Recenzja po latach #3 – Elevator Action Returns

Każdy gracz, odwiedzający niegdyś salony gier, miał w głowie pewne chwilowe marzenie – posiadać w domu automat do gier z jakimś rewelacyjnym tytułem, który z taką wytrwałością pożerał cenne drobniaki, zachęcając nas swoją cudowną oprawą graficzną i niespotykaną grywalnością. Nic więc dziwnego, że wejście na rynek konsol stacjonarnych wiązało się również z wypuszczeniem automatowych konwersji gier na owe sprzęty. Dzięki temu zabiegowi miałem przyjemność zapoznać się z opisywanym poniżej tytułem.

Elevator Actions Returns to gra pierwotnie wydana na automaty Arcade w roku 1994 przez firmę Taito. 12 lat później tytuł ten pojawił się na platformie Playstation 2 za sprawą składanki retro hitów „Taito Legends 2” – i to byłoby na tyle, jeśli chodzi o wyjaśnienia jak udało mi się dorwać ten tytuł.  Gra po odpaleniu wygląda dość dobrze. Nie jest to może szczyt graficzny tamtych czasów, ale idealne podejście graficzne pod względem tego, co przyciągało do automatów. Piękna animowana grafika 2d z ilością kolorów, która na automatowych ekranach CRT musiała wyglądać wystarczająco obłędnie, by chciało się wrzucić kilka drobniaków. Tak też zrobiłem, no może nie dosłownie. Wersja konsolowa, tak jak w oryginale, wymagała ode mnie wrzucenia (wirtualnego) żetonu. Nie patrząc zbyt długo, wbiłem maksymalną ilość dziewięciu kredytów i ruszyłem w pole bitwy. Zanim jednak zacząłem walkę, musiałem podjąć decyzje, która nie wpływała zbyt mocno na całą rozgrywkę. Mowa o wyborze postaci. Do wyboru mamy jednego z trzech zawodników: dziewczynę, gościa będącego typowym badassem i zupełne jego przeciwieństwo – zniewieściałego blondwłosego młodzieńca. Skoro już podjąłem życiową decyzję, czas zacząć grę.

Po grach arcade ze stajni Capcom lub Neo-Geo, przywykłem raczej do wielkich i dokładnie narysowanych postaci. Tutaj mamy do czynienia z czymś mocno odmiennym. Szerokie lokacje z jasno wytyczonymi wrogami i bohater, który łatwo gubi się w tłumie podczas starć. Walka, mimo wykorzystania dwóch przycisków, jest dość złożona w zależności od tego, w jakiej pozycji znajdujemy się względem wroga (z oddali strzelamy, z bliska atakujemy nożem).  Nie liczyłbym jednak na szeroki asortyment broni, gdyż sam podczas rozgrywki miałem przyjemność w większości obcować tylko ze zwykłym glockiem. Jak widać na powyższym screenie, cały level składa się z pięter. Dostajemy się na nie za pomocą windy. I tutaj właśnie trafiamy do głównej mechaniki gry. Całość growej podróży opiera się właśnie o windy. Te służą nam za transport między poziomami w dwojaki sposób, możemy przejść po jej górnej części, a także w naturalny sposób. Tym środkiem transportu przemieszczają się również nasi wrogowie. Jest to dość mocne zagrożenie, głównie za sprawą kolejnych dwóch możliwości. Nasz wróg może nas zaatakować podczas przemieszczania się, a także przygnieść nas windą w momencie kiedy poruszamy się pod / nad nią. Po co jednak to całe przemieszczanie? Naszym celem jest odnalezienie wszystkich pomarańczowych drzwi i spenetrowanie wnętrz w celu zgrania danych. Gdy już to zrobimy, przylatuje po nas helikopter z towarzyszącymi przy tym wybuchami i efektami dźwiękowymi w holywoodzkim stylu.

Wielu zapewne po tych kilku linijkach zastanawia się, czy rozgrywka opierająca się dużej mierze na jeżdżeniu windą nie nudzi. Zaskakująco nie! 6 poziomów, w których odwiedzimy takie miejsca jak lotnisko, linie metra, podziemia, wieżowce, czy plac budowy to w zupełności rozbudowany arsenał miejsc do zwiedzenia. To samo można powiedzieć o ilości wrogów. Mowa tu bowiem o dziesięciu modelach wrogich postaci, posiadających różne możliwości. Jedyne, co może rozczarować, to bossowie. Tych bowiem praktycznie się nie uświadcza. Nie zaznacie tu konkretnych wrogów i trudno jakoś przejść do tego na porządku dziennym. Nagrodą za nasze liczne trudy są pięknie narysowane kadry naszej trójki podczas końcowej sceny każdego levelu. Warto jeszcze wspomnieć o istotnej rzeczy – muzyka wylewająca się z głośników to istny rarytas, a chip dźwiękowy w ps2 idealnie odwzorował te systemy dźwiękowe z płyt arcade firmy Taito. Motywy muzyczne podczas gry nakręcały całą zabawę do tego stopnia, że było to mocno zauważalne podczas przejścia z jednego do drugiego utworu.

Jestem cholernie szczęśliwy , że mimo tylu lat, wciąż mamy okazje doświadczać choć trochę magii automatowej rozrywki. Bez wydawania swego ciężko zarobionego kieszonkowego, bez moralnych wyborów między lodem, batonem, a „jeszcze jednym razem.” Teraz będąc 24-letnim gościem mogę z czystym sumieniem usiąść przed konsolą i delektować się kunsztem programistów. Co do samego Elevator Action Returns to mogę powiedzieć tylko tyle – super gra! Ta produckja to fajny pokaz możliwości tego co można zrobić ze sprawnie działającym mechanizmem gry. Nie jest to jednak tytuł idealny i to wszystko tylko przez to, że nie uświadczyłem bossów, których rysowałem w głowie podczas ogrywania.

Ocena po latach: 8/10

Mateusz „gramodrana” Skrzypczak