Recenzja po latach #2 – Double Dragon II (NES)

Czasami bywa tak, że przez lata człowiek ma w głowie tytuł gry, który staje się synonimem pewnego gatunku. Jest czymś w rodzaju wspomnieniowego ideału i to nie za sprawą braku wad, a głównie z powodu uczucia, jakie towarzyszyło nam przy pierwszym spotkaniu z czymś nowym. Tak było w moim przypadku z Double Dragon II.

Seria Double Dragon to głównie gry z gatunku chodzonych bijatyk, połączonych z elementami platformowymi. Zresztą po tylu latach na rynku szczerze wątpię, że jest ktoś, kto choć raz nie słyszał nic na jej temat (Gimby nie znajo – dop. Prez). W 1989 roku na świat przyszła druga odsłona serii, opowiadająca dość nieskomplikowaną fabułę. Gangsterzy porwali nam dziewczynę, a my swoimi gołymi rękami musieliśmy przedrzeć się przez całe miasto pokonując przy tym kolejnych mniej lub bardziej skomplikowanych wrogów. Brzmi dość banalnie i wydawać by się mogło, że gra nudziła się po 15 minutach, nie mając sobą nic do zaoferowania. Wbrew pozorom prosty był jedynie scenariusz. Rozgrywka to zupełnie inna para kaloszy – jest dość skomplikowanym elementem całości i wymaga stosownego opanowania.

Mimo niewielu przycisków dostepnych na kontrolerze Nesa, twórcy dobrze rozwiązali kwestię możliwych do wykonania ciosów. Przyciski nie są sztywno przypisane do reakcji naszego zawodnika podczas gry. Wszystko uwarunkowane jest tym, czy w naszym otoczeniu znajduje się wróg. Wyobraźmy sobie sytuacje, w której jesteśmy otoczeni z obu stron. W teorii gracz wcisnąłby d-pada w lewo lub prawo i przycisk ataku. Jednak w Double Dragon II oba przyciski na kontrolerze odpowiadają za atak i kierunek uderzenia. Lewy przycisk akcji jest uderzeniem przeciwnika po lewej, prawy przycisk uderzeniem po prawej, i tak dalej. Do całości dochodzą jeszcze ataki specjalne aktywowane za pomocą d-pada i naciśnięciu dwóch przycisków naraz. Kombinacji tego typu jest około trzech, nie jest to jednak na tyle proste by „specialami” przejść całą grę. O ile całość brzmi nieźle, tak skakanie jest istną porażką mającą na celu sztucznie podnieść poziom trudności gry. Na całe nieszczęście, elementy platformowe, podczas ośmiu dostępnych plansz, wymagają od nas nie lada sprawności. Problem jednak w tym, że skakanie aktywowane kolejny raz dwoma przyciskami może stać się nagle atakiem specjalnym, który przerzuci nas dalej niż chcielibyśmy skoczyć. Całość jest niesamowicie denerwująca i nasze poczynania zdają się być bardziej szczęśliwym trafem aniżeli wynikiem opanowanego sterowania.

Ale hej, spokojnie! Nie jest tak źle. Gra jest grywalna i to bardzo. Liczni wrogowie, którzy niestety powtarzają się w 6 wariantach, mimo wszystko stają się niezłym wyzwaniem. Czasami zdarzało się tak, że podczas gry radziłem sobie z bossami, a miałem problem z pokonaniem zbyt dużej ilości standardowych przeciwników. Co do samych bossów, to wygląda to bardzo dziwnie. Miałem przez chwilę wrażenie, że ktoś w połowie programowania stracił koncepcję na to, jak bossowie mieliby wyglądać. Wyobraźcie sobie sytuację, w której na środku planszy walczycie z dwa razy większym przeciwnikiem. Okazuje się on być bossem dwa poziomy dalej. Jeśli już o poziomach mowa, to warto wspomnieć o wielu ciekawych lokacjach. Pominę może te będące platformowym wyzwaniem, bo, mimo że wyglądają cudownie, to potrafią irytować przesadną trudnością. Warto jednak wspomnieć o malowniczych uliczkach, wnętrzu samolotu, lesie i chińskiej świątyni. Te lokacje są naprawdę świetne. Plansze i dynamiczna muzyka to największe atuty produkcji.

Double_Dragon_2_-_NES_-_1

Jak więc całość spisała się po latach? Po przeczytaniu tekstu można odnieść wrażenie, że bardziej tej gry nie cierpię, niż lubię. Prawda jest jednak taka, że Double Dragon II było dla mnie weekendowym wyzwaniem wciągającym tak bardzo jak Dark Souls wciąga growych masochistów dzisiejszych czasów. Warto, warto i jeszcze raz warto. Nie bez powodu seria przetrwała tyle lat, doczekując się przy tym odświeżonych wersji.

Ocena po latach: 8/10

Mateusz „gramodrana” Skrzypczak