Zmiany, zmiany, zmiany.

czyli
jeden z* najlepszych felietonów tego roku**

Dla Grzegorza, fana felietonów, czapek i więcej dobra.

Prologos
Jestem stary.

Nie w znaczeniu, że jakiś dziad, czy coś. W ten sposób stary w ogóle się nie czuję. No, chyba że coś mi w kręgosłupie strzeli i potem nie mogę się ruszać przez trzy dni. Albo gdy pani kasjerka mówi do mnie “proszę pana”, a ja zauważam, że ta dziewczynka rzeczywiście jest ode mnie 15 lat młodsza. Albo gdy słyszę, że PlayStation 2 to retro. Nie chodzi mi o takie znaczenie starości. Chodzi mi raczej o doświadczenie, o! Jestem doświadczony! I jak sobie policzyłem, to tego doświadczenia mam już ze 22 lata. Ponad dwie dekady praktycznie codziennego śledzenia branży i grania w tyle gier, że wszystkie kupki wstydu mogą się same zawstydzić. Kupa czasu, jak się nad tym zastanowić.

Hiperbola
Kiedyś to było!

Mówię wam, co się wtedy wyprawiało! Nie było roku żeby jakiś sequel nie deklasował poprzednika pod każdym względem. Po targach E3 w miodnych gazetach pokazywały się zrywające kaski screeny, na widok których szczęki uderzały o podłogę. Co krok trafiało się na grę prezentującą jakąś nową technologię, a corocznie wydawany 3dMark wyznaczał przyszłość growej grafiki w którą ciężko było uwierzyć. Obserwowaliśmy ewolucję sprite’ów w polygony, porzuciliśmy dyskietki dla oferujących prawie pięćset(!) razy większą pojemność płyt kompaktowych, poczuliśmy force feedback, analogowe gałki, multiplayer przez Internet.

Lotus III vs Gran Turismo 3

Chcecie przykładów? Na przełomie lat 80. i 90. całym światem była dla nas pikseloza w Golden Axe, Laser Squad, Alien Breed, Street Fighter 2, SimCity czy Another World. Natomiast 10 lat później premierę miały m.in. Quake 2 i 3, System Shock 2, Soul Reaver 1 i 2, Baldur’s Gate 1 i 2, Resident Evil 3, Deus Ex, Diablo 2, Tony Hawk’s Pro Skater 2, Silent Hill 2, Metal Gear Solid 2 czy GTA III. Wiecie, że od premiery Lotusa III do Gran Turismo 3 minęło zaledwie 9 lat? Patrząc na obie gry wydaje się, że dzieli je 12 parseków, a GT3 zostało stworzone przez technologię pozaziemskiej cywilizacji. Ile teraz znaczy te 9 lat postępu w branży? Dokładnie tyle, ile dzieli tegoroczne Gran Turismo Sport od pierwszego Grida czy Motorstorm: Pacific Rift. Dekadę temu wyszły PGR4 i Colin McRae Dirt. Moim zdaniem wystarczy schować babci okulary, by różnice miedzy tymi grami zniknęły, jak łzy na deszczu.

Project Gotham Racing 4 vs Gran Turismo Sport

Akt I.
Dorosnąć do retro.

Kiedyś myślałem, że pojęcie retro oznacza gry z czasów Atari i Commodore 64. Tak mi się jakoś utarło, bo zawsze jak słyszałem zachwyty nad retro, to akurat opowiadał je ktoś o parę lat starszy ode mnie. Jasne, grałem za dzieciaka u kumpli na “komodorach”. Mieliśmy po 11 lat i wszystko było fajne, ale za Chiny Ludowe nie chciałbym wrócić do tamtych czasów. Czym oni się tak zachwycali? Naprawdę sprawia im przyjemność granie kwadratami o pięciu kolorach, gdy obecna technologia oferuje im praktycznie fotorealistyczne Need For Speedy? Nie rozumiałem jak to możliwe.

Zrozumiałem gdy dorosłem. Nie żebym stał się jakimś dojrzałym mędrcem, który zgłębił księgę wiedzy tajemnej. Nie, po prostu musiało upłynąć jeszcze kilka lat, abym zatęsknił za przeszłością. Zrozumiałem wtedy, że okres retro jest jak czas – każde pokolenie ma własny. Że retro to uczucia, które pamiętamy z dzieciństwa. To wspomnienia z niewinnych lat, gdy wszędzie widzieliśmy przyjemności, a szarą rzeczywistością zajmowali się dorośli. Nie rozumiałem bezgranicznej miłości do Atari, bo to nie było moje retro. Moim retro okazała się połowa lat 90 i era PSX, którego pływające polygony i rozpikselowane, porozciągane tekstury są jedną z najpiękniejszych estetyk jakie znam. Mało tego, dokładnie wiem dlaczego właśnie ten okres okazał się być moim retro. To były czasy mojego pierwszego, własnego komputera. To były czasy wielkiego boomu prasy komputerowej. Czasy niesamowitych technologii – luksusowego PlayStation, wzbudzającego zazdrość komputerowców, i kosmicznego Voodoo, wzbudzającego zazdrość konsolowców. To czasy końca podstawówki i początku liceum, okres dojrzewania, intensywnego przeżywania, kształtowania charakteru, i przede wszystkim grania do upadłego, lub najbliższego zebrania w szkole. Najlepsze czasy ever.

It’s beautiful szwagier!

Że to tylko nostalgia? No pewnie że tak! Ale siła nostalgii nie mieści się w żadnej mierzalnej skali, jeśli nie wierzycie, spytajcie dowolnego marketingowca. To nie jest żadne racjonalne podejście, każdy wie, że te stare gry sprzed kilkudziesięciu lat to drewniane dziadostwo, do którego często ciężko wrócić nie zagryzając warg do krwi. Ale to drewniane dziadostwo odcisnęło na nas swoje piętno, i zrobiło to w najbardziej emocjonalnym okresie naszego życia. Od tamtej chwili jest częścią nas, mamy je we krwi, w naszym DNA. Dlatego zazwyczaj jesteśmy w stanie wracać do niego po latach i wciąż dobrze się bawić. To jak odruch Pawłowa, bezwarunkowy, nie znoszący sprzeciwu. Stawiacie przede mną szare PlayStation, puszczacie pierwszego Tomb Raidera, a ja robię maślane oczy, puszczam ślinę z ust, i międląc kabel od pada opowiadam jak po raz pierwszy zobaczyłem te screeny w jednym z pierwszych numerów CD-Action. I nawet nie próbujcie puszczać mi Tristram Theme.

Nostalgia mi pomaga, i nie chodzi o komentowanie na fejsie, że kiedyś było lepiej. Pomaga mi w radzeniu sobie z obecną sytuacją w branży – tworzeniem gier jak usług a nie produktów, wydawaniem zepsutych lub niepełnych gier z obietnicą naprawienia ich w późniejszym terminie, naciskaniem na komponenty online, modą na pokrewne hazardowi losowe skrzynki czy popularyzację mikropłatności poza grami free-to-play. Jest tego pewnie jeszcze więcej, często nawet jeśli chodzi o same mechaniki gier. Za parę lat jakiś magister będzie mieć dobry temat na pracę doktorancką p.t. “Zmiany w branży gier wideo na początku XXI wieku”. Tym czasem ja zacząłem się zastanawiać gdzie widzę siebie w tym całym bałaganie.

Akt II
Nie każual, nie hardkorowiec, nie gracz.

Tego jeszcze do końca nie rozpracowałem. Nie mogę być przecież każualem, bo regularnie śledzę newsy z growego poletka, codziennie prowadzę growe dyskusje w Internecie, grałem nawet w Soulsy i przynajmniej odrobinę orientuję się w tych dziwnych grach na sprzęty Nintendo, których nigdy nie posiadałem i posiadać raczej nie będę. Hardkorowcem nie nazwę się z szacunku dla samego siebie, bo gdyby licealny Maciek zobaczył ile czasu na granie przeznacza obecnie jego starszy odpowiednik, to pękłby ze śmiechu i zakłócił kontinuum czasoprzestrzenne. Nie wolno zakłócać kontinuum czasoprzestrzennego. Gdy pozwolę sobie na filozoficzne dywagacje, to nawet nie wiem czy mogę sobie pozwolić na nazwanie siebie graczem. Gdy na jedną godzinę faktycznego grania przypada kilkadziesiąt godzin pisania i czytania o grach w Internecie, to prędzej określiłbym siebie jako Gracza Teoretycznego. To taki nietypowy twór, który spełnia większość warunków do bycia graczem, tylko ostatnio mało w gry gra (z mniej lub bardziej racjonalnych powodów). I choć brzmi to dosyć przykro, to muszę powiedzieć, że wcale nie czuję się z tym źle – właśnie tu pomaga mi wspomniana nostalgia.

Od jakiegoś czasu zauważam, że drogi moje i branży gier wideo trochę się rozchodzą. Czy to ja się starzeję i dziadzieję, czy branża zmienia się na gorsze, to już nie ma znaczenia. Grunt, że nie idziemy w zwartym szeregu, tylko powoli się od siebie oddalamy. Branża ciągnie w jedną stronę, ja bym wolał inną stronę, ale poza chwilowymi emocjonalnymi zrywami, gdy internetem wstrząsa kolejna drama, to oddalenie w sumie mnie nie boli. Kiedyś myślałem, że gdy gracz traci zapał do gier, musi to być tragedia. Wiecie, jakiś nagły kryzys, mentalne załamanie, nieuleczalne blizny na psychice i Pokemony. Tymczasem okazało się, że proces jest powolny, i na tyle bezbolesny, że prawie nie zauważalny. A to wszystko dlatego, że nostalgia przypomina mi ile ja już właściwie przeżyłem.

Akt III
Zagraj to jeszcze raz, Maciek.

Sam sobie w to zagraj. Ja już grałem. I to ile razy! Ile razy mieczem potwory ścinałem? Ile razy do wrogów z karabinu strzelałem? Ile razy wyprzedzałem przeciwników tuż przed metą? Pierwszy raz zawsze był ekscytujący. Drugi też. I dziesiąty. Setny. Ale ja od dwudziestu lat strzelam, siekam i wyprzedzam. Robiłem to w ruinach antycznych i na stacjach kosmicznych. Robiłem to żółwiom pikselowym i szarańczom trójwymiarowym. Ba, robiłem to nawet w wirtualnej rzeczywistości, co teraz wydaje się naturalne, a jeszcze niedawno było tylko marzeniem o odległej przyszłości. Tyle się już nastrzelałem i najeździłem, tyle ról odegrałem, tyle widziałem, tyle przygód przeżyłem, że jestem tym wszystkim już solidnie napełniony. A przy takim bagażu doświadczeń coraz trudniej jest się czymś zachwycić. Dzięki wszystkim bogom Celtów, Piktów i Wikingów, że w tym roku wyszło Hellblade.

Co tam wychodzi jesienią? A, to ja już grałem.

Coraz częściej zauważam, że gdy naprzeciw jakiejś nowej superprodukcji postawię ponad dwie dekady grania i niezliczoną ilość przeżytych przygód, to przestaje mi być żal, jeśli owa superprodukcja mnie nie pociąga. Gdy widzę kolejną grę o waleniu mieczem to stwierdzam, że przecież ja już w taką grę grałem. Setki razy waliłem mieczem, walenie mieczem to prawie moja druga natura. I jeśli najnowsze walenie mieczem nie zaoferuje mi czegoś naprawdę dobrego, innowacyjnego, zaskakującego, to ja bez żalu za takie walenie podziękuję. W końcu ileż można walić tak samo? Najwyraźniej już się w życiu nawaliłem, nastrzelałem i naścigałem, a w dodatku robiłem to wszystko w okresie największego postępu, jaki dokonał się w całej branży elektronicznej rozrywki.

Intermezzo
Największy postęp, jaki dokonał się w całej branży elektronicznej rozrywki.

To niesamowite jakim szczęściem jest bycie w centrum tak epokowych wydarzeń. Od czarno białych wektorów Asteroids, przez digitalizowanych aktorów Mortal Kombat, po trójwymiarową, wirtualną rzeczywistość, doświadczaną w globalnej wiosce Internetu. Żyjemy w czasach, gdzie komputerowo generowana fikcja filmowa bywa już nieodróżnialna od prawdy. Jeszcze kilkanaście lat i to samo będzie nas czekać w grach wideo, a wtedy “system” będzie kompletny. Od zera do bohatera, od nieistnienia gier wideo po gry nieodróżnialne od rzeczywistości. Do momentu Matrixowego, bezpośredniego połączenia człowieka z maszyną, branży rozrywkowej nie czeka już chyba nic bardziej rewolucyjnego. A to wszystko dzieje się na naszych oczach, niczym kiedyś rewolucja przemysłowa, wynalezienie silnika czy poskromienie elektryczności. Gdy próbuję objąć to wszystko moim prostym umysłem, gdy przypominam sobie ile multimedialnych dóbr skonsumowałem przez te kilkadziesiąt lat, i gdy nostalgia sprawia, że wracając do rzeczy znanych i lubianych wciąż świetnie się bawię, to nie widzę sensu w zamartwianiu się stanem branży.

Eksodos
Jesteśmy wolni, możemy iść.

Co w tej całej sytuacji mam robić? “Róbmy swoje”, śpiewał Wojciech Młynarski. “Bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie”, mówił Ghandi. “Mamy produkt dla ludzi, którzy nie mają podłączenia do Internetu”, powiedział Don Mattrick. No tak, kijem Wisły nie zawrócisz, a i denerwować się nie ma po co. Ludzie sztosy mówią “głosujcie portfelem”, co dla mnie oznacza “grajcie w co chcecie i postępujcie zgodnie z własnymi przekonaniami, a będziecie z czystym sumieniem tworzyć tak wyczekiwaną zmianę na świecie”. A jeśli się nie uda, i cały ten biznes w końcu pier%#&nie, to też nic wielkiego się nie stanie. Po pierwsze – każdy porządny gracz ma do nadrobienia Kupkę Dumy™ wystarczającą na kilka lat sytego grania. Po drugie – gdy po Wielkim Krachu z 1983 roku spoceni prezesi Atari zakopywali w piaskach czasu Nowego Meksyku tysiące Bogu ducha winnych E.T. pewnie też martwili się o przyszłość branży. A po dwóch latach przyszło Nintendo, rozejrzało się niczym memowy Travolta, i dało ludzkości NESa. I widziało, że to było dobre. Reszta jest historią.

DJ MC Razer, A.D. 2017

*czterech
**na Rozgrywkapodcast.pl