Gwiezdne Wojny Epizod VIII: Ostatni Jedi – recenzja bez spoilerów

Gwiezdne Wojny to zapewne najważniejsze dzieło popkultury. Bardzo możliwe, że jest to też marka, która przeżyła w niej największe załamanie i odrodzenie. I właśnie ten motyw wydaje się być przewodnią myślą Ostatniego Jedi. Po uroczo niedoskonałym, niemal skansenowym, przypomnieniu wszystkich kochanych motywów w Przebudzeniu Mocy, Epizod VIII buduje nowy porządek i wykorzystuje do tego wszystkie podwaliny jakie dała mu poprzednia część. The Last Jedi próbuje uwolnić się od starego i przynieść nowe, i mu się to udaje. A wszystko to w akompaniamencie wspaniałych kosmicznych bitew.


Kto w kolebce łeb hydrze wydrze

Pierwsza myśl po zobaczeniu napisów końcowych? „Za dużo emocji”. I piszę to w pozytywnym sensie. To ile świetnych przeżyć dał mi ten, najdłuższy w historii sagi, Epizod jest wyjątkowe. Zaczyna się bitwą i kończy się bitwą – to żaden spoiler – ale to co się dzieje pośrodku to naprawdę duże zaskoczenie. Poe znów jest najfajniejszym gościem w historii, relacja Kylo i Rey wyrasta na starcie tytanów, Luke staje się nadherosem, a BB8 i Chewbacca mają tyle wdzięku ile tylko mogą mieć postaci nie potrafiące mówić “po ludzku”. Ekran cały czas wypełniony jest pięknymi ujęciami (poetyka miejsca zamykającego akcję filmu jest wręcz genialna), a pewne nawiązania do bardzo mocnych obrazów z kultury budują wielki szacunek do reżysera. I są to nawiązania naprawdę przeróżne: od scen biblijnych po obrazy prosto z anime. A najlepsze jest w tym to, że film cały czas pędzi przed siebie i ani na moment nie zapomina swego najważniejszego zadania: bycia Gwiezdnymi Wojnami.

Budowa historii jest bardzo zaskakująca – praktycznie cała akcja dzieje się w niewielkiej przestrzeni czasowej. Nie ma tu też ciągłego skakania z planety na planetę (za co trochę ganiono Łotra 1), a mimo to poczucie skali i ważności całego spektaklu jest odczuwalne. W Ostatnim Jedi widzimy bowiem wydarzenia dramatyczne, mocno zmieniające układ sił w kosmosie. To wielka pogoń potęgi Nowego Porządku za trzymającymi w swych garściach resztki nadziei Rebeliantami. Jest w tym wiele nawiązań do mitologii Gwiezdnych Wojen, wciąż czujemy nad nami cień Vadera, a Luke, C3PO, Leia i R2D2 nadal są dla nas punktem odniesienia. Mimo to pałeczkę na dobre przejęła już nowa ekipa gotowa do naprawdę wielkich poświęceń, i zrobiła to z wielkim wdziękiem, którego troszkę zabrakło w poprzedniej części.

Idących na ten film czeka wiele niespodzianek i ikonicznych instant-classic momentów. Postać Kylo Rena nabiera bardzo dużej dynamiki, a Rey w swej pięknej mieszance naiwności, mocy i uporu stale napędza tempo akcji. Gwiezdne Wojny znów są wielkim pokazem różnych charakterów walczących po obu stronach konfliktu. W Ostatnim Jedi pojawiają się też takie postaci na które raczej nie było do tej pory miejsca w sadze (no, może poza Bobą Fettem), co wychodzi jej jak najbardziej na plus. Tym bardziej, że mimo całkiem obszernych trailerów, dalej czekają na nas drobne niespodzianki, których po prostu nie mogliśmy się spodziewać.

Nowego życia dostały także kreatury, które po raz pierwszy zobaczymy właśnie w Epizodzie VIII. Ich obecność naprawdę rozjaśnia ten często mroczny film, podobnie jak… one-linery. To co bardzo rzuca się w oczy podczas seansu to bowiem poczucie humoru jakiego nabrały Gwiezdne Wojny. I choć bywa ono nieco natrętne, to jednak często trudno mu się oprzeć. Wbrew pozorom zostało całkiem dobrze wpasowane w ten kosmiczny dramat – osiągnięto to głównie dzięki temu, że nad wspomnianymi żartami się tu nikt nie rozwodzi. To są dosłownie pojedyncze linijki, które na dwie-trzy sekundy odrywają nas od narastającego patosu. W większości są celne i wygląda na to, że Rian Johnson (reżyser) wypracował swoją własną metodę na wplecenie humoru do Star Wars. Całość zrealizował zresztą niesamowicie sprawnie, tworząc pełen wybitnych ujęć film nowej przygody, idealnie wypełniony prześwietną muzyką. Tym bardziej szkoda, że Epizod IX nie został mu jednak powierzony…

Tą kwestią wypada się jednak pomartwić później. Teraz cieszmy się bo hype, który tak widocznie przygasł przed Epizodem VIII odżywa w widzach już po pierwszej minucie seansu, i zostaje w nich do samego końca. To jest ta magia międzyplanetarnych podróży, magów-samurajów goniących się po kosmosie i małych, niepozornych robotów, które robiąc bip-bip potrafią porozumieć się z ludźmi, stając się ich najwierniejszymi druhami. Jest tuż po północy, niedawno wyszedłem z kina, trudno mi jeszcze ochłonąć itd. ale nie boję się napisać, że to od teraz moja ulubiona część Gwiezdnych Wojen. Zobaczyć Ostatniego Jedi to była wielka przyjemność.

Autor: Cascad