Z dziennika rozgrywkowego podróżnika

Informacja o czasowej ekskluzywności Rise of the Tomb Raider dla Xbox One była niczym cios czekanem w kolano dla nieposiadających amerykańskiej konsoli fanów niszczenia starożytnych zabytków, eksterminowania zagrożonych gatunków i lansu w „lenonkach”. Tym boleśniejszym, że jak wieść gminna niesie, zbierająca wysokie niczym Himalaje noty gra oferuje niesamowitą przygodę, zarówno tym, którzy poznali Larę Croft w czasach mody na spiczaste staniki i szorty jak i pasjonatom nowych zamiłowań arystokratki typu: walka partyzancka, kąpiele we krwi oraz przyśpieszona auto-psychoterapia. Gdzie ma się więc udać gracz nieposiadający Xone, by spokojnie poczekać na Larę dostosowaną do jego sprzętu?

Podróżując palcem po mapie tytułów i gatunków, w których pojawiała się Panna Croft, można natrafić na prawdziwe skarby jak nawiązujące do mechaniki chińskiej gry planszowej GO, Lara Croft Go, na systemy iOS i Android. Można zaliczyć zabawny wypad we dwoje za pomocą co-opowych twin-stick shooterów w Lara Croft and the Guardian of Light, albo natrafić na prawdziwe artefakty elektronicznej rozrywki takie jak Tomb Raider: The Action Adventure będące grą na… odtwarzacze DVD. Tak naprawdę produkcja ta jest interaktywnym filmem na podstawie Tomb Raider: Angel of Darkness. Moim zdaniem warto jednak wrócić w rejony już kiedyś odwiedzone (Z kolei młodsze pokolenie może tych rejonów nie znać wcale – dop. Prez). Chociażby po to, aby po latach przekonać się, że potrafią one nadal oczarować. Dlatego fanom pragnącym zaspokoić chwilowo swój hype, polecam sięgnięcie po wcześniejszą trylogię Tomb Raider od Crystal Dynamics, czyli Legend, Anniversary oraz Underworld (w skrócie „LAU”).

 

Legenda, która żyje…

Kiedy w 2000 roku w Tomb Raider: Chronicles gracze byli świadkami pogrzebu zmarłej w domniemaniu Lary Croft, nie przypuszczali, że żegnają się naprawdę z postacią, jaką znali do tej pory. Wraz z następną, kiepsko przyjętą częścią serii, Angel of Darkness, która zmieniała nieco dotychczasową formułę i ton produkcji, odeszła na dobre oryginalna Lara – symbol pop kultury goszczący na okładkach pism i koncertach U2. Przez kolejne trzy lata Larę można było spotkać jedynie na telefonach komórkowych, ale za sprawą Crystal Dynamics, które przejęło pałeczkę w pracach nad serią od Core Design, powróciła na duże sprzęty w 2006 roku w tytule Tomb Raider: Legend. Młodsza, bardziej wysportowana i lepiej uzbrojona Lara musiała ponownie odkryć ścieżkę do serc graczy. Próbowano jej pomóc nie tylko dostosowując mechanikę i grafikę do wymagań ówczesnych odbiorców, ale i rozpisując na kilka części w założeniach ciekawą i wielowątkową fabułę.

I powiedzmy to sobie od razu, aby nie było niedomówień: fabuła trylogii „LAU” to zdecydowanie najgorszy element wszystkich trzech gier. Nie chodzi nawet o to, że jest nieciekawa, bo obiecuje naprawdę sporo, ale o to, że wyjątkowo nieporadnie ją opowiedziano. Pozornie wiele tutaj wątków, jak poszukiwania matki Lary, próba przywrócenia ojcu dobrego imienia, zdrada przyjaciółki, nieoczekiwane zmartwychwstania, mroczna strona natury czy powracająca później w wersji z 2013 roku kwestia pierwszych starć Lary z żywymi przeciwnikami. Brzmi ciekawie? Niestety na tym brzmieniu poprzestanie, bo wszystkie te wątki dostają zdecydowanie za mało czasu ekranowego, aby znacząco wybrzmieć. Crystal Dynamics wprowadziło do serii nowych bohaterów, nawiązujących do kinowych adaptacji współpracowników panny Croft i mają oni nawet swoje 5 minut. Problem w tym, że jest to jedynie 5 minut. O emocje, nawet kiedy dzieje się im krzywda, niezwykle tu trudno. Grając w trylogię „LAU” nie sposób nie docenić tego jak wiele dla rozwoju narracji w gatunku action-adventure zrobiło młodsze o zaledwie rok Uncharted. Jeśli więc w ”LAU”  szukacie fabularnych uniesień, to pomyliliście drogi. Zawróćmy jednak do samego Legend . Mógłbym rozpisać się o tym, jak wraz z Larą poszukującą legendarnego Excalibura, trafiamy do Boliwii, Ghany czy w Himalaje, ale z tej podróży najbardziej pamięta się sekwencje takie jak strzelanina z Yakuzą w Tokio, czy odwiedziny w bazie KGB w Kazachstanie. Prawda, że iście przygodowe tematy?

W inny niż moglibyśmy oczekiwać klimat wprowadza nas już dynamiczna czołówka, z której twórcy „Żaru Tropików” i „Brygady Acapulco” byli by dumni. Licznik ubitych wrogów nie osiąga może tych wartości, co w Tomb Raider z 2013r roku, ale też mechanika strzelania nie daje tyle frajdy. Jest ona bowiem oparta na lockowaniu i standardowym dla serii auto celowaniu. Walka, choć podlega w następnych częściach drobnym modyfikacjom, wraz z dodaniem bajerów typu zwolnienie czasu, czy celowanie do dwóch wrogów na raz, nie porywa tak jak powinna. Fani rebootu nie znajdą tutaj również tak charakterystycznych dla nowych opowieści o Larze czekana, łuku czy walki partyzanckiej. Na szczęście pozostałe elementy rozgrywki się nie zestarzały. Fragmenty platformówkowe przypominają wprawkę do tego, co miały wkrótce zaproponować przygody Nathana Drake’a. Lara jest responsywna i raczej bez problemu odczytuje nasze intencje.

W pokonywaniu przeszkód „pomaga” jej nowa gadżeciarska linka. Ten obowiązkowy element wyposażenia torebki każdej łowczyni przygód AD. 2006 nie zawsze jednak działa tak jak powinien. Zagadki, których spragnieni są najstarsi fani Lady Croft, nie imponują skomplikowaniem ani ilością, ale oparcie ich na fizyce obiektów było bardzo dobrym pomysłem. W Legend mamy okazję wskoczyć na motocykl i postrzelać do wrogów w czasie jazdy. Niestety wykonanie tych fragmentów nie usprawiedliwia ich nużącej długości. Skoro już przy czasie rozgrywki jesteśmy, to całość można spokojnie ukończyć w okolicach 6 godzin, co wraz z cliffhangerem na końcu powoduje, że Legend sprawia wrażenie jedynie wstępu do właściwych przygód Croftówny.

 

Grzebiąc w przeszłości

Tymczasem developerzy w iście kojimowskim stylu, zamiast kontynuować opowieść, cofają nas do czasów gdy Lara uganiała się za władcami Atlantydy.  Anniversary to remake pierwszego Tomb Raider, który ukazał się 1996 roku. Remake to coś więcej niż remaster, więc odmłodzenie nie polegało jedynie na pociągnięciu wszystkiego olejną w rozdzielczości HD, a na zupełnie nowej oprawie graficznej i przemodelowaniu sterowania na to znane z Legend. Efekt był piorunujący. Zbudowane pierwotnie z dużych klocków i pokryte paskudnymi teksturami lokacje w nowej wersji wyglądały świetnie. Dzisiaj, rzecz jasna nie robi to już takiego wrażenia, ale gra prezentuje się bardzo estetycznie. Trochę szkoda jedynie, że ta schludność i w większości zamknięte przestrzenie powodują, że tytuł sprawia wrażenie mniejszego i skromniejszego niż pierwowzór.

Niestety nie jest to też gra wymagająca od gracza wiele wysiłku, zarówno pod względem zręcznościowym jak i logicznym. Kończenie gry z kilkudziesięcioma apteczkami na stanie skłania do refleksji nad poziomem trudności. I tym razem Lara nie zapomniała zabrać na wyprawę swojej magnetycznej linki, która jednak działa chyba jeszcze gorzej niż poprzednio. Daje się to we znaki szczególnie pod sam koniec gry, gdzie poziom trudności na krótką chwilę gwałtownie rośnie. Poza tym zgrzytem, reszta to stary dobry Tomb Raider. Grobowiec w Peru, grecki monastyr i tajemnicza wyspa czekają na splądrowanie, a nietoperze, wilki, niedźwiedzie i T-Rex na dopełnienie definicji „gatunków wymarłych”. Mimo wszystkich tych klasycznych elementów, znacznego względem Legend ograniczenia momentów ze spluwami w roli głównej oraz niemal niezmienionej względem pierwowzoru fabuły, Anniversary paradoksalnie nie oddaje do końca doświadczenia, jakie było udziałem graczy w momencie premiery oryginalnego Tomb Raider. W poszukiwaniu tych emocji musimy zejść trochę niżej…

 

NA TYTUŁ 3

Jeszcze głębiej

To właśnie wydany w 2008 roku Underworld zasługuje moim zdaniem na miano najlepszej i najbliższej początkom serii przygody panny Croft. Tak, elementy platformówkowe są tutaj uproszczone i np. wspinaczka odbywa się automatycznie, kiedy tylko wychylimy gałkę w odpowiednim kierunku, ale za to inne elementy tej części rekompensują to w zupełności. Już początek zachwyca jednym z najgenialniejszych prologów, z jakimi miałem do czynienia w grach wideo. Wypełniony po brzegi emocjami, rozgrywający się w walącej się i płonącej rezydencji Lady Croft, dosłownie dwu minutowy tutorial wieńczy świetny cliffhanger zachęcający do dalszej gry. W drodze do mitycznego Avalonu odwiedzimy Morze Śródziemne, Tajlandię, podziemia rezydencji Croftów, czy Meksyk. I cóż to jest za podróż! Uwierzycie, że przy spokojnej grze zanim musimy w ogóle użyć broni palnej do zabijania mija grubo ponad godzina?

W tym czasie zdążymy zanurkować, poskakać po platformach, pokonać Krakena, powciskać szybko przyciski podczas QTE (które przechodzimy zupełnie naturalnie, jakby to nie było QTE, a to dlatego, że choć gra nie mówi nam nigdy jaki przycisk mamy wcisnąć to i tak doskonale wiemy instynktownie który), zdążyć się przekonać, że nie naprawiono wcale magnetycznej linki, a do tego jakimś cudem udało się twórcom zepsuć trochę kamerę, wreszcie popodziwiać robiąca wrażenie nawet dzisiaj, szczegółową grafikę oraz porozwiązywać zagadki. I to właśnie te zagadki stanowią o atrakcyjności Underworld.

Po pierwsze jest ich całe mnóstwo, zwłaszcza w porównaniu do Legend. Po drugie, choć nie są wybitnie trudne to jednak dosyć rozbudowane, przez co ich rozwiązanie sprawia mnóstwo frajdy. Niebagatelne znaczenie w odbiorze zagadek mają projekty poziomów. Mamy wrażenie, że poruszamy się po autentycznych miejscach, a nie stworzonych jednie na potrzeby danych zagadek etapach. Kiedy wchodziłem Larą do nowej lokacji, niemal zawsze robiła ona na mnie wrażenie swoim rozmiarem i nakazywała przystanąć na chwilę, aby zastanowić się „którędy droga?”. W Underworld powraca to uczucie odkrywania nieznanego i biegania po wyjątkowych miejscach, które pamiętam z pierwszych sesji z serią w latach 90. ubiegłego wieku.

Dodatkowo, ponownie wsiadamy na motocykl, ale tym razem twórcy pozwalają nam swobodnie jeździć nim po otwartym poziomie w Meksyku, dzięki czemu możemy rozwiązać zagadkę, której poszczególne elementy oddalone są od siebie na przeciwległych krańcach mapy. Jesteśmy w stanie nawet zjechać do podziemi, gdzie możemy wedle uznania rozjeżdżać wrogów. Na miejsce głównych antagonistów wracają bowiem, oprócz zagrożonej wyginięciem fauny, postaci nie z tego świata. Właściwie na listę wad mógłbym wpisać brak pojedynków z bossami oraz bardzo słabe fabularnie zakończenie gry. Zwieńczenie trylogii urywa się bowiem dość niespodziewanie, pozostawiając niektóre wątki zakończone klasycznym absurdem, a inne jakby zupełnie nietknięte. Niestety jest to wynik kastracji gry pod DLC, bowiem ostateczne zakończenie możemy poznać dopiero grając w dodatki. Z dzisiejszej perspektywy nie byłoby to może dużym problemem, gdyby nie to, że zostały one wydane jedynie na X360. Tym, którzy nie posiadają sprzętu Microsoftu, pozostaje więc obejrzenie zakończenia na YouTube.

Zdaję sobie sprawę, że trylogia „LAU” nie zbierała najwyższych ocen i na prawdziwy powrót na szczyt Lara musiała czekać do rebootu w 2013 roku. Niemniej jednak, mimo swoich wad i pewnych archaizmów, poprzednie gry kuszą egzotycznymi miejscami, klasycznymi zagadkami oraz wciąż całkiem świeżymi mechanikami platformówkowymi. Wydaje mi się, ze nawet dzisiaj jest to dość wiarygodna obietnica wyjątkowych wspomnień.

Tomek Pieniak

  • Prez

    Jak zwykle ciekawy tekst od Tomka. Wspominam Legend z wielką nostalgią, ta gra dała mi wielkiego kopa – potem dopiero remake z 2013 roku tak mnie zachwycił. Cała trylogia LAU miała też genialny soundtrack, do którego wracam z przyjemnością do dziś.

    • Tomek Pieniak

      Oj tak, nie wspomniałem o muzie, ale faktycznie jest dobra.

  • Świetny tekst, bardzo dobrze się czytało 🙂 I zgadzam się ze wszystkim. Choć ja wciąż najcieplej wspominam oryginalnego TR2 🙂

    • Tomek Pieniak

      😀
      Próbowałem, nawet przy okazji tego tekstu wrócić do pierwszych sześciu części, ale nawet dla kogoś tak niezrażonego do archaizmów jak ja, są one dość niegrywalne dzisiaj 🙁
      Może gdyby dodali sensowną obsługę padem do wersji PC…
      TR2 wyszedł nie tak dawno na iOSy, ale moim zdaniem na dotykowym ekranie to się już kompletnie nie da w Tomby grać

  • isaak911

    Ciekawe jako wychowanek Nintedno i Segi pierwszy kontakt z serią miałem dopiero przy okazji Nowego Tomb Raidera po reboocie, stała się to z miejsca moja ulubiona gra po Uncharted dla kolejnej części kupiłem X1, chociaż nigdy nie miałem ochoty grzebać w przeszłości.

    • Prez

      Jako posiadacz Xone raczej nie musisz cofać się do poprzednich części. Poza Underworld reszta może wydać Ci się już lekko archaiczna. Chociaż warto sprawdzić oryginał z 1996 roku – ta gra nadal ma „to coś”.

    • Tomek Pieniak

      Myślę, że skoro wychowałeś się na Nintendo to do archaizmów przywykłeś 😉
      Ale faktycznie, jeśli chcesz spróbować to sprawdź najpierw Underworld