Vikings: Wolves of Midgard

Bardzo czekałem na Vikings: Wolves of Midgard. Chciałem sobie nawet sprawić wczesny dostęp, ale 44,99 Euro za Early Access to trochę przegięcie. Czy moje oczekiwania były duże? Na pewno. Czy twórcy zrobili w końcu hack’n’slasha z prawdziwego zdarzenia i nie polecieli w kulki jak przy Shadows: Heretic Kingdoms? No i chyba najważniejsze – czy ja wreszcie przestanę marudzić podczas pisania? Odpowiedzi na te i inne pytania znajdziecie poniżej, zapraszam!

Z mojego pierwszego tekstu na łamach Rozgrywki mogliście się przekonać, że gry pokroju Diablo, Grim Dawn czy Torchlight wielbię i spędzam przy nich godziny liczone czasem w tysiącach. Stąd wieści o każdym kolejnym tytule z kategorii h’n’s przyspieszają bicie mega serducha, a ja sam jaram się jak czarownice na stosie. Tak samo było z ostatnią grą od Games Farm. Gdy tylko otrzymałem grę do recenzji, zwolniłem się z pracy, pojechałem do domu, żonę i dziecko zawiozłem do teściów a sam wróciłem z zapasem energetyków na weekend i zacząłem grać.

Na pierwszy ogień idzie oczywiście tworzenie postaci – wybieramy płeć, do tego kilka fryzur, tatuaże i najważniejsze – bóstwo. Bóstwa w tej grze pełnią funkcję wyboru klasy postaci. Możemy stworzyć wojownika walczącego bronią jednoręczną oraz tarczą, bronią dwuręczną, dwiema broniami jednoręcznymi, łukiem oraz kosturem. Jest klasycznie, bez szaleństw, ale optymalnie. Rozpoczynamy od obrony wioski przed goblinami, wilkami i Jotunem – takim dużym gościem, który kładzie nas na dwa-trzy strzały swoją wielką maczugą. O fabule powiem tylko tyle, że podejmujemy się zadania zjednoczenia klanów, a w tle przewija się walka z Cesarstwem Rzymskim. Jest tu sporo smaczków dla fanów mitologii nordyckiej oraz legend związanych z Królem Arturem.

Gra podzielona jest na trzy kampanie, każda z nich składa się z kilku rozdziałów. Swoją postacią ukończyłem grę w niecałe 20 godzin, na trzecim z czterech poziomów trudności, praktycznie liżąc każdą ścianę. Liczba zgonów – 24. Games Farm podeszło ciekawie do tematu rozgrywania misji – podchodzimy do Langskipu (statku) lub w późniejszej fazie gry do portalu i przenosimy się na mapę. Za każdym razem czeka nas na końcu walka z bossem na ostatniej arenie. Nie ma płynnych przejść między lokacjami jak w Diablo, czy Grim Dawn. Ot, zamknięta mapa, gdzie są dodatkowe trzy aktywności poboczne do zrobienia (np. zebranie czaszek, rozwalanie totemów, menhirów, czy pokonanie konkretnego przeciwnika) i boss. Wszystko okraszone gdzieniegdzie zagadkami logicznymi, które doprowadzają nas do części artefaktu (o nich więcej przy ekwipunku) lub innego, mocnego przedmiotu.

I najważniejsze – na niektórych z nich działają na nas niekorzystnie warunki środowiskowe, np. jest tak przeokropnie zimno, że możemy zamarznąć jak za długo będziemy daleko od ognisk które niwelują ten efekt. Te znowu są rozmieszczone dość daleko od siebie, więc trzeba uważać. I teraz przychodzi ten moment, w którym zaczynam się czepiać. End-game, a w zasadzie jego brak. Gra niestety jest absolutnie niegrywalna po zakończeniu kampanii (można jedynie zrobić nową grę +, ale poza poziomem postaci tracimy WSZYSKIE PRZEDMIOTY). Niby mamy tutaj polowania, ale niestety są to te same mapy z kampanii bez żadnej, nawet najmniejszej zmiany. Nawet wrogowie są ustawieni identycznie za każdym razem. Jaki więc jest tego sens? Tu spory minus, bo w grze typu hack’n’slash end-game musi być. Nie jest to jedyny powód jego braku, ale o tym przeczytacie poniżej.

Wspomniałem wcześniej o moich zgonach, nie bez powodu. Gra nie jest banalnie prosta, a przewroty (są nieodłączną częścią gry – uwierzcie mi) nie raz uratowały mi skórę, kiedy unikałem wrogich ataków. Dzięki nim przeżyłem niejedną walkę, lub zadałem ostateczny cios nie mając już praktycznie życia. Swoją drogą można zauważyć, że twórcy lubią pograć w gry pokroju Dark Souls. Przewroty bowiem wykorzystują wytrzymałość, a to nie pozwala nam stosować umiejętności (możemy jedynie używać normalnego ataku). Jest to ciekawe utrudnienie, które przypadło mi do gustu. Kolejne dość oryginalne rozwiązanie – nie ma tu fiolek z życiem. Są totemy leczące, których możemy użyć od dwóch do czterech razy zależnie od konfiguracji. Z nich również trzeba korzystać z rozwagą, bo nie ma wielu miejsc na mapie, które nam je regenerują do maksimum. Ktoś zaraz powie – a Path of Exile? Niestety, w PoE jest licznik zużyć, ale wraca on do maksymalnej wartości po odpowiedniej ilości zabitych oponentów. Tu tego nie ma.

A rozwój postaci? Tutaj jest dość standardowo – podczas gry zdobywamy krew, która pełni funkcję doświadczenia. Po skończonej misji udajemy się do ołtarza i oddajemy ją za punkty darów. Te wymieniamy na skille aktywne (w sumie każda postać ma 5 swoich umiejętności aktywnych oraz 3 ich poziomy) oraz pasywne, zwiększające zdrowie, czy szansę na trafienie krytyczne. Szósta umiejętność jest zmienna, ponieważ zależy od dzierżonego przez naszą postać talizmanu. Tych też jest dość sporo – zadają obrażenia od konkretnych żywiołów, leczą lub na przykład przywołują walczące po naszej stronie duchy i zwierzęta. Poziomy umiejętności zależą od tego, czy ulepszymy nasz ołtarz. Można to zrobić dwa razy – wtedy każdy ze skilli może być rozwinięty do trzeciego poziomu.

Krew możemy również zdobywać wykonując Boskie Próby. Są to areny, na których czeka na nas 5 fal przeciwników. Jeśli pokonamy wszystkie, otrzymamy nie tylko krew, ale także runy, przedmioty oraz drewno i żelazo. Te dwa ostatnie służą nam do ulepszania kowala, szkutnika, ołtarza oraz pozostałych dwóch handlarzy i kogoś w rodzaju zaklinacza przedmiotów. Dzięki temu oraz masie rzeczy do destrukcji na mapach ilości surowców idą w tysiące, więc nie ma z nimi problemu. Jednakże pojawia się inny problem –  narzędzia zagłady przeciw naszym oponentom. Jestem w stanie wiele wybaczyć w grach hack’n’slash, ale nigdy, przenigdy nie daruję tak biednej ilości broni, tarcz, pancerzy, czy hełmów. Nie dość, że przedmiotów naprawdę legendarnych, które tu są artefaktami, jest TYLKO KILKA, to na dodatek pozostałe absolutnie tego nie rekompensują.

No i żeby buty nie miały swojej kategorii, tylko wrzucono je w akcesoria? No dajcie spokój… W tym wszystkim jest jednak pewien pozytyw – wyposażenie, które widać na naszej postaci podczas gry, takie jak zbroja, broń, tarcza czy hełm, wygląda naprawdę dobrze. W ogóle cała ta gra wygląda ładnie. Spotkałem się z opiniami, jakoby optymalizacja była skasztaniona – nie wiem, nie widziałem, u mnie działa. Było krótko o grafice, będzie krótko o oprawie audio. Dźwięki otoczenia, przeciwników, a także te które słychać w zamkniętych pomieszczeniach, czy jaskiniach, są fajnie odwzorowane. Muzyka w tym tytule jest całkiem niezła, nie można się tu do niczego przyczepić.

Nie będę ukrywać, że mam dość spory problem z Wilkami Midgardu. Z jednej strony to ładny h’n’s z ciekawym podejściem do świata, walki, leczenia i mający sporo smaczków dla fanów klimatów nordyckich. Z drugiej żałosny wybór broni, postacie gadające o maśle maślanym (dosłownie, suchary takie że sam król Karol S. by się nie powstydził) i całkowity brak end-game sprawiają, że nie mam po co do tego tytułu wracać. I to jest jego największa bolączka. Bo odpalając dzisiaj Grim Dawn mam masę rzeczy do roboty – są polowania na konkretnych przeciwników niczym w trybie przygodowym w Diablo; są misje frakcyjne, zestawy do zdobycia itp. Vikings: The Wolves of Midgard tego nie posiada i tu leży główna bolączka tej gry. Czy więc warto się zdecydować na zakup? Owszem, ale tylko za cenę pudełkowej edycji limitowanej dostępnej w sklepach, bo cena wersji cyfrowej Steam to trochę za dużo.

Autor: Hader

Platforma: PC, PS4, XO

Vikings: Wolves of Midgard / Deweloper: Games Farm / Wydawca: Kalypso Media / Strona Oficjalna.

Grę otrzymaliśmy do recenzji od firmy CDP.PL – polskiego dystrybutora.

  • Gaszo

    Wygląda fajnie – szkoda że trafiło na okres pomiędzy Zelde a Persone ale być może sięgnę za jakiś czas. Uwielbiam mitologie nordycką chociażby tylko dla niej 🙂

  • Jędrzej Mąkosa

    Klasyczny hack & slash mnie już wynudził. Rozumiem, że tej grze bliżej jest właśnie do niego, więc na powiew świeżości nie ma co liczyć, a sam produkt jest raczej skierowany dla miłośników gatunku.

  • Sebastian Rulik

    Dawno nie grałem w jakiegoś h’n’s, muszę jeszcze D3 ograć w wolnym miesiącu 😉 Sobie zapiszę tytuł i wrócę do pomysłu po jakieś przecenie, dzięki 🙂