Strzały Winfrida #3: The last of us who shot an Arrow

Sprzedałem się. Po czterech latach wspólnych harcy z małą, czarną Trójeczką sprzedałem ją wraz z karabinem, kamerką i kilkudziesięcioma grami w celu nabycia, drogą kupna, PC Master Race. Choć nie żałuję tej decyzji, to przegapiłem kilka ważnych tytułów. Nie ograłem The Last of Us, Beyond Two Souls, God of War: Ascension, czy GTA V. Tak się składa, że trzy z czterech byłem lub będę w stanie poznać na większej, czarnej Czwóreczce. Na pierwszy ogień poszła gra ze średnią ocen 95% na Metacritic.

The Last of Us: Remastered Edition na PlayStation 4, to podstawowa gra wraz z dodatkiem Left Behind i DLC do multi. To co zostało poprawione w stosunku do wersji PS3 to grafika. Poszerzono horyzont, dodano nowe opcje dźwiękowe, poprawiono mechanikę walki, zwiększono liczbę klatek na sekundę i co ciekawe, dorzucono modny ostatnio tryb fotograficzny. Zanim przejdę do samej gry, skupię się na chwilę na tym ostatnim elemencie. Tryb foto to naprawdę ciekawe narzędzie, które pozwala stworzyć niesamowite zrzuty z gry. Można dowolnie ustawić kamerę, zmienić pole widzenia, ustawić ostrość w konkretnym miejscu, nałożyć filtr (np. czarno – biały, sepia, etc.), czy dodać ramkę. W ten sposób można stworzyć widowiskowy kadr. Proste w obsłudze narzędzie potrafi zdziałać cuda i już można zachęcać znajomych do blokowania naszej aktywności na Facebook’u.

 

 

No dobrze, ale dalej nic nie powiedziałem o samej grze. Przyznaję, że pierwsze wrażenia były mocno średnie. Wiecie, tyle się nasłuchałem od znajomych o niej. Jaka to jest nieziemska, jaka wyjątkowa, jaka must play i w ogóle. Hype train nie zatrzymywał się przez kilka miesięcy. Oceny na metacriticu tak branżowe jak i od graczy świadczyły, że mamy do czynienia z tytułem Wybitnym. Przez duże W. Chyba to był mój problem. Kiedy włożyłem płytę do napędu, a była to pierwsza gra jaką uruchomiłem na PS4, spodziewałem się mesjasza gier, a dostałem zwykłego proroka, że tak polecę biblijnie.  Pierwsze co mi się rzuciło w oczy to coś, co wytrącało mnie z imersji do końca tytułu. Otóż wyobraźmy sobie sytuację: grzybo-zombie apokalipsa, gra o przetrwaniu, każdy nabój na wagę złota. Zakradacie się do gościa, który ma w ręku pistolet, zachodzicie go, chwytacie, dusicie, nieszczęśnik ląduje martwy na ziemi. Szukacie jego pistoletu i co? Wyparował. Puf i nie ma. Smutek. No, ale nic, gracie dalej. Robicie to samo z panem z gazrurką i co? W jego kieszeniach znajdujecie cztery naboje do pistoletu. Oczywiście, powiecie, że ten z bronią obuchową miał prawo nosić amunicję przy sobie, ale nie wydaje się to Wam dziwne? Czy to obrona Staliningradu, że jeden dostaje karabin, a drugi zapasowy magazynek? Zwłaszcza, że dosłownie chwilę później jesteśmy raczeni nieinteraktywną scenką kiedy główny protagonista, Joel, przeczesuje zwłoki i podnosi z nich broń oraz amunicję. Rozumiem, że gdyby każda postać, która nosi w grze broń zostawiała po sobie amunicję to gra przestawałaby być z gatunku survival, a trafiłaby do shooterów. No niech im będzie, niech oszukują i niech przeciwnicy strzelają z nieskończoną ilością amunicji, ale czy zamiast czterech naboi w jednych zwłokach na cztery nie lepiej byłoby zostawić po jednej kuli we wszystkich czterech? Czy to nie pokazałoby nam, że faktycznie to jest koniec świata i każdy może czerpać tylko odrobinę przewagi z używania śmiercionośnej broni dystansowej? Powiecie, że się czepiam, że to tylko gra i będziecie mieć rację. Mnie jednak nie dawało to spokoju. Przy całej fabularnej otoczce naprawdę ta jedna, jedyna rzecz wytrącała mnie z faktycznego uczestniczenia w apokalipsie.

 

 

Ponarzekałem sobie i styka. Bo wbrew temu co możecie sądzić do tej pory nie mogłem się od tej gry oderwać. Specjaliści z Naughty Dog umiejętnie przeplatają sceny walki z eksploracją i prostymi zagadkami środowiskowymi. Dodatkowo mamy tutaj dwa zupełnie różne grupy wrogów i walczy się z nimi kompletnie inaczej. Mamy więc ludzi, niezależnie czy są to bandyci czy lokalna odmiana wojska. Kombinują, próbują cię otoczyć (kiedy doprowadzi się do otwartego konfliktu), chowają za osłonami i naprawdę czuć, że walczy się z kimś myślącym. W grze mamy też grzybo-zombie, które tylko czekają by dobrać się do twojego ciepłego mięska jak najszybciej i jak najkrótszą drogą. Są częstokroć twardsze od ludzkich przeciwników, szybsze i bardziej agresywne. Także tak naprawdę mamy trzy typy przygody, które przez odpowiednie dawkowanie nie dają się sobą znudzić. W grze jest zaimplementowany prosty system rozwoju postaci oraz crafting. Możemy za zabrane tu i ówdzie śrubki „kupić” na stole warsztatowym (bardzo rzadko znajdowanym podczas eksploracji, zwłaszcza w początkowych etapach) ulepszenie do broni. Zwiększamy siłę strzału, pojemność magazynku, szybkość przeładowania lub dodajemy lunetę do sztucera. Dodatkowo możemy szukać też elementów, z których możemy złożyć majcher (samorodny nóż), apteczkę, koktajl Mołotowa i minę na gwoździe. Oczywiście nie wszystko od razu. Część składników jest wspólna pomiędzy tymi przedmiotami. Co teoretycznie miało dodać smaczku czy wybrać stworzenie Mołotowa, czy apteczki. W rzeczywistości tak oszczędzałem te przedmioty (można ich mieć przy sobie bardzo ograniczaną ilość), że zazwyczaj miałem wszystkie przedmioty zrobione oraz składniki na nowe. Ale to może tylko ja tak oszczędzam. Jeśli myszkujecie po wszystkich zakamarkach to można znaleźć trzy dodatkowe grupy przedmiotów. Pierwszą są nieśmiertelniki grupy partyzanckiej walczącej z reżimem armii, zwanej Fireflies (Świetliki). Drugą – komiksy dla naszej protegowanej Ellie, których okładki są genialne i zdecydowanie najchętniej ich szukałem. Ostatnią, zdecydowanie najbardziej przydatną, są książki z wiedzą, które są swoistymi perkami (Fallout FTW) i pomagają np. lepiej stworzyć koktajl, który po wybuchu będzie się palił trochę dłużej. Wspominałem już o ulepszeniach do broni, ale nic o niej samej nie powiedziałem. Mamy dwa typy broni – krótką i długą. Jeśli nie zainwestujemy w dodatkowe uchwyty na broń w swoim stroju wyjściowym to możemy mieć pod ręką po jednej sztuce z każdego rodzaju (maksymalnie po dwie sztuki). Reszta chowa się w plecaku i w każdej chwili można podmienić tą aktualnie używaną (np. jeśli skończy się amunicja). Mamy tutaj standard pistolet automatyczny, rewolwer, shotgun, sztucer, łuk, miotacz ognia. Co ciekawe, wyjątkowo nie strzelało mi się z łuku za dobrze. Choć na późniejszych etapach się z nim przeprosiłem. Możliwość cichego zabicia przeciwnika na odległość i możliwość późniejszego odzyskania strzały okazała się nieoceniona.

 

 

Kilka słów o dodatku Left Behind. Uważam, że jest to kawałek solidnego DLC. Ma jednak dwa minusy. Po pierwsze jest wpleciony w środek fabuły i moim zdaniem powinien być w podstawowej grze od początku, bo historia, którą opowiada, jest zbyt ważna, by osoby grające na PS3 ją ominęły. W Remastered Edition przecież dodatek jest w pakiecie, zakrzykniecie! Macie oczywiście racje, ale dochodzimy do drugiego minusa. Skoro i tak pracowali nad grą i ją masterowali to naprawdę nie mogli automatycznie uruchamiać dodatku w trakcie gry? Albo chociaż zapytać gracza jak to ma miejsce w Deus Ex: Human Revolution czy chce uruchomić DLC? Bo przyznam się szczerze, że gdyby nie Prez i Lisiec, którego pozdrawiam serdecznie, to nie wiedziałbym, żeby uruchomić dodatek, gdy tylko pojawi się w grze śnieg. Rozumiecie? Przechodzicie sobie grę, pojawiają się napisy końcowe. Potem klikacie sobie w menu DLC, odpalacie i co? Okazuje się, że cofacie się wstecz i dowiadujecie się co się stało. No chyba, że macie serdecznego kolegę, który rzuci Wam hasło o śniegu. Także przyznaję, że gdyby nie to byłbym trochę bardziej zawiedziony. A Left Behind naprawdę warto zagrać, chociażby dla samego etapu w sklepie, który zapamiętam na długie lata. Zwłaszcza, że skupia się na Ellie, która jak „każda kobieta” w świecie gier jest wsparciem dla „dzielnego” mężczyzny. Zanim zasypiecie mnie gradem kamieni, powiem tylko, że nie zgadzam się z tym, ale musicie przyznać, że ten trend kobiety – healera/ supporta jest uskuteczniany w popkulturze i uważam, że tutaj również zaistniał.

 

The Last of Us™ Remastered_20141221215429

 

Tak wiem, właściwie nie napisałem nic o historii. Jest to zabieg celowy i wynika z tego, że nie chcę odbierać Wam przyjemności poznania przygód Joela i Ellie podczas Waszej rozgrywki. Musicie mi uwierzyć na słowo, że jest to jedna z najlepszych historii w grach, jakie przyszło mi grać. Jeśli doceniacie więc takie rzeczy i nie jesteście tak uczuleni na to, co mnie wytrącało z wczujki, to wręcz nakazuję Wam lecieć do sklepu, bądź kolegi i czym prędzej wracać z kopią gry do domu. Ustawcie racje żywnościowe na wyciagnięcie ręki i udajcie się na 10-12 godzin do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej aby przetrwać pośród grzybo-zombie apokalipsy. Zapamiętajcie też słowa Lisa, jeśli zobaczycie śnieg odpalcie DLC.

  • b_one

    Dzięki za tip o śniegu, jak wrócę do gry na ps4, a pewnie tak będzie to odpale, tyle że śnieg to etap grany tylko jako Ellie, środek gry, a DLC miało być prequelem?

    • Uwaga spoiler:













      Część DLC trwa w trakcie fabuły w czasie rzeczywistym i są retrospekcje jako prequel.