Strzały Winfrida #26 – Rise of the Good Game

Prez napisał recenzję Rise of the Tomb Raider w wersji Xone, Razer dołożył swoje przemyślenia po ograniu gry na PC. Wynika z nich obraz gry średniej. Takiej, w którą można pograć i nawet się dobrze bawić, ale jednak nie jest to must have. Co więcej, można by pomyśleć, że lepiej ograć coś z kupki wstydu, niż zasiadać do tego tytułu. Z całym szacunkiem dla chłopaków, ale moim zdaniem są to dwaj zgryźliwi tetrycy! Postaram się wam przedstawić swoją wizję Powstania Łupieżczyni Grobowców. Jako anegdotkę powiem tylko, że ksywa Arrow wzięła się właśnie ze wspólnych partyjek w multi w Tomb Raider w 2013 roku. Tak właśnie, ze słynnych na całą Polskę „Śród z laską Preza” (Never forget – dop. Cooldan).

Obietnica wielu podróży

Pierwsze części opowiadające historię panny Croft zabierały nas w podróż dookoła globu. Głównym zarzutem wobec najnowszej gry jest odejście od tego schematu. Po pierwsze, kontynuuje to rozwiązanie z 2013 roku, po drugie zaś, moim zdaniem, dla opowiadanej historii jest to zwyczajnie lepsze. Skakanie po różnych miejscówkach może i dodawało różnorodności, ale sprawiało, że lokacje były mniejsze i bardziej hermetyczne. Tutaj mamy kilka dużych hubów, w których możemy polować, robić dodatkowe aktywności i co najważniejsze, przechodzić w tę i z powrotem pomiędzy nimi. Oczywiście jest opcja fast travel, ale jeśli tak jak ja, lubicie zbierać wszystko, to fakt, że twórcy każde miejsce zaplanowali w taki sposób, by można je było przechodzić w obie strony, przypadnie wam do gustu. Dla mnie ta spójność świata pozwala na dużo większą wczówkę. Czy mamy właściwie tylko jedną lokację? Tak. Czy jest ona zróżnicowana? Bardzo. Czy wygląda to wiarygodnie? Tak! Bardzo!

Zapierające dech w piersi widoki

Razer napisał zdanie, z którym nie mogę się zgodzić. A mianowicie, że gra wygląda tak jakby twórcy specjalnie pogarszali jakość niektórych miejscówek, tak żeby inne wypadały piękniej i dawały efekt wow. Choć oczywiście daleko mi do specjalizacji w ocenie grafiki, to, jako zwykły użytkownik produktu, nie znalazłem tu ani jednej „brzydkiej” lokacji. Poza tym to jest jak w prawdziwym życiu. Wchodzisz do lasu i idziesz ileś tam czasu i jest ładnie, choć las to las. Nagle jednak dochodzisz do jakieś polany, pada na nią światło, środkiem płynie strumyczek, z niego piją wodę sarny i jeleń. Wstrzymujesz oddech by uchwycić ten moment, by trwał jak najdłużej. Tak samo jest w grze. Mamy mocno zróżnicowane miejscówki: wiosenną, letnią, zimową, i turbo zimową. Do tego jaskinie, tunele czy podziemia. Każda inaczej się prezentuje, powoduje inne odczucia. Oprócz tego jest kilkanaście miejsc, które, kiedy się w nich pojawisz, sprawią, że szczęka ci opadnie, a palec sam poleci na przycisk do printscreenów. Jest ich na tyle dużo, żeby nie czuć przesytu i jednocześnie na tyle często się pojawiają, że nie czekałem z wytęsknieniem na kolejne.

Z czym na ludzi i zwierzęta?

Pierwsze, co wpada nam w ręce, to zardzewiały rewolwer. Niedługo później otrzymujemy łuk. Do zestawu dochodzi jeszcze karabin i strzelba. Każda z kategorii ma po kilka odmian uzbrojenia. Pierwsze zawsze dostajemy w wyniku wydarzeń fabularnych. Po jednej sztuce możemy nabyć za antyczne monety u czarnorynkowego handlarza. Resztę trzeba pozbierać. Części rozrzucone są po mapach w zamkniętych skrzyniach. Trzeba trochę pomyśleć jak się dostać do większości z nich. Lizanie ścian się bardzo w tym przydaje. Pytanie, czy warto? Oczywiście grę da się przejść z podstawowym kompletem zabawek, ale nie po to jest ta różnorodność w grze, aby z niej nie skorzystać. Moje ulubione łuki bardzo różnią się w zastosowaniu. Ja wybrałem model kompozytowy, jako że interesuje mnie największa ilość obrażeń przy strzale w głowę. Nie mniej jednak dobrze biega się z czymś szybszym. Na polowania zabierałem więc te, które pozwalały szybko wyciągnąć kolejną strzałę z kołczana. Pistolety, moja druga miłość, również mocno różniły się w zastosowaniach. Ogólnie jak na grę, w której mało się strzela, bawiłem się z ekwipunkiem sporo, za co należy się jej ogromny plus. Na oko walka zajęła mi ok. 5-10% całości rozgrywki. Więcej czasu polowałem, zbierałem znajdźki i po prostu żyłem w pięknych syberyjskich klimatach.

Co tu robić?

Mamy tutaj główny wątek, który moim zdaniem jest mocno w stylu Doktora Jonesa. Oczywiście ma swoje słabostki, choć jedynie zwrot akcji naprawdę trochę gryzie po oczach. Całość historii jest dobra. Nie powinna wygrać z Wiedźminem 3 w tej kategorii, ale jest to dobra historia, trochę jak w filmie przygodowym. Kolejnym zarzutem, który chcę odeprzeć, jest zrzynka z poprzedniej przygody Lary. Moim zdaniem kompletnie niemającym podstaw. Historia czerpie garściami ze wszystkich przygód poszukiwaczy przygód. To nie powtórka z Uncharted 3, które naprawdę miało identyczną końcówkę, co dwójka. Zawsze przecież ostatecznego artefaktu broni jakaś siła. Jednak sama fabuła inaczej przedstawia całą sytuację. Do tego dochodzą wątki poboczne, które mają wpływ na odbiór historii. Żal, że nie można dokonać wyboru w jednym momencie. Nie mniej jednak ten fakt podkreśla tylko filmowość produkcji. Oprócz wątku głównego mamy zadania zlecane przez tubylców oraz sensowną ilość zbieractwa i mini wyzwań. Wszystko jest odpowiednio nagradzane i w moim odczuciu idealnie wyważone. Nie jesteśmy zmuszani by to robić, ale jeśli tylko poświęcimy na to czas, to mamy poczucie, że było warto. Dlatego też ukończyłem tytuł w 100%.

Zawartość grobowca w grobowcu

To, o czym jeszcze nie wspomniałem, to tytułowe grobowce. Tych jest dziewięć. Na koniec każdego z nich czytamy fragment księgi, dzięki któremu zyskujemy nowe umiejętności. Zawsze jest to coś, czego nie zdobędziemy w tradycyjny sposób. Uzupełniają one drzewko rozwijane wraz z kolejnymi poziomami. Skille te są przydatne, ale nie niezbędne. Kolejny świetny balans. Same miejscówki to zawsze zagadka przestrzenna. Fakt, że nie za trudna. Nie mniej jednak bardzo satysfakcjonująca. Dużo kombinujemy z wodą, co zawsze było wizytówką przygód panny Croft. Lokacje zapadają w pamięć w ilości większej niż jedna – na Ciebie patrzę Razer! Gdybym miał teraz je opisać, spokojnie siedem dokładnie bym przedstawił. Moim ulubionym jest w sumie ten najprostszy, który miał utrudnioną drogę poprzez spacer na krawędzi, w przepięknej scenografii. Oczywiście mogłoby być ich więcej, jednakże zestawiając liczbę grobowców z długością całej gry uważam, że proporcje te są odpowiednie.

Słowo końcowe

Polowania, crafting, różne rodzaje uzbrojenia i amunicji, przedmioty do podnoszenia, które można zamienić w różnorakie ładunki wybuchowe, zastawianie pułapek w ciałach pokonanych wrogów, wspinaczka przy użyciu kilku narzędzi, zagadki środowiskowe, walki, których wcale nie jest tak dużo. To wszystko składa się na świetną grę akcji. Taką, przy której Nathan Drake będzie się musiał ostro postarać, żeby przebić mój czas spędzony z Larą. Jedyne, co uznałbym za mało udane, to tryb wyzwań podobny do tego z Hitman: Absolution. Tak jak zaplanowanie najlepiej opłacalnego punktowo zabójstwa miało swój smaczek, tak tutaj jakoś ten tryb mi nie podszedł. Dużo bardziej chciałbym wrócić do multi, w takiej formie, jaka zagwarantowała mi status Tomb Raiderowej legendy! Słynnego łucznika, przed którym nie ma ucieczki. Na szczęście już niedługo będę mógł realizować swoje strzeleckie zapędy w Dark Souls 3 i Horizon: Zero Dawn!

Winfrid

  • Prez

    Czytając spojrzenie na grę z Twojej perspektywy można odnieść wrażenie, że to naprawdę świetna gra, ale tylko jeśli tak jak Ty, lubi się zbieractwo, crafting i polowania na zwierzątka. Co oczywiście może się podobać, zresztą większość gier zaczyna, niestety, iść w tym kierunku.

    Absolutnie nie mogę się jednak zgodzić ze stwierdzeniem, że walka w ROTTR to jakieś 10% gry. Wymiany ognia i skrytobójst jest tu znacznie więcej, zwłaszcza w drugiej połowie przygody.

    No i ta woda. Wcale nie ma tak wiele zagadek środowiskowych z nią związanych, a możliwość zanurkowania metr pod jej taflę i właściwie automatyczne pływanie Lary? Przecież to każualowe spłycenie mechaniki, nie ma tu czego chwalić niestety.

  • sajet1

    Jestem zaskoczony (pozytywnie) tym co robi ta chuda baba z ukrycia, idąc na pięterko zdjąłem cicho gościa, na balkoniku egzekucja i patrze co ta dziołcha robi, a ona sruu skok na dół i biednego troglodytę z wysokości,a potem heada z łuku ostatniemu, no panie, gdyby było bardziej krwawo, to by Ikkimaru z Tenchu się zawstydził.
    A co do lokacji jest ciasno, ale ustawiłem wszystko na maxa kosztem wydajności, by gapić się na piękną grafikę. To jak wyglądają niektóre twarze na PC wywołuje u mnie rogala na mordzie. Generalnie dla mnie to must have, tylko ja z tych co potrafią gapić się na ekran jak na pocztówkę 😉

  • Razer

    Z większością powyższych rzeczy mogę się zgodzić. Ale mój główny zarzut pozostaje taki sam – to nie jest sequel typu bigger, better, more badass, który miażdży poprzednika w każdym aspekcie. Nie jest tym czym GoW2 było dla GoW1. W mojej pamięci wciąż wyryte jest o wiele więcej wspomnień z TR2013 niż z RotTR. Nowa część to dobra gra, ale jej problemem jest świetna poprzedniczka, która ustawiła poprzeczkę na tyle wysoko, że teraz nawet dobicie do tego samego poziomu nie robi już na człowieku takiego wrażenia.

    Większa ilość „tradycyjnych” grobowców jest wielkim plusem, jak pisałem – dla mnie kolejny TR mógłby się składać w całości z takich grobowców. A strzelania jest dużo, równie dużo do w poprzedniej części. Przez pierwsze godziny może faktycznie stanowi 10% gry (i fajnie), ale im dalej tym jest go więcej, z wojną na pełną skalę na końcu przygody.

    Po prostu jeśli ktoś nie grał w żadnego nowego TR to spokojnie może zacząć od części sprzed trzech lat, na pewno nikomu nie powiem „nawet nie wspominaj TR2013, zagraj od razu w RotTR bo jest o niebo lepsza”. Mam nadzieję że kolejny TR będzie albo bigger, better, more badass, albo będzie zwrotem w serii na miarę rebootu z 2013 roku. Bo jeśli po raz trzeci zrobią to samo, to znowu będzie to co najwyżej „dobra gra”.

    PS. Prez przypomniał o pływaniu. Nie przeszkadzało mi to w grze i nie uznaję tego za minus, ale faktycznie, gdy pierwszy raz usłyszałem że w nowej części będzie pływanie to przypomniały mi się podwodne labirynty z 1996 roku (nijak mające się do pływania z RotTR).

    • Prez

      Odnośnie GOW – dla mnie jedynka była o wiele lepsza pod względem klimatu i świata. Dwójak będąca „bigger and more bad ass” mnie nie przekonała pod względem świata, a jedynie pod względem gejmpleju (głównie przez hordę i multi), a przecież gra to wiele elementów składowych.

      • b_one

        na szczescie mowisz o Gears of War. 😉

  • b_one

    Co do gier to jesli mam wybierac uncharted a tomba to wole uncharted, lepiej dopracowane a to ze artefaktu broni jakas sila, no coz… koncowka trojki zawiodla mnie mocno, nie bylo wyjasnienia co to za sila, czym jest ten pojemnik i w ogole niedosyt, ale jak to wygladalo, jak sie gralo….. tomb raidera nawet nie zaczalem a unczartedy przechodze ktory raz? nie pamietam, bo jak kolega rok i pol po premierze dostal bugiem, ktory psul save w losowym czasie, to mi sie tego tomb raidera odechcialo….