Death’s Gambit

Amerykańskie studio White Rabbit zaliczyło niedawno swój pełnoprawny debiut na rynku gier. Na konsolach obecnej generacji oraz „blaszakach” pojawiło się ich pierwsze dziecko – Death’s Gambit. Dziecko nie byle jakie, bo opisane przez twórców jako platformówkę, w której znajdziemy sporo z serii Dark Souls oraz Shadow of the Colossus. A wszystko to w pięknej, pikselartowej oprawie. Czy faktycznie tak jest? Odpowiedź znajdziecie oczywiście pod tym akapitem.

Po fantastycznych godzinach spędzonych przy Dead Cells, które miałem przyjemność recenzować niedawno na łamach Rozgrywki, mój apetyt na Death’s Gambit wzrósł. Specjalnie nie zaglądałem na YouTube w poszukiwaniu filmików, by nie psuć sobie poznawania świata Siradonu. O samym tytule wiedziałem tyle, że ma być wymagający, utrzymany w oprawie 2D oraz, że będzie w nim sporo z serii Dark Souls. I wiecie co? Grało mi się bardzo przyjemnie.

Początkiem jest tu wybór klasy, jaką przyjdzie nam eksterminować przeciwników. Autorzy dali do wyboru 7 klas, z których każda ma swoje unikalne zdolności i wymaga innego podejścia do walki. Rozwijamy też drzewko umiejętności oraz przydzielamy punkty rozwoju podstawowych atrybutów. Trzeba tu być bardzo uważnym, bo gra błędów nie wybacza i zweryfikuje nasze poczynania już po pierwszej godzinie. Do poprzedniego zdania jeszcze wrócę w tym tekście, ale czas na kilka słów o fabule.

Historia w Death’s Gambit nie odkrywa przed nami od początku wszystkich kart. Już na samym starcie giniemy, ale tylko po to, by zostać wysłannikiem / prawą ręką / gościem od czarnej roboty Śmierci. Śmierci, która wskrzesiła nas tylko po to, byśmy dla niej zabijali (co w sumie jest całkiem logiczne). Przynajmniej tak może się na początku wydawać. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, bo poznawana przez nas opowieść z każdą godziną nabiera rumieńców. Kolejne części fabularnej układanki wyłaniają się z filmików, które często oglądamy po śmierci naszej postaci. Retrospekcje pokazywane są co jakiś czas i w różnych miejscach w grze, nie ma więc mowy o poznaniu historii na samym początku. Skoro padło już obiecane kilka słów, przychodzi czas na mięsko, czyli samą rozgrywkę.

Death’s Gambit i jego świat Siradonu jest wielopoziomowy oraz dający masę możliwości zabawy. Jego konstrukcja mocno przypomina te z Bloodbourne czy Dark Souls. Jest tak dzięki przejściom, które odkrywamy wraz z postępem w grze. Znalazłeś wrota, które są zamknięte z drugiej strony? Nie ma problemu, za godzinę znajdziesz się po tamtej stronie i na stałe je dla siebie otworzysz. Podróżujesz koniem i znalazłeś drogę na górę, do której nie doskoczysz? Ta sama historia – za jakiś czas podczas eksploracji pociągniesz za dźwignię i skrócisz czas podróży do bossa.

Podczas przemierzania świata gry natkniemy się na całą gamę potworów, które trzeba zgładzić. Przeciwnicy są dobrze zaprojektowani, a ich ilość oraz umiejętności odpowiednio proporcjonalne. Nie ma więc sytuacji, że rzuci się na nas 30 wrogów. To wszystko sprawia, że za niepowodzenia w czasie rozgrywki możemy obwiniać tylko i wyłącznie siebie. Ciekawym smaczkiem jest tutaj również fakt, że po zabiciu bossa, możemy w każdej chwili do niego wrócić, by stoczyć pojedynek w trybie heroicznym. Jest wtedy trudniej (a czasem nawet dużo, dużo trudniej), ale nagrody za taką walkę w pełni nam to rekompensują.

Wyżej wspomniałem, że gra może nas bardzo szybko zweryfikować jeśli chodzi o walkę i umiejętności postaci. Kombinowanie i wsadzenie do ręki oręża dla maga, kiedy gra się krwawym rycerzem, nie jest dobrym pomysłem. Podobnie jest z przydzielaniem atrybutów. Trzeba więc myśleć nie tylko w trakcie starć, ale także mądrze dobierać punkty w czasie odpoczynku. Tak, dokładnie tak jak w Soulsach. Odpoczywamy, ale przy pomnikach, a nie ogniskach. To tam możemy podnosić poziom swojej postaci. Na koniec jeszcze słowo o dostępnym orężu. Grę można spokojnie przejść kilka razy, i to nie tylko ze względu na różnorodność klas, ale także dzięki broni. Podejście do zabawy zmienia się w zależności od oręża, który dzierżymy.

Czas na oprawę audiowizualną. Death’s Gambit jest grą bardzo, bardzo ładną. Retro stylistyka, 2D i piksele. To wszystko z dodaną płynnością ruchów naszego bohatera oraz przeciwników sprawia, że grafika nie powinna razić nawet największych antyfanów retro. Dodać do tego należy również animacje podczas walki, zarówno oręża naszego jak i wrogów oraz umiejętności bossów. Wszystko jest dobrane jak należy i nie ma powodu, by się nawet na chwilę do czegoś przyczepić. Dźwięk w grze także stoi na wysokim poziomie, a za muzykę odpowiada Kyle Hnedak, który zrobił kawał świetnej roboty w tym temacie.

I to właśnie całe Death’s Gambit. Gra, która za błędy każe zgonem szybkim i bolesnym. Gra, której historię chce się poznać, w której chce się zagłębić na wiele wieczorów. I mógłbym się przyczepić, że jedno przejście to około 10 godzin zabawy. Tylko po co, skoro klasy wymagają różnych taktyk na przeciwników, a przede wszystkim bossów? I po co, jeśli możemy się tłuc z bossami w trybie heroicznym lub rozpocząć Nową grę +. Debiut studia White Rabbit zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Może nie znajdzie się na liście najlepszych tytułów roku, ale to kawał solidnego kodu, przy którym wielu graczy będzie się świetnie bawiło.

Autor: Krzysiek „Hader” Tałajczyk

Platforma : PC / PS4

Death’s Gambit / Deweloper: White Rabbit / Wydawca: Adult Swim / Strona Oficjalna.

Grę otrzymaliśmy do recenzji od GOG.com.