Strzały Winfrida #13: Nie taki kosmiczny space marine…

Gdy robiłem research do gry The Red Solstice myślałem, że to będzie miły powrót do czasów, gdy chainswordem kosiłem zastępy orków. Drużynowa gra, w której dowodzimy jednym dzielnym żołnierzem. Osiem klas postaci, do każdej mnogość uzbrojenia, poziomy profilu, odblokowujące nowe bajery i rozwój postaci podczas pojedynczej rozgrywki w stylu LoL czy HotS. „What’s not to like?” – pomyślałem.

Pierwsze wrażenie jest kapitalne jak na grę tej wielkości. Wszystko przejrzyste. Kampania, coop w stylu hordy i multiplayer. Grając w jednym trybie odblokowujemy sprzęt i nowe klasy, które są dostępne w drugim i na odwrót. Kampania rządzi się swoimi prawami. Mamy tam drużyny, które w obrębie historii rozwijają się, a raz podjęte przez nas decyzje przechodzą do kolejnych misji. Historia opowiada jak to się stało, że walczymy z tym, z czym walczymy – głównym złym jest tu kosmiczna substancja, która zaraża ludzi i zwierzęta, zamieniając je w kosmiczne zombie i inne wynaturzenia, nie do końca świeże. Pojawiają się też kosmici. Przegląd monstrów jest całkiem pokaźny. Spotkamy m.in. coś na kształt Króla Skorpiona, jaszczury skrzyżowane z jeżem Sonic, a także moich faworytów, czyli obcych zachowujących się jak Lurkery wyjęte prosto z pierwszego Starcrafta. Za bestiariusz plus. Kampania jest jednakowoż nudna jak flaki z olejem, a do tego wybitnie trudna. Nie pomaga nawet tryb planowania akcji, kiedy czas zwalnia, a my możemy każdemu wojakowi wydać rozkaz z osobna. Kosmici pojawiają się w takich ilościach, że łatwo zostać otoczonym i nie móc zrobić nic jak tylko dzielnie umrzeć.

Dochodzimy do klas i broni. Jak wspominałem, tych pierwszych jest osiem. Każda z nich cechuje się dwoma specjalnymi umiejętnościami, jak rzucanie flar zwiększające widoczność, co przekłada się na maksymalizację obrażeń podczas autoataku (o nim za chwilę), przygwożdżenie ogniem, rozstawienie wieżyczki, czy nawet zrzucenie artylerii spoza mapy. Dodatkowo, każda klasa ma swojeskille w ramach rozwoju w ciągu jednego meczu – łącznie 15 poziomów. Są to umiejętności tak pasywne – celność, szybkość przeładowania, jak i aktywne – leczenie, odtrutka, zwiększenie prędkości poruszania. Część aktywnych perków niesie ze sobą negatywne skutki. Coś za coś. Mało? Właściwie każda klasa ma inny zestaw broni. Jedynie parę pukawek się powtarza z podstawowej puli. Klasy dzielą natomiast zestaw broni ciężkich, wśród których znajdują się różnej maści shotguny, czy wyrzutnia rakiet.

Tak jak wspominałem, wraz z zabijaniem kosmicznego tałatajstwa, levelujemy profil. Każdy awans wiąże się z bonusami do statystyk ogólnych. Fajna sprawa i zachęca do grania. Najwięcej punktów zdobywa się grając ramię w ramię z innymi Marines, sterowanymi przez ludzi. Niestety chyba za bardzo nikt nie gra w The Red Solstice. Ciężko znaleźć grę, która faktycznie wystartuje. Kiedy już się to uda, mimo zadań, poleceń i zachęt, wszyscy skupiają się w jednym miejscu i robią mega fortyfikację. Nie pomagają różne przedmioty jednorazowego użytku: kilka rodzajów min, C4, apteczki, stimpacki. Jedyne co jest w cenie to amunicja do podstawowej broni. Ta kończy się zatrważająco szybko. Ku mojej radości jedna z osób, z którymi grałem, posiadała zdolność jej produkcji. Inaczej byłoby krucho.

Dochodzimy do sedna sprawy. Otóż jak to jest możliwe, że 8 osób hasa ze sobą po mapie i „robi” zadania, a jednak gra nie urywa tyłka? Odpowiedź jest krótka: autoatak. Rzecz, która kompletnie zabiła dla mnie tą grę. Otóż wyobraźcie sobie sytuację – Stajecie za workami z piaskiem. Po lewej wieżyczka, po prawej wieżyczka. Przed wami rozstawione ładunki C4 czekające na detonację. Wciskacie E i możecie wrócić za 5 min sprawdzić, czy się wam amunicja nie skończyła. Skończyła? Idziecie do pana co ją produkuje. Ładujecie i idziecie na kolejne 5 min odpocząć. Na moje pytanie: „Hej, może zrobimy zadania?”, usłyszałem, że „Nie ma sensu, jeszcze ktoś zginie” (Hahaha – dop. Prez). To nic, że respawn następuje po 60 sekundach… Przez 40 minut rozgrywki tylko ładowałem amunicję, okazjonalnie wysadzając co większe monstrum i rozkładając nowe C4. Czysta radocha, no mówię wam. Co ciekawe, nasza misja zakończyła się sukcesem! Gra poinformowała nas w podsumowaniu, że choć udało się uciec, to nie zapobiegliśmy rozprzestrzenianiu się wirusa STROL (główny zły) i inne kolonie są zagrożone. Prawie się przejąłem tym komunikatem.

Podsumowując, choć produkcja Ironward ma wszystko co powinna mieć, a jej poszczególne elementy są momentami świetne, a tylko czasem część z nich jest dobra, to jednak jako całość nie gra i nie buczy. Nie daje mi satysfakcji zginięcie ze śmiechem na ustach po osaczeniu przez obcych. Nie daje mi jej również stanie w miejscu i ładowanie amunicji. Nie daje mi także nie robienie zadań „bo się nie opłaca”. Nie daje tej satysfakcji kampania z przesadzonym poziomem trudności, która nie zapewnia bonusów do multi. Jeśli przypadkiem kupicie bundla za 1$ dla innej gry i tam się wam trafi The Red Solstice, to możecie spróbować. W innym przypadku odradzam.

ZDANIEM PREZA:

The Red Solstice nie jest wcale złe. Możliwość gry w osiem osób to naprawdę świetna sprawa, ale faktycznie ciężko znaleźć chętnych do wspólnej zabawy – cóż, tak już bywa z mniej znanymi grami. Najlepiej zagrać razem ze znajomymi, zapewne tytuł szybko trafi się w promocji. Mnie osobiście podpasowała kampania oraz połączenie trybu planowania akcji i autoataku. Mnogość klas i uzbrojenia to kolejna zaleta tej produkcji. Widocznie gra nie jest dla każdego, ale na pewno znajdzie swoich fanów – w tej chwili przy ponad 600 recenzjach na Steam ma ona średnią ocen „Bardzo Pozytywną”.