Strzały Winfrida #18 – Jak zostałem holenderskim Williamem Wallace

Na moim dysku wylądowała produkcja, która właśnie przebiła się przez Steam Greenlight – Cross of the Dutchman. Gra jest hack & slashem, który jak zrozumiałem, stawia na opowieść opartą na faktach. Po przejściu całości oceniać ją będę raczej jako próbę sprzedania historii młodszemu pokoleniu. Inaczej mogłoby się to źle skończyć.

 

 

No dobrze, po kolei. Fabuła prowadzi nas przez początki holenderskiego farmera, wielkiego jak byk i tak samo silnego. Przez nieszczęśliwy zbieg okoliczności staje się on opoką mieszkańców Kimswerd i jedyną nadzieją w walce ze złymi Saxonami. W ciągu kolejnych dziewięciu kilkunastominutowych rozdziałów poznajemy jego rodzinę, kompanów, dawnych znajomych i ludzi, którzy będą zarządzać rebelią. Ów holender, Pier Gelofs Donia, faktycznie został mocno skrzywdzony przez Saxonów i miał powody do zemsty. To czego gra nam nie mówi, to fakt, że był piratem – więc nie był on do końca takim zwykłym, biednym farmerem.  Rozwój wydarzeń śledzimy dzięki rozmowom z mieszkańcami w postaci „prostokątnych chmurek” oraz  dzięki pięknie rysowanym planszom w trakcie przerywników. Niestety nawet ładnie podana historia nie wciąga, a wspomnianemu w tytule Braveheartowi nasz bohater może buty czyścić. Szkoda, gdyż Pier był bohaterem o jakim lubi się słuchać. W moim odczuciu zasłużył on na lepszą grę.

 

 

Jak wspomniałem, tytuł próbuje być hack & slashem. Graficznie najbliżej mu do serii Torchlight. Jednakże system rozwoju postaci to jakiś żart. Mamy dwie akcje – słaby i silny cios. Przez pół gry biegamy z gołymi pięściami mogąc za zgromadzone monety wykupić co najwyżej inny rodzaj silnego uderzenia. Pieniądze znajdujemy poprzez niszczenie skrzynek i beczek lub w eleganckich skrzyniach. Tych ostatnich jest tylko po kilka na każdą mapę. Później mamy możliwość dwukrotnego zwiększenia życia i staminy. W drugiej połowie gry dostajemy miecz i zbroję, by znów móc wykupić tylko rodzaj silnego ciosu. Szał.

 

 

Uwaga, uwaga, wrogów mamy całe (siedzicie?) dwa rodzaje. Słownie – dwa. Rycerz i łucznik. Jasne, każdy w trzech odmianach, padających odpowiednio po jednym, trzech i pięciu słabych ciosach. Wraz z rozwojem fabuły jesteśmy zalewani większą ich ilością i / lub w mocniejszej wersji. Bossów brak.  Map jest 5 albo 6. Biegamy w tę i z powrotem goniąc za znacznikiem misji. Zadań pobocznych brak.  W ramach urozmaicenia rozgrywki trafiają się etapy skradankowe – bardzo ubogie i niezwykle irytujące, gdyż w przypadku wykrycia gra cofa nas do początku misji. Tak na moje oko 1/3 zadań ma też licznik czasu i choć ani razu mi się on nie skończył, to dzięki niemu wiedziałem ile czasu straciłem na nieudanym etapie skradankowym, którego niepowodzenie cofało mnie zdecydowanie za daleko. To co może się podobać to to, że przez większość czasu biegamy z minimum jednym towarzyszem, o którego nie musimy się troszczyć i który, o dziwo, potrafi całkiem skutecznie samodzielnie eksterminować Saxonów.

 

 

Odkąd obejrzałem napisy końcowe mam nie lada dylemat. Bo grało mi się dobrze. Fajnie było poznać bohatera, o którym nigdy nie słyszałem. Z drugiej strony nie ma w tej grze nic, co uzasadniałoby jej zakup. Jeśli szukacie Hack & Slasha w podobnej stylistyce, odpalcie Torchlight, gdyż CotD jest ubogi w systemy RPG. Jeśli szukacie informacji o Pierze to lepiej zajrzyjcie na Wikipedię, bo z niej dowiecie się o niebo więcej. Choć przez dwa dni dumałem nad tym to nic, naprawdę nic w tej grze nie przemawia za tym, żeby wydać na nią pieniądze (9 euro na Steam). Chyba, że dostaniecie ją w bundlu…

Grę do recenzji otrzymaliśmy od Evolve PR.