Yakuza 0

Witamy w centrum nocnego życia Tokio. Jest końcówka lat 80-tych, pieniądze da się zarobić na każdym kroku, a miastem rządzi mafia. Istnieje jednak jeden zaułek, którym nie rządzi nikt – ten brakujący puzzel napędza historię Yakuzy 0, gry w której dwóch młodych gangsterów stara się odzyskać honor, wkraczając w sam środek klanowej walki o gigantyczne wpływy.

Historia przerzuca nas na zmianę między stolicą Japonii i Osaką, ukazując losy Kazumy Kiryu i Goro Majimy. Pierwszy, jako wciąż młody żołnierz swego klanu zostaje kozłem ofiarnym w sprawie pewnego morderstwa, drugi prowadzi największy klub z hostessami w mieście, by „odrobić” swoje winy i uzyskać pozwolenie na powrót do wielkiej gangsterki. Od tego przynajmniej zaczyna się ta opowieść bo ilość zwrotów akcji, wychodzenia na jaw kolejnych faktów i osób zamieszanych w całą intrygę zwiększa się z każdy kolejnym z szesnastu aktów gry. W trakcie rozwoju fabuły zobaczymy jak bardzo honorowym i uczciwym człowiekiem jest Kiryu, i jak zdeterminowany, oraz osaczony jest Goro. Oczywiście główną rolę gra tutaj także plejada niesamowitych postaci niegrywalnych, pełna potężnych wrogów, których nie sposób nie nienawidzić oraz przyjaciół niedoli za którymi wskoczymy w ogień. Yakuza jest serią, która w mistrzowski sposób operuje tymi dwoma uczuciami. Relacje jakie nasi bohaterowie nawiązują z bliskimi są oparte na honorze, uczciwości i oddaniu – znajdując się w środku przestępczego świata trudno jednak uniknąć ludzi, którzy będą chcieli to wykorzystać… ale wiedzcie, że ta mieszanka opery mydlanej i pojedynków na pięści zawsze zmierza do morału trafiającego do serca, oraz nagrodzenia tych którzy mieli czyste intencje. Wbrew pozorom ta dawka idealistycznej naiwności jest największą siłą Yakuzy, bo pozwala jej wyróżnić się wśród zalewu innych gier o mafijnych porachunkach, pokazując przy okazji męstwo i braterstwo w sposób w jaki widzieliśmy je gdy byliśmy dziećmi. Chwilę zajmuje przestawienie się na ten tryb odczuwania, ale gdy już się to zrobi to nie będziemy chcieli żyć w innym świecie.

¥ € $

 

Yakuza 0 ma jasną strukturę: po dwóch rozdziałach granych Kiryu spędzamy dwa rozdziały z Goro. W tym czasie przemierzamy japońskie, krzykliwe ulice pełne kolorowych przechodniów. Część z nich jest pijana, część chce nas zaczepić, inni znęcają się nad słabszymi, a jeszcze inni szukają w nas pomocy. System side questów rozładowuje napięcie widziane w pełnym intryg i momentów śmierć/życie głównym wątku, pozwalając nam robić rzeczy jakimi żaden gangster by się nigdy nie zajął (co już samo w sobie ma wartość komediową, nie wspominając o tym, że szalone scenariusze dodają od siebie kolejną porcję gagów). Nasi bohaterowie są właściwie chodzącymi ideałami posiadającymi nieskończone pokłady talentu, dlatego nie odmówią pomocy dziecku w złapaniu złodzieja, który ukradł mu grę podczas nocnej premiery, wsparcia w kręceniu kulinarnego show gdy jego producent spóźnia się na zdjęcia, czy też przeprowadzą mała śledztwo, by sprawdzić czy dziewczyna pewnego licealisty się nie prostytuuje… nie mają też problemu z wspieranie ulicznych artystów itd. a najlepsze jest to, że na końcu każdego takiego questa ktoś jest szczęśliwy, ktoś ma zamiar zacząć lepsze życie i słyszymy jak ważna jest ciężka praca, oddanie i uczciwość. Na początku trochę trudno brać to na serio, jednak z czasem docenimy, że gra w której wcielamy się w najbrutalniejszych wojowników zorganizowanej organizacji przestępczej pozwala nam wykonywać same dobre uczynki. Przysięgam – możecie być uczciwymi ludźmi, dobrymi, życzliwymi i pomocnymi, ale wykonując zadania poboczne w dowolnej części Yakuzy zrobicie więcej dobra niż przez cały rok w prawdziwym życiu. Piękno tego zamysłu kryje się w jego przerysowaniu, które z każdym kolejnym questem coraz bardziej pasuje do przekazu całości.

Poza mały zadaniami mamy też duże wątki, którymi możemy zająć się w przerwach od głównej intrygi – po to, by napchać sobie jak najwięcej pieniędzy do kieszeni. Kazuma wcieli się zatem w rekina biznesu skupującego nieruchomości (osobiście przywali też każdemu kto będzie robił zamęt na jego terenie) doglądającego biznesu z walizką pieniędzy, a Majima weźmie się za rozkręcanie mniejszego Hostess Clubu, w którym będzie zarządzał przydzielaniem dziewczyn do konkretnych klientów, rekrutowaniem ich, szkoleniem i, oczywiście, dawaniem w ryja konkurencji gdy tylko będzie to wymagane. Zakończenie linii fabularnej każdego z tych biznesów zajmie wam długie godziny, a przecież w międzyczasie można zawsze wyskoczyć do salonu Arcade, w którym czeka chociażby automat z Outrunem, poćwiczyć odbijanie piłki baseballowej, pójść na ryby, ścigać się samochodzikami RC, pośpiewać na karaoke, przetańczyć noc w klubie disco, walczyć w podziemnym kręgu i nie tylko – bo na pewno o czymś zapomniałem. W tej grze można zająć się masą rzeczy i mimo iż jest w otwartym świecie, to większość z nich nie jest związana z szukaniem penisa w śmietniku czy też mordowaniem najemników. To bardzo przyjemna odskocznia od tradycyjnego „jedź do punktu na mapie i zastrzel wszystkich” ew. „idź tam i odpal tryb detektywa”. Jeżeli podobały wam się mocno fabularyzowane questy w Wiedźminie 3 to warto zauważyć, że seria Yakuza jest ich pełna od lat i odsłona z numerkiem „0” podtrzymuje tę tradycję.

Droga Smoka

By zrównoważyć przygodę pełną tak wielu niegrywalnych, fabularnych elementów otrzymujemy też system walki, będący efektowną wizytówką serii. Yakuza 0 jest pierwszą odsłoną cyklu w której bohaterowie mają więcej niż jeden styl kopnięć i uderzeń. Kiryu ma podstawowy „brawler” pozwalający mu wyprowadzać standardowe mocne ciosy i ataki specjalne, oraz chwytać przedmioty które znajduje na ulicy. Kiedy przełączymy się na tryb „beast” jego ataki będą mieć większy zasięg, będą silniejsze i łatwiej mu będzie chwytać przedmioty, za to w trybie „rush” zmienimy się w boksera mającego szybkie pięści i jeszcze szybsze uniki. Goro jest bardziej nieokrzesany i pokazuje to w swym firmowym „thugu” pełnym nieczystych uderzeń, po przejściu na „sluggera” jest zresztą jeszcze brutalniejszy – bo ma wtedy w rękach kij baseballowy, którym wymachuje niczym nunczakiem. Na koniec zostaje jeszcze „breaker” będący mieszaniną tańca i capoeiry, w którym w szaleńczych wirach nogami bez problemu czyści pomieszczenia pełne przeciwników. Dzięki temu urozmaiceniu przyjemniej spędza się kolejne godziny w grze, której połowa to pojedynki z oprychami i bossami. Do odkrycia dla najwytrwalszych czeka też niespodzianka w postaci czwartego stylu walki dla każdej postaci!

Oczywiście cały system jest bardzo arcade’owy i niezbyt wymagający – dzięki czemu naprawdę czujemy się jakbyśmy górowali nad każdym oponentem. Warto jednak cały czas kontrolować sytuację, bo nie brakuje też momentów w których przez nadmierne rozluźnienie i brak przedmiotów leczących można marnie skończyć. Urok w walce Yakuzy leży właśnie w tym, że to my jesteśmy stroną dominującą, nawet wtedy gdy naprzeciwko nas stoi sześciu zbirów. W momencie, w którym Goro i Kiryu zaciskają swe pięści całkowicie znika ich przyjemna, samarytańska strona i wychodzą z nich demony. Kopanie leżących, walenie potylicą o mur, zamykanie drzwi samochodu na czyjejś głowie czy też rozbijanie na niej… roweru to mały procencik możliwości tych panów. Animacje tego co dzieje się z naszymi przeciwnikami potrafią autentycznie boleć, a mimo to nigdy nie mamy ich dość. To przerysowanie w najlepszej możliwej formie, tym bardziej, że każdą akcję bardzo dokładnie czuć pod palcami. Komendy, które wydajemy świetnie przekładają się na efekt końcowy na ekranie, pozwalając bardziej zaawansowanym graczom cudownie bawić się wylewem przesadnie eksponowanej przemocy na ekranie. Ale to w końcu gra od osiemnastego roku życia, o facetach którzy mają gołębie serca, ciężkie pięści i dynamiczny, gitarowy soundtrack do dyspozycji. Mieszanka idealna dla każdego komu tęskno za motywem bohatera, którego potrzebujemy na którego nie zasługujemy. Tu mamy ich dwóch.

Rekin w basenie

Yakuza 0 jest połączeniem otwartego świata, symulatora życia, brawlera i visual novel. Warto zdawać sobie sprawę z wagi każdego z tych składników gdy jest się nowicjuszem w serii. Mimo tego jak wiele jest tu akcji na najwyższym poziomie nie otrzymacie jej od razu i nie będzie ona nieprzerwana, dla autorów najważniejsza jest tu bowiem historia. Jej opowiedzenie i nakreślenie każdej (dosłownie) postaci buduje głębię i niezwykłą więź jaką nawiązuje się z wirtualnymi ludźmi spotkanymi w grze. Gdy dojdziecie do napisów końcowych poczujecie się jakbyście przebiegli maraton wraz z jakimiś 40 osobami, których będziecie jeszcze długo wspominać i pamiętać.

Dawno nie było tak dobrej okazji, by wskoczyć do serii z dziesięcioletnim stażem. Yakuza 0 jako prequel wszystkich wydarzeń, pokazujący młode lata dwóch najważniejszych postaci cyklu idealnie spełnia swą rolę wprowadzając do serii nowych graczy i dając dużo od siebie oddanym fanom (po raz pierwszy Goro jest grywalny, i cóż to jest za postać!). Poza kilkoma momentami, w których tempo gry faktycznie siada nie ma ona praktycznie żadnych problemów. Nawet to, że technicznie nie jest żadnym majstersztykiem odchodzi na dalszy plan gdy gnamy w swym idealnie skrojonym garniturze, by walczyć o życie przyjaciół i ideały, stając naprzeciwko armii mafiozów. To dla nas przecież żaden problem, bo Kiryu jest jak Goku, a Majima jak Vegeta i w ich skórze nie musimy się absolutnie niczego bać.

Jeżeli można zrobić mydlaną operę, która jest over the top to jest nią właśnie Yakuza 0. Dajcie jej szansę i zobaczcie jak w inny sposób można zrealizować sandboksa – gdy was to chwyci to jeszcze przed końcem przygody będziecie myśleć o wytatuowaniu sobie smoka na całych plecach. Zdecydowanie polecam i jestem pewny, że niewiele gier z tej generacji będę wspominał równie dobrze.

PS. Tytułową grafikę narysował Bartek Trzonek (dzięki wielkie!).

Autor: Arkadiusz „Cascad” Ogończyk

Platforma: PS4

Yakuza 0 / Deweloper: Sega / Wydawca: Cenega / Strona Oficjalna.

  • Razer

    Zagrałbym. Ale w tym roku zakładam realistyczny plan – pograć w części z PS2.