Wolfenstein II: The New Colossus

William Joseph Blazkowicz: Amerykanin polskiego pochodzenia, mąż i ojciec, bohater wojenny, chodząca maszyna do zabijania. Przeszedł długą drogę od „zwyczajnych” zadań, takich jak inwigilacja zamku Wolfenstein i zabicie Mecha-Hitlera, czy zwalczania wrogich jednostek okultystycznych, aż do walki z nazistowskim okupantem na terenach Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Wolfenstein II: The New Colossus to kolejna odsłona kultowej serii zapoczątkowanej przez id Software w 1992 roku. Przez lata w branży growej zmieniło się bardzo dużo, ale nie dla BJ Blazkowicza, który nadal walczy ze złymi nazistami – taki już los legendarnych bohaterów popkultury. W przerwach pomiędzy kolejnymi odsłonami, BJ na pewno znajduje czas na pogawędkę ze swoim druhem Doomslayerem, którego też wiecznie ciągają po piekielnych bazach. Teraz jednak nie jest czas na pogawędki, ale czas na krwawą jatkę w stylu charakterystycznym dla MachineGames…

I kiedy piszę, że jest czas na jatkę w stylu charakterystycznym dla MachineGames, to mam na myśli, że już w to graliśmy. Dwa razy. Niech was nie zmyli dwójka w tytule gry. Po drodze był jeszcze spin-off w postaci The Old Blood. To oznacza, że teraz po raz trzeci robimy to samo. Czy to źle? Moim zdaniem tak. Brakuje mi jakiegoś powiewu świeżości w nowej przygodzie Blazkowicza. Czegoś, co zaskoczyłoby mnie tak samo jak zaskoczył mnie The New Order, który był naprawdę soczystyNiestety, rozgrywka to bardzo smaczny, ale odgrzewany kotlet. Znowu możemy się skradać (i znowu skradanie jest aż i tylko OK), znowu możemy cali na biało wjechać z dwoma giwerami w łapach. I znowu używamy niemalże tych samych broni, ale możemy je nieco modyfikować. Walka jest bardzo wymagająca, bo przeciwnicy są w stanie szybko nas wykryć, a podczas otwartej wymiany ognia ginie się często nawet na normalnym poziomie trudności. Nie wynika to jednak z AI wrogów, ale ich liczebności, a także… skopanego systemu oznaczania trafień. Kiedy kule przyjmujemy na klatę, nie ma żadnego znacznika obrażeń (poza jękami protagonisty), więc trzeba nieustannie zerkać na pasek zdrowia i w biegu chwytać apteczki.

Oldskul jest dobry, ale trzeba go jeszcze dobrze zrealizować. A tutaj bywa z tym różnie. Podnoszenie wspomnianych apteczek i pancerza oraz amunicji działa dziwnie. Teoretycznie trzeba ciągle wciskać „E”, żeby cokolwiek podnieść, ale BJ przechodząc po rozsypanym wszędzie sprzęcie, potrafi podnieść niektóre rzeczy z automatu. Dlaczego tak się dzieje? Nie mam pojęcia. Za to wiem, że strasznie irytuje to podczas zabawy, bo w starciu z zastępami żołnierzy brodzimy po kolana w apteczkach i pancerzach, ale i tak wciskamy „E” jak szaleni, tak na wszelki wypadek, bo BJ sam nie zawsze je podniesie, a to często okazuje się dla niego (i dla gracza) fatalne w skutkach, podczas ostrej wymiany ognia. Samo strzelanie nadal dostarcza odpowiedniej dawki emocji, ale mam wrażenie, że nie jest już tak miodnie jak poprzednio – chociaż może to być po prostu efekt odgrzewanego kotleta. Na szczęście zawsze mamy do wyboru otwartą walkę lub skradanie, więc rozgrywkę możemy dopasowywać pod własne widzimisię. To nadal duża zaleta serii od MachineGames.

Tę grę ratuje fabuła, która napędza całą zabawę i która jest równie dobra, a przy okazji jeszcze bardziej szalona niż w The New Order. Świetnie napisane i zagrane przerywniki (zarówno te na silniku gry jak i wstawki CGI) a także masa pobocznych dialogów, których możemy posłuchać na każdym kroku, powodują, że świat gry żyje i graczowi zależy na ludziach, których spotyka na swojej drodze. Zależy mu na misji, którą ma do wykonania. W pierwszej połowie przygody, główny bohater trochę męczy bułę swoimi monologami, ale nie powinno się mieć mu tego za złe – facet jest już śmiertelnie zmęczony, a końca zmagań nie widać. Zmęczeni są również jego towarzysze, co nie zmienia faktu, że są równie ciekawi jak ostatnim razem. Dochodzą też nowe twarze. Jest tu dużo mocnych scen, kilka bardzo mocnych i sporo naprawdę zabawnych momentów. Cholera, chciałbym żeby wszystkie strzelanki dla pojedynczego gracza miały tak dobrze napisane dialogi! Jeśli opowiadanej historii będzie wam mało, zawsze możecie sięgnąć po ulokowane na każdym kroku notatki i nagrania audio. Na mapach rozsiano też całą masę ukrytych przedmiotów, więc łowcy znajdziek będą na pewno zadowoleni.

Wolfenstein II: The New Order to mocna przygoda, pełna cudownych momentów (chociaż głównie w trakcie przerywników filmowych) i jeżeli nie przeszkadza wam wtórność rozgrywki, to na pewno będziecie zadowoleni. Ja osobiście, im dalej w las, tym lepiej się bawiłem i pod koniec żałowałem, że to już napisy końcowe, ale gra na szczęście oferuje kilkanaście misji pobocznych oraz tryb arcade. Żałowałem też ze względu na to, że zapowiedzi obiecały mi nieco inną grę. Liczyłem na rozgrywkę z Homefront: The Revolution, połączoną z fabułą typową dla serii od MachineGames. Dostałem, niestety, kolejną liniową przygodę i dużo podobnych do siebie, monotonnych scenerii (chociaż są też naprawdę przyjemne wyjątki). Brakowało mi chociażby ciekawych bossów lub kilku mocno wyreżyserowanych sekwencji rodem z Call of Duty. Jakiejś różnorodności, pojazdu, którym przejadę z punktu A do B, lub misji totalnie wyjętej z innej bajki. Czegokolwiek. Czwarty raz już się nie dam nabrać na to samo.

Zobacz też: Dobranocka Rozgrywki #81 – Wolfenstein II: The New Colossus

Autor: Prez

Platforma: PC, PS4, Xone

Wolfenstein II: The New Colossus / Deweloper: MachineGames / Wydawca: Bethesda Softworks / Strona Oficjalna.

Grę otrzymaliśmy do recenzji od firmy Cenega.

  • b_one

    ” Czwarty raz już się nie dam nabrać na to samo.” Amen – badz silny

    • Prez

      Czyli miałeś podobne odczucia?

      • b_one

        Po pierwszej czesci mieli kredyt (preooorder dwojki mocno) old blood kupilem i sie odbilem, bylo juz inne tez srednie, po 2 nie maja zadnego kredytu