W służbie Jej Rozgrywkowej Mości

Nieśmiertelny bohater własnoręcznie ratujący świat, dość prosta, ale wciągająca fabuła, różnorodne lokacje, liczne gadżety i widowiskowa akcja.  Zdawałoby się, że te cechy czynią z filmowych przygód Jamesa Bonda idealne źródło do gradaptacji. A jednak, mimo wydanych ponad dwudziestu związanych z marką tytułów, wśród których znajdują się naprawdę dobre i zarabiające na siebie pozycje, gracze na całym świecie nie czekają dzisiaj w zniecierpliwieniu na kolejną odsłonę. Czemu tak trudno zrobić wyśmienitą grę o agencie MI6 i po co sięgnąć, gdy wychodząc z mającego właśnie premierę  „Spectre” będziemy chcieli sami zasmakować przygód w służbie  Jej Królewskiej Mości? Może uda się znaleźć odpowiedzi na te pytania przyglądając się cechom, które czynią filmy z tej serii tak wyjątkowymi?

Tylko dla twoich oczu

Chciałbym ograniczyć się do tytułów wydanych na konsole stacjonarne i komputery po 2000 roku, a więc tych których dostępność, grafika i mechanika pozawalają faktycznie sięgnąć po nie współczesnemu graczowi.

Na liście znajdują się zatem:

  • „Agent Under Fire”  (PS2, Xbox, GameCube)
  • „Nightfire” (PC, PS2, Xbox, GameCube, Mac)
  • „Everything or Nothing” (PS2, Xbox, GameCube)
  • „GoldenEye: Rogue Agent” (PS2, Xbox, GameCube)
  • „From Russia with Love” (PS2, Xbox, GameCube)
  • „Quantum of Solace” (PC, PS3, X360, PS2, Wii)
  • „Golden Eye 007: Reloaded” (PS3, X360, Wii)
  • „Blood Stone” (PC, PS3, X360)
  • „007 Legends” (PS3, X360, Wii U)

Z pełną świadomością pomijam również największy hit growy z 007 w roli głównej, a mianowicie słynne „GoldenEye”, wydane w 1997 roku na Nintendo 64. Nie sposób przecenić znaczenia tego tytułu w historii gatunku FPSów, zwłaszcza na konsolach. Postarzał się on jednak moim zdaniem na tyle, że dzisiaj będzie budził raczej rozbawienie swoją brzydotą i ograniczoną mechaniką.

Bond… James Bond

Niezaprzeczalnie największym wyróżnikiem filmów o Jamesie Bondzie jest sam Bond. Nie da się ukryć, że jest to postać niezbyt skomplikowana i choć czasem dostaje od twórców motywację inną niż służba Królowej,  to nie odbiega w tym od bohaterów kreowanych masowo przez chociażby Stevena Seagala. Dlatego tak istotne jest to, kto wciela się w 007. W czystej fizyczności, spojrzeniu, posturze, postawie czy drobnych gestach musi zawierać się bowiem cała pozostała charakterystyka danego Bonda. Ze względu na ograniczenia techniczne, zwłaszcza w epoce 6 generacji konsol, grom ciężko było oddać owe niuanse. Dlatego interaktywny Bond wypada zazwyczaj bardzo słabo. Bez znaczenia czy dubbingowany jest przez prawdziwego odtwórcę filmowej roli (Brosnan w „Everything or Nothing”) czy przez aktora dubbingowego.

007 w grach brzmi w większości przypadków niezwykle nijako. Można to zauważyć słuchając innych postaci, zwłaszcza M, w którą aż sześciokrotnie wcieliła się sama Judi Dench i która całkiem nieźle oddaje emocje jakie towarzyszą jej postaci podczas pracy z 007. Nawet Q wydaje się być ciekawszy, choć przecież jego charakterystykę również można zawrzeć w jednym zdaniu. Nadanie Bondowi w „Agent Under Fire” twarzy niepodobnej do żadnego z oryginalnych odtwórców, czy zamienienie Brosnana na Craiga w „GoldenEye 007: Reloaded” nie czynią kompletnie żadnej różnicy w odbiorze postaci.

Co ciekawe nawet powracający po latach do własnej roli Sean Connery w „From Russia with Love” nie do końca sprostał zadaniu i momentami brzmi dość dziwacznie. Ma on jednak do powiedzenia trochę więcej niż jego koledzy po fachu. Odrobinę charakteru udało się developerom nadać Bondowi w „Nightfire” i to o dziwo właśnie dzięki niuansom animacji w przerywnikach, a nie rozbudowanym dialogom,  na które nie było miejsca. Bo, żeby oddać sprawiedliwość wszystkim aktorom głosowym wcielającym się w 007, rzadko kiedy gry dawały im okazję na odegranie czegokolwiek innego niż wykonującego polecenia żołnierza. Osobiście najprzyjemniej obcowało mi się z Brosnanem w „Everything or Nothing”. Głównie dlatego, że gra sprawia wrażenie jakby miał zdecydowanie więcej interakcji z innymi postaciami niż w pozostałych produkcjach.

Świat to za mało

Fabuły filmowych Bondów to kolejny wyróżnik serii. Choć przekraczają granice kiczu i auto plagiatu nie oglądając się za siebie to robią to zazwyczaj z taką gracją i konsekwencją, że stanowią gatunek dla samych siebie. Gry z Bondem można podzielić na trzy grupy.

 

4508_01_0008_20101007-7han2

 

Tytuły należące do pierwszej sugerują, że ich scenariusz jest identyczny z wersją filmową. Na sugestii ta identyczność się kończy. Dlatego ortodoksyjni  wyznawcy kanonu mogą trzymać w pogotowiu stosy podpalane własną miłością do serii. Żadna gra z katalogu nas interesujących nie trzyma się wiernie wydarzeń znanych z kina.  Czasem jest to rozszerzenie sceny o elementy pozwalające dodać sekwencje akcji  jak podczas polowania na White’a w „Quantum of Solace”. Innym razem dodanie zupełnie nowych wydarzeń jak porwanie córki premiera w prologu „From Russia with Love” czy wizyta Bonda w kompleksie Severnaya podczas wydarzeń, których nigdy nie był światkiem w „GoldenEye 007: Reloaded”. Nierzadko występują skróty, wycinanie scen (tutaj rekordy bije chyba „QofS” którego znaczną część fabuły poznajemy z briefingów i rozmów podczas nich prowadzonych), przypisywanie jednej postaci kwestii innej (żeby wspomnieć tylko Rosę Klebb, która wypowiada słowa filmowego Kronsteena), zmiana kolejności wydarzeń,  czy kompletne przemodelowanie całej sekwencji.

Ta ostatnia przypadłość dotknęła w szczególności remake kultowego klasyka „GoldenEye 007: Reloaded”. Już wersja z 1997 roku ze względu na potrzebę mechaniki strzelanki i ograniczenia sprzętowe przedstawiała mocno alternatywną wersję wydarzeń. „Reloaded” idzie kilka kroków dalej. Nie dość, że przenosi akcję gry w bliższe naszym czasom realia i zamienia Brosnana na Craiga to jeszcze próbuje wpisać się w kanon ostatnich filmów.  Próba kompleksowego scharakteryzowania na  nowo Zukovskiego z dbałością o takie szczegóły jak posmodernistyczny obraz z jego podobiznami pokazuje dlaczego wszystkie zmiany w grze uchodzą na sucho i sprawiają, że powinni się nią zainteresować nawet, a być może zwłaszcza najbardziej hardcorowi fani filmu. Zresztą cały poziom w nocnym klubie Zukovskiego  to jeden z fajniej napisanych etapów, w jakie miałem kiedykolwiek przyjemność grać. Nie zmienia to jednak faktu, że skala zmian sprawia, że tytuł miejscami niebezpiecznie dryfuje w stronę drugiej kategorii, którą można nazwać „Meta Fan Service”

 

GoldenEye 007 Reloaded - Enemies in Archives

 

Należą do niej „GoldenEye: Rouge Agent” i  „007 Legends”. W teorii obiecują wyśmienitą meta zabawę światem agenta MI6. Bo czyż nie jest kusząca roztaczana przez „GE:RA” wizja gry jako przeciwnik Bonda, renegat wydalony z MI6 i do tego pracownik Goldfingera toczącego wojnę z Doktorem  No? A może chcielibyście odegrać kultowe sceny z poszczególnych filmów w „007 Legends”? Niestety obie gry nie wywiązują się z obietnic. „GE:RA” poraża kiepską fabułą i nużącym gameplayem, zaś mający być w założeniu hołdem dla marki „007 L” jest chyba najsilniejszym policzkiem, jaki branża gier wymierzyła fanom cyklu w omawianym okresie wydawniczym . Cóż z tego, że bierzemy udział w bitwie o Fort Knox czy zjeżdżamy na nartach w towarzystwie Tracy skoro wzorem remake’u „GoldenEye 007”, ale tym razem bezsensownie całość została przeniesiona we współczesność, posklejana miejscami z dziwnych, nigdy nie istniejących w filmach elementów i zalana taką ilością rozgrywki rodem z Call of Duty, że cała nostalgia wyparowuje wraz z kolejnymi wybuchami.

Na szczęście istnieją  fabuły gier z Bondem całkowicie od podstaw napisane dla tego medium. Historia pewnego ambasadora z „Agent Under Fire”, pojedynek z psychopatycznym biznesmenem z „Nightfire”, ratowanie porwanego naukowca w „Blood Stone” czy walka z nanomaszynami w „Everything or Nothing” nie są może tak dobre jak filmowe opowieści, ale mają swoje momenty przykuwające do ekranu. Uwielbiam prolog z „Blood Stone”, który nie dość, że oferuje intensywny gameplay to może się poszczycić bardzo dobrymi – moim zdaniem dialogami – z M w roli głównej. Nawet jeśli nigdy w życiu nie słyszeliście o Jamesie Bondzie i jego przełożonej, w mig zorientujecie się, w jaką postać przyjdzie nam się wcielać i jaki jest do niej stosunek M. Również epilog prezentuje się dość ciekawie i nieszablonowo na tle nie tylko innych gier, ale i filmów. Do tego całość wpisuje się doskonale w uniwersum Bonda granego przez Craiga. Jeszcze lepiej  w timeline, tym razem Brosnana wpisuje się Everything or Nothing. Jest to zdecydowanie najciekawsza i najlepiej zaprezentowana produkcja, z udziałem podkładających głosy  gwiazd i gwiazdeczek takich jak Willem Dafoe, John Cleese, Heidi Klum czy Mya. Zwroty akcji, lokacje, długość i ilość przerywników, poziom większość dialogów i zdecydowanie najlepszy growy przeciwnik Bonda sprawiają, że ma się cały czas wrażenie obcowania z kompletnym produktem marki James Bond ery Brosnana. A gra idzie jeszcze dalej i w finale oferuje rozmach, jakiego nie dostarczył chyba żaden film z serii. W dodatku przez takie, a nie inne umiejscowienie końcowych wydarzeń, można śmiało traktować  „EorN” jako klamrę zamykającą względem filmowego GoldenEye epokę Bonda lat 90-tych.

Licencja na zabijanie

Wbrew temu, co próbuje nam wmówić w Skyfall reżyser Sam Mednes, Bondy nie są filmami o „patrzeniu w dal”. Wizytówką serii przez lata była urozmaicona akcja. Różne gry na przestrzeni  lat próbowały różnie przełożyć charakterystyczne bondowskie sceny akcji na gameplay. Electronic Arts poczynając od „Agent Under Fire” próbowało odwzorować działania 007 w terenie poprzez łączenie rozmaitych stylów rozgrywki. Misje oparte o mechanikę strzelaniny FPP/TPP wymieszanej ze skradanką, przeplatają się z etapami  „strzelanin na szynach” i poziomami, podczas których sterujemy rozmaitymi maszynami. Podstawę stanowią etapy „chodzone”, które w „AUF” i „Nightfire” oferują miejscami pewną dozę swobody zarówno w wyborze ścieżki, jak i tego, czy chcemy pozostać niewykryci czy też z okrzykiem  „Za Anglię” na ustach i kałasznikowem w garści będziemy przedzierać się przez zastępy wrogów.

 

 

Szczytowym osiągnięciem w tej dziedzinie jest „Nightfire”, w którym etap z przedostaniem się na przyjęcie w zamku możemy ukończyć podążając kilkoma różnymi ścieżkami.  Dodatkowo, poczucie bycia prawdziwym 007 daje dostęp do rozmaitych gadżetów, z których w większości przypadków możemy, ale wcale nie musimy korzystać . Lasery w zegarku, linki, okulary na podczerwień,  dekodery, kluczyki ogłuszające, garnitury kamuflujące, zdalnie sterowane roboty pająki. Do wyboru do koloru. Od „AUF” po „ETorN” tony noszonego ze sobą sprzętu zapewniają Bondowi przeżycie, a nam masę frajdy z odkrywania nowych sposobów na pokonanie przeszkód i wrogów.  Odsłony, w które gramy z trzecioosobową kamerą, a więc „EorN” i „FRwL” co prawda wprowadzają więcej liniowości, ale za to pozwalają na bardziej widowiskową walkę wręcz, elementy platformowe czy, jeszcze bardziej zwariowane akcje w stylu Bonda. Nadal do dyspozycji mamy mnóstwo gadżetów, dzięki którym przechodzenie poszczególnych etapów daje tyle radości. Moimi, absolutnie ulubionymi zabawkami od lat pozostają: jetpack, którym możemy polatać w „FRwL” oraz linka pozwalająca schodzi po pionowych ścianach w „EorN”. Widowiskowość akcji, które dzięki niej możemy przeżywać, nie ustępuje wiele temu, co dzieje się w Uncharted czy najnowszym Tomb Raiderze.

Niestety z powodu przeniesienia w kolejnych częściach klimatu w epokę Craiga pozbyto się niemalże całkowicie gadżetów. Powracają co prawda w „007 Legends”, ale marna to pociecha skoro reszta nie zachęca do gry. W pozostałych tytułach wydawanych już przez Activision rolę wielofunkcyjnego gadżetu spełnia smartfon, za pomocą którego możemy hakować urządzenia elektryczne, rozpoznawać twarze czy szukać dowodów. Nie jest to jednak nawet w połowie tak fajne jak gadżety ze starszych tytułów. Powracają na szczęście możliwości skradania się i eliminowania wrogów po cichu. „GoldenEye 007: Reloaded” daje również miejscami parę okazji na alternatywne pokonanie fragmentu poziomu. Dodatkowo, pod względem mechaniki strzelania w oczywisty sposób najnowsze produkcje górują nad opartymi o lockowanie i automatyczne celowanie lub archaicznie ograniczającymi ruchy podczas dokładnego celowania Bondami od EA. Trzeba przyznać, że „GoldenEye 007: Reloaded” to naprawdę porządny shooter, choć podobnie jak „Blood Stone” cierpi na małe zróżnicowanie przeciwników i nienajlepszą ich inteligencję. „Quantum of Solace” wypada na ich tle trochę gorzej, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę nie do końca przemyślane sterowanie i nie wszystkim odpowiadające przeskoki kamery z FPP na TPP w momencie przeklejania się do osłony.

Fani Craiga mogą doświadczyć w „Blood Stone” i „007 Legends” sekwencji jeżdżonych, które kiedyś stanowiły obowiązkowy, przeplatający się z etapami pieszymi i „na szynach” element gier o Bondzie. O ile taka sobie jakość tych fragmentów w „007 L” nikogo nie zdziwi, tak to, jak dobre są to momenty w „BS” może zaskakiwać. Przynajmniej do czasu, gdy pozna się twórców gry, czyli studio odpowiedzialne w przeszłości za serię wyścigowa „Project Gotham Racing”. Wydaje mi się, że niewiele przesadzę pisząc, iż pościg w śnieżycy przypomina pod względem widowiskowości „DriveClub”.

Jedyne, czego mógłbym sobie życzyć to większej otwartości tych etapów, czyli czegoś, co w czasach EA było standardem. Dzisiaj oglądając gameplay „Uncharted 4” ekscytujemy się na myśl, że będziemy mogli wybrać ścieżkę przejazdu, podczas gdy kierując Brosnanem lub Connerym dostawaliśmy do dyspozycji małe miasto. Jakimś cudem wszystkie etapy z prowadzeniem pojazdów niezależnie od tego czy był to DB5, Porsche, śmigłowiec, motocykl czy czołg wypadały w grach o Bondzie lepiej niż można by tego oczekiwać. Trafiały się nawet takie perełki jak udział w rajdzie, pościg holownikiem czy zabawa w skradankę z udziałem niewidzialnego samochodu. Do dziś lubię wracać do dość wymagającego etapu pościgu na motocyklu za ciężarówką w „EorN”, czy mojego ulubionego podwodnego etapu z pływającym samochodem w „Nightfire”.

Diamenty są wieczne

Przy dwudziestu kilku filmach i kilkudziesięciu latach w świadomości widzów, filmowa seria musiała dorobić się własnego meta języka, autocytatów i czerpania ze swojej spuścizny. Wie o tym nawet Sam Mendes bez skrupułów wykorzystujący nostalgię widzów do klasycznych części. Widok z lufy rozpoczynający niemal każdy film, prolog, wyjątkowa animacja początkowa, specjalnie napisana do niej piosenka, wreszcie rozpoznawalny przez wszystkich motyw muzyczny. Niezależnie od tego po którą grę z 007 sięgniecie, każda będzie korzystała ze sporej ilości dziedzictwa całej serii, oczywiście najwięcej z epoki, o której opowiada. Możecie nawet spodziewać się zaskakujących powrotów kultowych bohaterów i gadżetów, a próba zbudowania przez EA growego uniwersum Bonda za pomocą pojawiających się w kolejnych częściach bohaterów lub firm występujących tylko w grach również nie może pozostać niezauważona. Najmniej tych elementów znajdziecie w „AuF”. Mnie najbardziej podoba się animacja początkowa z „007 L” (tak, tak – za coś chwalę ten tytuł) ale piosenka napisana specjalnie dla „EorN” przebija wszystkie inne. Dla fanów klasyki niestety nie ma dużego wyboru, „From Russia with Love” jest obowiązkową pozycją, na szczęście to tytuł ociekający wręcz interesującym klimatem.

 

 

I w końcu dochodzimy do najważniejszego wyróżnika serii i jednocześnie moim zdaniem powodu dla którego tak ciężko przełożyć w pełni doświadczenie seansu filmowego Bonda na grę. Przyglądając się bliżej treści można dojść do dość śmiałego wniosku, że te filmy nie różnią się u swoich podstaw specjalnie od innych produkcji przygodowo-sensacyjnych. Kiczowatą fabułę, absurdalne postacie, mało skomplikowanych bohaterów, piękne kobiety, pościgi, bijatyki, strzelaniny, tanie romanse, jeszcze tańsze one linery możemy znaleźć w niezliczonej ilości filmów klasy od B do Z. To co każe znam ekscytować się nową odsłoną przygód 007 to parująca wręcz z ekranu klasa, styl i ekskluzywność.

Przejawia się ona nie tylko w plenerach, scenografii, kostiumach, rekwizytach czy aktorach. Każdy najdrobniejszy element zaplanowany i wykonany jest tak, że możemy być niemal pewni, iż stanowi szczytowe osiągnięcie w danej dziedzinie sztuki filmowej. Oczywiście nie zawsze udaje się filmom spełnić wszystkie te obietnice, ale za każdym razem mamy uzasadnioną nadzieję, że tak właśnie będzie. Ta sama wysoka jakość stała za największym sukcesem marki w świecie gier. „GoldenEye” na N64 nie był dobrą grą z obrandowaniem Bonda. Był grą wybitną, przełomową, jedyną w swoim rodzaju. W pełni zasługiwał na licencję 00. Późniejsze gry próbujące powtórzyć ten sukces lub szukające własnej drogi były jedynie bardzo dobre. Oferowały zróżnicowane mechaniki i jeszcze więcej Bonda w Bondzie. Ich twórcy, świadomi problemu szukali różnych rozwiązań na podkreślenie wyjątkowości swoich produkcji. Za przykład może posłużyć wprowadzenie tzw. „Bond Moments”. Kiedy wykonaliśmy jakąś widowiskowa akcję, gra odpalała stosowny komunikat i podkreślała moment odpowiednim akcentem muzycznym. Dzięki temu klasyczne strzelanie do wybuchających beczek stawało się bardziej wyjątkowe. Ale to nie wystarczyło. Tytuły od EA starały się wyprzedzać swój czas jak chociażby „EorN” systemem osłon, gwiazdorską obsadą czy filmową widowiskowością rodem z Uncharted.

Nie były to jednak zabiegi wystarczające dla graczy nie będących fanami serii. Być może te gry swoje zróżnicowanie oferowały zbyt dużym kosztem tak oczekiwanego przez graczy długiego i dość powtarzalnego gameplay’u. Tym tropem poszły gry wydane już przez Activision i bedące przede wszystkim klasycznymi shooterami. Upodobniły się jednak za bardzo do „Call of Duty” i innych współczesnych strzelanin przez co kompletnie zatraciły swoją wyjątkowość.

Moim zdaniem we wszystkich stworzonych do tej pory grach brakuje też możliwości stania się w pełni Bondem. Gameplay ograniczony jest niemalże wyłącznie do mniej lub bardziej agresywnego działania w terenie. Tymczasem Bond to nie tylko akcja. Brakowało mi zawsze możliwości osobistego wybrania z menu restauracji odpowiedniego drinka, momentu kiedy chcę by Bond odpowiednio się przedstawił czy kwestii jakimi ma oczarować nowopoznaną piękność. Ileż radości każdemu fanowi daje możliwość zwykłego poszwendania się po biurze MI6 w „FRwL” zamiast słuchania głosowego briefingu z animacją w stylu „CoD” w tle. Istnieje przecież tyle mechanik growych które doskonale uzupełniłyby doznania gracza. Wyobraźcie sobie, że w Casino Royale to wy rozgrywacie partię pokera. Albo sami próbujecie przechytrzyć Goldfingera podczas gry w golfa. Wszystkie te elementy składają się na wyjątkowość filmowych Bondów tak samo jak widowiskowe strzelaniny czy pościgi.

Wychodząc z seansu Casino Royale kilka lat temu wyobrażałem sobie jak to jest być Bondem. Podobne marzenia miałem kiedy jako nastolatek obejrzałem GoldenEye. Cześć z tych fantazji spełniłem dzięki takim tytułom jak „EorN” czy „FRwL”. Życzę nam wszystkim abyśmy wychodząc ze „Spectre” również poczuli to powołanie do służby u Jej Królewskiej Mości i abyś dostali kolejną wyśmienitą grę na którą ta seria zasługuje.

Tomasz Pieniak

  • Jakub Antoniuk

    Przeczytałem kilka książek z Bondem i wspominam je miło (choć czuć, że były pisane w zupełnie innych czasach, bardzo dużo odwołań do II wojny światowej i okresu bezpośrednio po), nie widziałem nigdy jakiegokolwiek filmu i raczej tego stanu nie zmienię a z gier grałem w Quantum of Solace i Nightfire. Z QoS nie pamiętam nic po za tym, że nie miała nic wspólnego z tym kilkustronicowym moralizującym opowiadankiem a Nightfire ukończyłem na XB i PS2, spoko strzelanka. Znam tylko książki więc mam pytanie. Czy w filmach Bond to taki Terminator co rozpier**la wszystko dookoła (tak samo jak w grach) bo książki raczej temu zaprzeczają.

  • Tomek Pieniak

    Wow, jesteś jedyną znaną mi w życiu osobą, która nigdy nie widziała jakiegokolwiek filmu z Bondem 😀
    Jeśli kiedyś jednak najdzie Cię ochota i sięgniesz bo któryś to mam ogromną nadzieję, że będzie to Casino Royale, GoldenEye, Pozdrowienia z Rosji lub Goldfinger.
    Zabawne, że zapytałeś o Terminatora, bo oglądając ostatnio Casino Royale właśnie z tą postacią skojarzyła mi się scena gdy Craig całym ciałem przebija się przez kartonowo-gipsową ścianę 🙂
    Ale spokojnie, to nie jest tak, że w filmach Bond jedyne co robi to wali do wszystkich z kałacha. Akcja oczywiście występuje, ale najczęściej ma za zadanie być bardziej widowiskowa i zabawna niż brutalna. Oczywiście w najstarszych tytułach jest jej najmniej, ale myślę, że pod tym względem bardzo spodobałby Ci się Skyfall, gdzie sceny akcji są bardzo krótkie, dość realistyczne i jest ich bardzo niewiele.
    Gry z oczywistych powodów oferowały do grania jedynie sekwencje akcji, ale właśnie Nightfire w którego grałeś to dla mnie zawsze była bardziej skradanka niż strzelanka. Niestety ostatnie gry z Graigem jako Bondem to przede wszystkim rozpiździel. Może, kiedy TellTale na poważnie zajmie się temat będzie można zasmakować innej strony pracy 007.