Steamburg

Rodzime studio Telehorse dało się poznać w 2015 roku dzięki grze Steampunker. Była to przygodówka point&click wydana na urządzenia mobline z systemami Android i iOS. Założone przez Mariusza Szypurę studio spróbowało ponownie swoich sił w grze Steamburg, która miała swoją premierę 2 listopada tego roku. Jednak o ile przy pierwszym tytule czas spędziłem bardzo miło, to teraz mam ochotę na lanie kogoś kijem (hokejowym, rzecz jasna). Dlaczego? Po odpowiedź jak zwykle zapraszam poniżej.

Steamburg na screenach wygląda bardzo ładnie. Przygodówka point&click pokazana w rzucie izometrycznym, steampunkowa stylistyka i ciekawe założenia rozgrywki sprawiły, że serce biło mi mocniej. Do tego trzydzieści dwa poziomy, z których każdy miał być wyzwaniem i zmuszać do pracy moje szare komórki zapracowane ostatnio strzelaniem w najnowszym Call of Duty. I co? I gó… Ehhh, i nic. Zacznę jednak od czegoś, co mi się w tej grze podobało. Chociaż nie, lepiej będzie napisać – w tej grze było coś, co mnie nie irytowało. I była to muzyka. Silver Rocket, które jest projektem muzycznym założyciela studia Telehorse mnie nie denerwowało. Ścieżka dźwiękowa pasuje do klimatu, nie doprowadza do szewskiej pasji i jest ogólnie ok. Niestety, teraz trzeba przejść do sporej ilości dziegciu, która schrzaniła ten miód.

Po pierwsze – fabuła. Przygodówki point&click mają to do siebie, że fabuła stanowi jeden z ich fundamentów. Tutaj absolutnie nie interesowałem się tym, czy Vincent w którego się wcielamy uratuje świat oraz swoją ukochaną Elizabeth. Nasz protagonista to ta sama osoba, co w  poprzedniej odsłonie – Steamburg jest kontynuacją Steampunkera. Trzeba pozbyć się robotów z kosmosu, a jedyna na to możliwość to sprowadzenie ich w pobliże cewki Tesli. I to jest w skrócie cała fabuła na trzydzieści dwie plansze. Kolejna rzecz, która kuleje to dialogi. Nie ma ich zbyt wiele, są płytkie, a aktorzy podkładający głos mówią tak źle, że idzie zasnąć. Na domiar złego nie można tego nawet przewinąć.

Po drugie – oprawa graficzna. Z wielką przykrością stwierdzam, że te trzydzieści dwa poziomy, to prawie ciągle te same obrazki, tylko inaczej ułożone mostki, ścianki czy teleporty. Nie lepiej byłoby zrobić tych poziomów dwanaście czy szesnaście i bardziej się do nich przyłożyć? Po trzecie – sterowanie. Grałem w słabe gry, grałem też w takie, gdzie sterowanie czy responsywność postaci kulały. Telehorse przeszło tutaj jednak na wyższy poziom. Dlaczego? Ponieważ całą grę obsługujemy jednym klawiszem myszki. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że podczas rozgrywki możemy rzucać elektrobomby. Mają one zadanie zwabienia robota do siebie w celu odwrócenia uwagi lub by zbliżył się do cewki Tesli, która ma go unicestwić. I tu pojawia się problem. Żeby rzucić taką bombę, trzeba przyciskając lewy klawisz myszy, przeciągnąć go do siebie. I znowu, to nie byłby wielki problem, ale ktoś w warszawskim studiu wymyślił, że roboty będą nas widzieć z bardzo daleka (praktycznie wychylenie się za róg oznacza zgubę) i będą dużo szybsze. W przeciwieństwie do Vincenta oczywiście, którego reakcje są wolne a on sam do biegaczy nie należy. I szlag mnie najjaśniejszy trafiał, kiedy po raz ósmy czy dziesiąty powtarzałem tę samą planszę, bo mój protagonista był powolny niczym mucha w smole. A wystarczyło dać możliwość rzucenia elektrobomb prawym klawiszem myszy lub jakimkolwiek innym na klawiaturze. Czego jednak ja wymagam, skoro w grze jeszcze pod koniec listopada nie działał nawet klawisz „Escape”?

Czwarty minus – za chwilę sami zrozumiecie. Steamburg z każdym kolejnym poziomem stawało się nie tylko trudniejsze, ale również przez swoje rozwiązania, coraz bardziej irytujące. Dlaczego? Bo roboty to tylko jeden z problemów. W czasie gry pojawiają się kolejne dwa: chmury i latający statek. Wyobraźcie sobie więc moje myśli, kiedy został mi jeden robot i chciałem zrobić jeden cholerny krok do przodu, a zamiast tego Vincent rzucił bombę nie tam gdzie trzeba. Finału tej historii można się domyśleć. Ostatnie kilkanaście minut gry poszło się bujać i poziom trzeba było zacząć od nowa. Dlaczego? Bo w tej grze nie ma czegoś takiego, jak szybki zapis. Ba, nie ma nawet opcji zapisu będąc na planszy. To przelało u mnie czarę goryczy. Wyłączyłem grę, komputer i poszedłem się postrzelać z chłopakami w nowe Dudi na konsoli. Czy to już koniec „przyczepów” z mojej strony? Oczywiście, że nie. Telehorse, żeby dopiec graczom jeszcze bardziej, sztucznie wydłuża rozgrywkę chmurami, przez które nic nie widzimy i nie mamy pojęcia, co dzieje się na drugim skraju planszy, a czasem nawet obok nas. Wymyślili również kosmiczny spodek. Ten pali każdą postać na każdym punkcie na mapie, jeśli ta akurat się porusza. Koszmar.

Myślę, że to co napisałem powyżej zniechęci Was do tego tytułu. I dobrze, poczekajcie aż gra wyląduje na urządzeniach z systemem Android lub iOS. Po pierwsze – powinna być tańsza, niż te trzydzieści sześć złotych, które kosztuje na Steamie. Po drugie – może ją naprawią do tego czasu i nie będzie tak wkurzać. Na te chwilę omijajcie ją jednak z daleka.

Autor: Krzysiek „Hader” Tałajczyk

Platforma : PC/Android oraz iOS (brak daty premiery)

Steamburg /Deweloper: Telehorse / Wydawca: Telehorse / Strona oficjalna

Grę otrzymaliśmy do recenzji od PR Outreach.