Grube Rozmowy #5 – Kogo obchodzi K/D ratio?

Grube Rozmowy to cykl w którym dwóch Waszych ulubionych łakomczuszków bierze się na bary z różnymi growymi i okołogrowymi tematami. Będzie śmiesznie, będzie groźnie, a przede wszystkim będzie ciekawie. Naturalnie zapraszamy do wyrażania swoich opinii na temat rozmowy pod tekstem.

Prez: Swego czasu sporo grałem online z ekipą nastawioną mocno na rywalizację. Jak ci nie szło, to jechali z tobą jak z gównem. Miało to swoje dobre strony, bo zmuszało człowieka do postarania się – większość z nich była ode mnie lepsza, ale jak zaczynało mi dobrze iść, to sypały się pochwały. Nauczyłem się lepiej grać. Chociaż nie zmienia to faktu, że wspomniani jegomoście, z którymi koleguję się do dzisiaj, strasznie działali mi na nerwy. Przecież to tylko granie, a nie walka o złote kalesony – a jednak, nie każdy by się ze mną zgodził. Potem zacząłem grać z ludźmi z Rozgrywki, m.in. Tobą i Razerem i okazało się, że można się razem świetnie bawić, nie przykładając uwagi do K/D ratio. Tak powstały “Środy z Laską Preza”.

Cooldan: No tak bo jak masz 16 lat to ze słabym K/D nie poruchasz. A tak serio – NIGDY tego nie potrafiłem zrozumieć. Jasne – fajnie jest kosić randomów z sieci i chwalić się przez znajomymi wynikiem, ale jak się gra razem to zabawa jest dla mnie dużo istoniejsza. Zresztą prosty przykład – ostatnio jak gramy w Titanfall to bardziej się liczą heheszki na voice chat, niż to kto wygra.

Prez: No nie wiem. Możliwość skopania ananasa, który twierdzi, że jest w coś dobry, to też przyjemność. Ta rywalizacja weszła już mi trochę w krew i np. jak gramy w Titanfall to wkurza mnie, że ciśniemy mecze prywatne i nie zdobywam expa dla swojej postaci, a co za tym idzie – nie odblokowuję nowych zabawek. Ja wiem, że samo wirtualne spędzanie wspólnie czasu to mega frajda, ale mimo wszystko… Ostatnio wpadłem do PadBaru dosłownie na godzinkę, bo miałem gorszy wieczór i chciałem się odstresować. Siedzi taki dwumetrowy koleś w długich włosach i z brodą, cały ubrany na czarno i gra sam w Mortal Kombat X. Dosiadłem się do niego i pytam, czy zagramy razem, a on na to: A umiesz? Dostał 5 do zera i poszedłem do domu. Jak się domyślasz, humor miałem już lepszy, nie wiem jak on, he he.

Cooldan: Sklepałeś randomowego metala w MKX. Brawo, zasłużyłeś na scoobie chrupkę. Na bank są jakieś prace naukowe o tym, że ten kto przyniósł do jaskini największy kamień, czuł się równie zajebiście jak koleżka z ratio K/D 20:2 w Kolodudi. W pewnym sensie zaczynam chyba rozumieć czemu ciągle w to grasz 😉

 

 

Prez: Wiesz to nie jest tak, że ja muszę wygrywać. Ba, w sumie jestem średni w większość tego typu tytułów. Ale jest coś przyjemnego w takiej rywalizacji, pod warunkiem, że nie robi się ona niezdrowa. I nie mówię tu o niewinnym “giń ch**u” rzuconym na TSie, ale o takiej wiesz, chorej ambicji wygrywania za wszelką cenę. Nie idzie Ci? To na pewno wina mapy, albo trybu gry. Przecież jak Cooldanowi idzie lepiej od ciebie, to na pewno na farcie.

Cooldan: Podzieliłbym to na trzy różne sytuacje. Po pierwsze – kiedy grasz sam z randomami w sieci. Wtedy faktycznie najistotniejsze jest to, żeby być jak najlepszym, tak jak w grze w Tetrisa chcesz wykręcić najlepszy wynik. Po drugie – kiedy grasz ze znajomymi w drużynie przeciwko randomom z internetu. Wtedy wygrana też jest przyjemna, bo razem z kumplami pokazujesz “tym leszczom” kto rządzi na internetowym podwórku. Ale przegrana nie boli wcale jakoś mocno, bo próbowaliśmy, bo prawie nam się udało i bo tamci nie mają życia. W trzeciej sytuacji kiedy grasz prawie tylko z paczką znajomych to najważniejsza jest dobra zabawa. Zarówno w Burnoucie gdzie byłem prawie zawsze ostatni, jak i w Titanfallu, gdzie jestem na górze tabeli bawiłem się tak samo dobrze.

Prez: Czyli twierdzisz, że jest sens grać w jakikolwiek competitive multiplayer tylko dla zabawy? Bo to trochę przeczy podstawom naszego hobby. Przecież już pierwsze automaty miały listę high score. Do dzisiaj nawet w kampaniach nastawionych teoretycznie na pojedynczego gracza (patrz: Tom Clancy’s Splinter Cell: Blacklist) masz tabelę wyników i punktację za każdą pierdołę. I ja, jak jestem w czymś dobry, lubię tą rywalizację. Do dzisiaj pamiętam maksowanie pierwszej misji w Blacklist, kiedy rywalizowałem ze znajomymi. Niby nic, a człowiek siedział i walczył o te 3 punkty więcej, bo tak. Gdyby nie było chęci rywalizacji, nie dodaliby lig w DiRT Rally, prawda?

Cooldan: Ze znajomymi – jak najbardziej. Zwłaszcza, że w szczelankach gdzie jak gra więcej niż 5 osób to układ ludzi w drużynie potrafi się zmieniać co rundę. A high score i temu podobne rankingi to jest zupełnie inna bajka. Zobacz na przykładzie DriveClub, czym innym było maksowanie konkretnego wyścigu samemu, żeby przeskoczyć znajomego o pół sekundy, gdzie grałeś najlepiej jak to tylko możliwe i starałeś się za wszelką cenę pokazać, żeś kozak. A czym innym wspólne granie w 8 osób, gdzie niezależnie od tego jak Ci szło i tak dobrze się bawiłeś, a pseudo-symulacyjna gra zamieniała się momentami w Destruction Derby.

 

 

Prez: To była akurat wina gry i jej modułu multiplayer, który ssał kule. Prawda jest taka, że większości z Was nienawidzę do dzisiaj za lepsze czasy, a gdyby wspólne ściganie działało jak należy, pewnie by dzisiaj nie było Grubych Rozmów, bo bym Cię właśnie ścigał po Warszawie z siekierą 😉 No i właśnie, jak to jest, że w niektóre tytuły gramy z chęcią rywalizacji i pokazania jakie to z nas kozaki (np. w moim wypadku Insurgency, Sniper Elite V2), a w inne gramy dla samej przyjemności grania i dla ekipy, nawet jak nam nie idzie (np. Tomb Raider). Czy to kwestia tego w czym nam dobrze idzie, czy kwestia tego jak deweloper przygotował multi?

Cooldan: Tak jak pisałem wcześniej – zależy od gry / trybu / ekipy. Jak grałem samemu w Titanfall to fajnie było być na górze tabelki. Jak gramy w 10 osób z grupy Rozgrywkowej czy Padcastu, to o wiele bardziej zależy mi na heheszkach. A im więcej słucham o Twojej potrzebie wygrywania i dominacji tym bardziej widzę pewien schemat. Przyznaj się – małe Grzesio był wybierany ostatni na WFie a potem tylko stał na bramce?

Prez: Tak, zawsze stałem na bramce. Ale nigdy mi to nie przeszkadzało, bo nie lubię piłki nożnej. Nie mam potrzeby udowadniania nikomu swojej wyższości, bo to się robi w realnym życiu, a nie podczas sesji w Halo. Po prostu lubię czasem strzelić komuś w pysk z shotguna i wykrzyczeć w ekran “Cthulhu fhtagn skurwy***u”. Może to jakaś forma relaksu? Cholera wie.

Cooldan: Apropo strzelania z shotguna w pysk – niech zgadnę, będziesz dziś grał w Kolodudi?

Prez: Tak, nawet się na łyso z tej okazji ogoliłem. Zaraz jadę do Winfrida, będziemy grać na splicie. Moglibyśmy online, ale jak będę siedział koło niego to mu mogę zawsze liścia sprzedać jakby szło mu za dobrze. Albo on mi.