych starań, nie mogę sobie przypomnieć, kiedy zacząłem coraz bardziej interesować się grami wideo. Na pewno miał na to wpływ Bartek, kumpel z mojej pierwszej podstawówki (ten od Commodore i gry o glutach na piramidzie), który też się przeprowadził, też zmienił szkołę i mieszkał teraz na drugim końcu miasta. Z tego powodu bardzo rzadko się odwiedzaliśmy, ale to u niego, na jego Pentium 90 z 8MB RAM, pierwszy raz grałem w Quake’a, Need For Speeda, Wormsy, Diablo czy Wrestlemanię. Mniej więcej wtedy zaraziłem się pasją do gier wideo. Mniej więcej wtedy załapałem się na sklepowy pokaz hełmu VFX-1 z grą Duke Nukem 3D. Wszystko zaczęło się mniej więcej w 1996 roku. Wszystko zaczęło się od 32 numeru Secret Service.

Był to numer wyjątkowo Mortalowy. Kilka miesięcy wcześniej wyszedł Mortal Kombat 3, który niepodzielnie rządził na PlayStation i “Pentiumach”, a w styczniu w kinach pojawiła się oficjalna adaptacja filmowa. W numerze były więc wrażenia z premiery, a w Kombat Korner recenzja soundtracku. Gulash, zachwycony realizacją filmu, nie mógł się doczekać ekranizacji Dooma. Gdyby tylko wiedział, że przyjdzie mu poczekać jeszcze 9 lat… Ja sam Mortala obejrzałem dopiero, gdy pojawił się w wypożyczalniach kaset wideo. Wydaje mi się, że było to dopiero pod koniec roku, bo też panowała wtedy zimowa atmosfera, więc wrócimy do tematu za kilka miesięcy. Za to muszę wspomnieć o soundtracku z filmu, bo był on kolejnym kamieniem milowym w moim życiu…

Nie pamiętam kiedy dokładnie namówiłem tatę na zakup kasety magnetofonowej ze ścieżką dźwiękową, ale pamiętam, że było to wieczorem, na stacji benzynowej przy alei Unii Lubelskiej. Heh, akurat naprzeciwko był “ruski targ”, który kilka miesięcy później zacząłem regularnie odwiedzać celem, no, można się domyślić jakim… W każdym razie, po powrocie do domu, odpaliłem mojego kaseciaka i zagłębiłem się w świat nieznanych mi dotychczas brzmień.

Internet jest niesamowity. Na jakimś portalu aukcyjnym znalazłem chyba ostatnie na świecie zdjęcie radiomagnetofonu który towarzyszył mi przez wieeele lat dzieciństwa.

Internet jest niesamowity. Na jakimś portalu aukcyjnym znalazłem chyba ostatnie na świecie zdjęcie radiomagnetofonu, który towarzyszył mi przez wieeele lat dzieciństwa. To nie łza, coś mi wpadło do oka.

Jak pisałem miesiąc temu, w tamtym czasie nie miałem jeszcze żadnego konkretnego gustu muzycznego. Poza kilkoma kasetami słuchałem tego, co akurat leciało w RMF, i to bez większego zaangażowania. Dlatego pierwszy kontakt z Mortalowymi dźwiękami był dla mnie jak spotkanie z UFO. Nazwy zespołów nie mówiły mi absolutnie nic, jakaś elektronika, techno, gitarowe riffy, aż po różne wariacje metalu. Co najśmieszniejsze, te ostatnie w ogóle mi się nie spodobały – darcie ryja i rwanie strun na przesterze były dla mnie równie obce, co pierwsze polskie rapy. Tych najbardziej hardkorowych kawałków wręcz bałem się puszczać przy rodzicach, jeszcze pomyśleliby, że przez gry wideo zmieniam się w jakiegoś szatanowca! Oczywiście moje obawy były przesadzone i żadne egzorcyzmy nie miały miejsca, ale to pokazuje jak wielkim szokiem kulturowym było dla mnie obcowanie z tym soundtrackiem.

Ale słuchałem go, słuchałem na okrągło, przez kolejne tygodnie, miesiące, lata. W domu słuchałem na radiomagnetofonie, na dworze słuchałem w walkmanie. W końcu to był Mortal Kombat, jedna z najlepszych gier na świecie! Słuchałem go tak długo, że poszczególne piosenki zlały się jedną, wielką aranżację, a cały album stał się dla mnie spójnym tworem. Po latach zrozumiałem, że to właśnie ten soundtrack ukształtował mój gust muzyczny, za młodu przyzwyczajając mnie do tego, co miało nastąpić pod koniec millenium – wkroczenia w świat ciężkiej muzy. Do dziś to jeden z moich ulubionych albumów, wiecie, jeden z tych, które zabiera się na bezludną wyspę. Gdy go odpalam i zamykam oczy przenoszę się do tamtych czasów, znowu mam czternaście lat, chodzę do siódmej klasy i czytam Secret Service. A gdy patrzę na listę wykonawców to uśmiecham się pod nosem, że kiedyś nazwy KMFDM, Orbital, Geezer, Fear Factory, Type O Negative czy Napalm Death nic mi nie mówiły.

Wróćmy jednak do lutowego Secret Service. W dziale z zapowiedziami możemy poczytać o tym, że autorzy Diablo obiecują “zróżnicowanie pod względem typów NPC oraz logiczny rozwój cech postaci w zależności od podejmowanych wyzwań”, a Dungeon Keeper “będzie działał z pełną prędkością nawet na 486DX/33. Peter Molyneux dodaje, że sztuczna inteligencja każdej postaci opisana jest 1024 bajtami, podczas gdy, na przykład, w pradawnym Populous było to tylko 48 bajtów. Ma to stanowić dowód na to, iż gry rozwijają się również jakościowo. Bullfrog zapowiada też Syndicate 2, który posiada “niesłychane wręcz efekty graficzne – zabawy światłami, miękkie obracanie trójwymiarowej scenerii oraz stereofoniczne udźwiękowienie”. Stereofoniczne. Grubo.

W dziale recenzji najważniejsze miejsca przypadają jednej z moich ulubionych bijatyk 2D, czyli WWF Wrestlemanii (95%), czy I Have No Mouth And I Must Scream (80%), grze opartej na opowiadaniu o tym samym tytule, którego duchowe ślady zawiera wydana w 2015 roku SOMA. Fifia 96 (90%) nie dość, że “obsługuje trzy przyciski fire, dające olbrzymią ilość kombinacji w ataku i obronie”, to recenzujący ją Wicik “nie wyobraża sobie, co można [w niej] jeszcze wymyślić i w jaki sposób zadziwić”. Z kolei “porażającą graficznie” przygodówkę Dark Seed 2 (85%) dostarcza studio Cyberdreams, które do współpracy przy swoich grach zatrudniało takie sławy jak H.R. Giger, Syd Mead czy Wes Craven.

Druid (65%) od studia Sir-Tech wygląda trochę na protoplastę rolplejów na Infinity Engine, a charakterystyczna grafika Dreamweb (65%) przypomniała mi się jak tylko zobaczyłem pierwsze screeny z Hotline Miami. Nie zdziwiłbym się, gdyby Dennaton Games inspirowali się dziełem Creative Reality. Nigdy nie miałem okazji zagrać w tę mroczną przygodówkę, ale jeśli ktoś chciałby spróbować, to w 2012 roku została wydana jako freeware.

Cyberpunkowy TekWar (65%) klimatem przypominał praprzodka DeusExa. W recenzji KaYteck narzeka, że miasto jest niewielkie i powtarzalne, i pisze “jeszcze za wcześnie na przeniesienie miast do wnętrza komputerów, chociaż kto wie jak szybko to nas czeka”. Dwie dekady później biegamy po niesamowitych miastach w GTA, AC lub The Division. Z jednej strony trochę wody w Wiśle musiało upłynąć, ale z drugiej, wtedy nawet w najśmielszych marzeniach nie wyobrażaliśmy sobie takich gier. Poniżej całkiem klimatyczny Terminator Future Shock (85%) wydany przez Bethesdę (tak, tą od Elder Scrolls, trójwymiarowych Falloutów i… kilku innych DOSowych gier z uniwersum Terminatora) udowadniał, że gry na licencji mogą być bardzo dobre (Świetna gra, przydałoby się teraz coś podobnego, ile można walczyć z terrorystami? – dop. Prez).

No i oczywiście Warcraft 2 (95%), który podczas kartkowania w sklepie skojarzył mi się z Warhammerem i był jednym z powodów zakupu Sikreta, a poza tym “wydaje się, że niemożliwością było stworzenie świata tak wyraźnego i pięknego […] [postaciom] nawet można liczyć pióra na hełmach”. Nie ma to jak moc ostrej jak brzytwa rozdzielczości SVGA, czyli 800 na 600 pikseli.

Kolejna ciekawostka – w numerze są recenzje czterech symulatorów lotniczych. Coala: Cute Name Deadly Weapon (80%), Naval Strike: Task Force Command (60%), Firestorm Thunderhawk 2 (85%) od Core Design (ich kolejną grą będzie pierwszy Tomb Raider) i SU-25 (35%) od EA. Patrząc z obecnej perspektywy, to całkiem dużo tych symulatorów lotniczych jak na jeden miesiąc, nie?

Od 31 numeru w SS zaczął ukazywać się czarno-żółty dział “Gry TV & Konsole”, prowadzony przez Gulasha i skupiony na przeróżnych konsolach, od SNESa, przez PlayStation po Jaguara. Jeśli jesteście równie starzy jak ja, to przynajmniej połowa z poniższych tytułów powinna wam coś mówić.

Kopalnią świetnych tekstów jest poradnik o kupowaniu komputera. Po latach zawsze fajnie poczytać o tym, że warto zainwestować w bardziej kosztowną, ale nowocześniejszą płytę główną z PCI, albo żeby BIOS współpracował z plug&play i dużymi dyskami, wiecie, takimi ponad 504 MB. “Jeżeli masz pieniądze, nie wahaj się nad kupnem procesora Pentium”, ale pamiętajcie, że procesory szybsze niż Pentium 90 i Pentium 100 “są na razie zbyt drogie w stosunku do mocy obliczeniowej”. Pamięć, z pamięci jest zawsze beka. “Gardłowe minimum w świetle obecnie wydawanych gier to 4 MB”, ale lepiej zaszaleć i kupić 16, i to jeszcze w najnowszej technologii EDO RAM. Karta graficzna, no cóż, optymalnie 1 MB pamięci. Jak ktoś ma więcej to “uzyska paletę 16 milionów kolorów w wyższych rozdzielczościach, co jeszcze długo nie będzie wykorzystywane w grach – szkoda więc inwestować”.

Dwadzieścia lat później do Tomb Raider na ultra nie wystarcza 4 GB. O, o karcie dźwiękowej też jest dobre: “Karta dźwiękowa musi być, co do tego nie ma wątpliwości”, ha! “Jeszcze w zeszłym roku dysk o pojemności 250MB wywoływał zachwyt. Dzisiaj minimum to ze dwa razy tyle. […] ale w zasięgu ręki są i dyski ponad 1GB.” Wow, cały gigabajt?! Ale to nic, najgorsze że “Przy kupowaniu nowego komputera może zwyczajnie nie wystarczyć pieniędzy na CD-ROM. Jest to jednak rzecz, która nie ominie cię w niedalekiej przyszłości. Pewnego pięknego dnia okaże się, że całe oprogramowanie dostępne w sprzedaży jest wyłącznie na kompaktach.” Tanieją modele z prędkością x4, pojawiają się modele x6, jest nawet wzmianka o pracach (również Polaków) nad “konstrukcją nowej generacji urządzeń, opartych o tzw. lasery niebieskie, które pozwolą na przynajmniej czterokrotnie gęstsze upakowanie informacji na kompakcie.” Tiaa. Przynajmniej końcowa myśl nie straciła na aktualności: “Choćby kupić najdroższy i najnowocześniejszy komputer, zawsze nadejdzie dzień, kiedy trzeba go będzie zmodernizować.” Amen.

Na końcu magazynu znajdziemy Manga Room, którego pierwszy odcinek pojawił się w SS#29. MrRoot na dwóch-trzech stronach opisywał przeróżne filmy i seriale, wykraczające daleko poza to co serwowała nam Polonia 1. Co miesiąc zarażał kolejne tabuny dzieciaków japońską kreską, w lutym opisując m.in. serię Bubblegum Crisis. Dał też cynk, że 12 lutego o 9:40 na Canal+ będzie lecieć Mój Sąsiad Totoro. Adek, nie przegap!

Na tylnej okładce SS prawie zawsze gościły recenzje, przynajmniej do okolic pięćdziesiątego numeru. Ale to, że były na końcu, nie oznaczało, że trafiały tam słabe gry. Wręcz przeciwnie, w poprzednich miesiącach lądowały tam takie hiciory jak Screamer (95%), Primal Rage (~90%), Full Throttle (~95%), Descent (~90%) czy Dark Forces (~95%). W lutym 1996 to zaszczytne miejsce przypadło Destruction Derby (90%), które równie mocno co na same wyścigi, stawiało na bezpośrednią interakcję z przeciwnikami.

Tak pięknie sypiących się karoserii i grupowego stukania mogły mu pozazdrościć wszystkie inne ścigałki. Gra, wydana przez Psygnosis, wyszła spod rąk Reflections, które później dało nam chociażby całą serię Driver. Idę o zakład, że w Criterion sporo osób grało w Destruction Derby zanim studio wpadło na pomysł Burnouta. Na szczęście, jakiś czas po premierze na PlayStation i Saturnie, również “PeCetowcy” mogli doświadczyć tej dobroci, więc i ja w końcu swoje pograłem i doświadczyłem tego dobra na własne oczy.

Przy okazji warto wspomnieć, że reklamy telewizyjne gier wyglądały wtedy jak jingle z ówczesnego, jeszcze skupionego na muzyce MTV. Coś niesamowitego, nie wyobrażam sobie, by jakikolwiek gracz mógł przejść obojętnie obok takiej zajawki. Ja takie rzeczy nagrywałem z zagranicznej kablówki na wideo i oglądałem do zajechania taśmy. Stare reklamy gier to z resztą temat na inny czas, osobny wpis, albo nawet na całego bloga im poświęconego. Sponsorowanego, jakże by inaczej, przez hasło “kiedyś było lepiej”.

Czas kończyć luty i szykować się na marzec. A w marcu jak w garncu: kolejne legendarne wyścigi od Psygnosis; znowu coś związanego ze starym, dobrym MTV; w końcu prawdziwy Warhammer, a nie jakiś tam Warcraft; jakaś mało znana bijatyka na PSX; a przede wszystkim gołe, namydlone cycki!

Razer

PS. Zawsze coś mi się przypomina po czasie. Zapomniałem wspomnieć, że bodajże w pierwszej połowie lat ’90 u kolegi Radka graliśmy na jego 386 w Prince of Persia, Golden Axe, Sim City, Sim Ant, Sid Meier’s Pirates! i Metal Mutant. Tyle, co wtedy w Sim City i Goldena, to się nigdy nie nagrałem. Jak teraz o tym myślę to pewnie to był początek mojego uwielbienia dla brawlerów, w które pocinałem na automatach w każde wakacje spędzane nad polskim morzem.