Shadow of the Beast

Starsi gracze, szczególnie ci, którzy posiadali „przyjaciółkę”, z pewnością pamiętają Shadow of the Beast – jedną z najładniejszych gier swego czasu, ze znakomitą ścieżką dźwiękową i niewybaczającym błędów poziomem trudności. Gra była swego rodzaju hitem, doczekała się konwersji na większość liczących się w latach dziewięćdziesiątych platform do grania oraz dwóch kolejnych części. Teraz, po prawie trzech dekadach, ekipa Heavy Spectrum Entertainment Lab chce przypomnieć nam ten tytuł.

Pierwsze wrażenie jest jak najbardziej pozytywne, począwszy od znajomych widoków, poprzez podobną oprawę dźwiękową. Niestety im dalej, tym gorzej i choć czuć hektolitry pasji jakie wylali z siebie ludzie odpowiedzialni za ten „rimejk” – jasne jest, że pasja i chęci to nie wszystko, potrzebny jest jeszcze talent i spójna wizja.

Tego nowemu Shadow of the Beast brakuje, oraz co gorsza dopracowania. Autorzy poza oprawą audiowizualną postanowili unowocześnić także system walki oraz dodać coś od siebie. System został stworzony z myślą o efektownie wyglądających pojedynkach i systemie zbliżonym do tego, czego nauczyły nas gry przez ostatnie kilka lat.

Bestia potrafi atakować swymi pazurami, chwytać i rzucać przeciwnikami niczym workiem z kartoflami, parować, ogłuszać oraz wykonywać kontrę. Jakby tego było mało, posiada kilka ataków specjalnych, w tym jeden mający na celu uzupełnienie utraconej energii oraz takie, które zwiększają ilość zdobywanych punktów. Fantastycznie to wygląda w ruchu, jednak granie nie jest już tak przyjemne. Głównie za sprawą topornego sterowania, Bestia reaguje ze specyficznym opóźnieniem. Momentami zachowuje się tak, jak jej każemy, natomiast po chwili potrafi już nie zrozumieć rozkazu wydanego przez nasze palce. Nie pomaga także fakt, że większość potyczek ma miejsce na ograniczonym terenie, ogrodzonym przez „ściany”.  W założeniu zapewne chodziło o wyczucie „rytmu” pojedynku, co czasami wychodzi. Jednak błędne kolizje i bardzo dziwne kolejkowanie ciosów zabija przyjemność z walki, do tego stopnia, że po pewnym czasie wszystko sprowadza się do wciskania przycisku ataku i sporadycznego uniku. Podobnie jest z elementami zręcznościowymi, gdzie wspominanie opóźnienie wpływa na precyzję skoków. Szczególnie, że Bestia potrzebuje chwili by ruszyć z miejsca, co często skutkuje nieudanym manewrem.

Jakby problemy ze sterowaniem nie były wystarczające, to chłopaki z Heavy Spectrum Entertainment Lab mają kilka dodatkowych pomysłów, które na papierze może i wyglądały dobrze, ale w praktyce nie sprawdzają się zupełnie. Fabuła w oryginale z 1989 roku wybitna nie była, jednak poznawaliśmy ją w trakcie gry. Tutaj poznajemy tylko jej ułamek, resztę trzeba odblokować.

Na każdym z siedmiu etapów są ukryte magiczne kule, które musimy zniszczyć przy pomocy specjalnego ataku – więc musimy go oszczędzać lub wrócić do danego poziomu ponownie.  Jednak to nie wszystko, w kilku momentach postacie wypowiadają swe kwestie w niezrozumiałym języku, więc trzeba kupić tłumaczenie by zrozumieć co mówią. Ciekawe podejście, które z pewnością miało na celu zmotywowanie do szukania i wielokrotnego przechodzenia poziomów. Podobnie ma się sprawa z trzema zakończeniami, które można odblokować spełniając odpowiednie warunki.

W teorii ma to sens, jednak w praktyce nie ma zbyt wiele motywacji do zaliczania poziomów ponownie.  Mimo, że całość można skończyć w dwie godziny, a poszczególne poziomy zajmują od kilku do kilkunastu minut – gdy już raz je zaliczymy, nic nowego na nas nie czeka. Możemy szukać wspominanych kul lub amuletów, które ułatwiają i tak dość prostą grę.  Walka nie sprawia przyjemności, a eksploracja jest nużąca, szczególnie, że w niektórych przypadkach trzeba biegać w celu sprawdzenia, czy coś się „odblokowało”.

Z pozytywnych aspektów warto wymienić oprawę wizualną, poziomy są w miarę zróżnicowane, szczególnie te pierwsze mają naprawdę wiele przykuwających oko momentów. Czuć pasję i oddanie dla amigowego oryginału. W wielu etapach jest masa nawiązań lub nawet odtworzenie konkretnych elementów, które były w pierwotnej wersji a nawet elementów z okładki. Ścieżka dźwiękowa także stara się naśladować to, co było słychać przed laty, można nawet odblokować oryginalną muzykę. Podobnie jest z amigowym oryginałem, którego legendarna trudność sprawiła, że można kupić za zdobyte punkty nieskończoną ilość żyć. Dla tych, dla których klasyk może się okazać zbyt wielkim wyzwaniem, jest filmik pokazujący, jak się przechodzi całą grę. Co ciekawsze, wszystko, co wymieniłem, można odblokować praktycznie po ukończeniu pierwszego etapu, w przeciwieństwie do innych elementów, jak wspomniane słowniki czy dodatkowe umiejętności dla głównego bohatera.

Niestety sama gra jest po prostu słaba, brak tego „czegoś”. Wszystko jest poprawne, a pewne decyzje i kulejące sterowanie skutecznie zniechęcają do ponownego zagrania.  Szkoda, że przy zamyśle wielokrotnego zaliczania poziomów i śrubowania wyników, autorzy nie poświęcili czasu na dopracowanie najważniejszych elementów rozgrywki. W efekcie mamy kolejną pozycję bazującą głównie na nostalgii, która mogłaby być naprawdę udanym powrotem miło wspominanego tytułu – gdyby tylko poświęcono jej więcej czasu. Szkoda, naprawdę szkoda. Więc jeśli nie macie ciśnienia, poczekajcie na promocję lub jak trafi do „plusa”, w obecnej chwili Shadow of the Beast nie jest wart swojej ceny…

 

Autor: Dariusz „Konsolite” Pasturczak 

Platforma: PlayStation 4

Shadow of the Beast / Deweloper: Heavy Spectrum Entertainment Labs / Wydawca: Sony Interactive Entertainment / Strona Oficjalna.

Grę autor kupił sobie sam. 

  • Razer

    Wizualnie nie wyglądało najgorzej, na kilku filmikach widziałem całkiem fajnie wyglądające lokacje. Ale skoro gra się gorzej niż ogląda to faktycznie musi być słabo.

    • Konsolite

      (nie)stety jest 🙁