Recenzja po latach #1 – Contra Force (NES)

Lecimy z nowym cyklem, autorem jest Mateusz „gramodrana” Skrzypczak, który o sobie mówi tak: „Recenzent amatator, retro gracz, posiadacz zbyt wielu konsol i zbyt małej ilości czasu. 24 lata to dla niego nie powód by stać się dorosłym.” /Cooldan

Wspomnienie to jedno z tych rzeczy, które bardzo często powodują zakrzywienie w odbiorze danej rzeczy. Najbardziej dostrzegalne jest to w przypadku gier, gdy po latach sięgamy, często całkowicie przypadkowo, po tytuł naszego dzieciństwa. Nie musi to jednak oznaczać, że nasze ponowne zmierzenie się z danym pikselowym światem z góry skazane jest na porażkę, a już na pewno nie jeśli mowa o Contra Force.

Wspomnienia…

Będąc malcem z jedynym Pegasusem na osiedlu zdobycie sporej biblioteki gier było czymś niezwykle trudnym. Grałem w każdej wolnej chwili, a że miałem takich sporo, to szybko zorientowałem się jak bardzo nieprawdziwe są etykiety bazarowych podróbek. Swoje gry znałem już bardzo dobrze, ale był jeden cart, z którym nie mogłem sobie poradzić. Mój Święty Graal ośmiobitowego gamingu to właśnie Contra Force. Z racji swoich słabych umiejętności w tamtych czasach nie mogłem sobie poradzić z zaimplementowanym tam poziomem trudności. Mimo, że uważałem tą grę za najlepszą na mojej podróbce NESa, to nigdy nie przebiłem się nawet przez pierwszy poziom. Moje osądy spowodowane były głównie oprawą graficzną i muzyczną, która w tamtych czasach robiła ogromne wrażenie. Kolory wylewające się wręcz z ekranu i dźwięk tak dynamiczny, że gliniarz z Beverly Hills nie powstydził by się mieć tych kawałków w swoim soundtracku.

 

…vs. Rzeczywistość

Trzecia część Contry na zawsze została w mojej pamięci i wiedziałem, że nadejdzie czas kiedy to znowu napotkam ją na swej drodze. Nie myślałem jednak, że stanie się to w ten sposób. Kupiłem za całe 10 zł kolejną podróbke NESa. Tym razem z wbudowanymi grami i jak łatwo się domyślić jedną z nich była właśnie Ona. Usiadłem więc z fajką przy kominku, na bujanym krześle i zacząłem opowiadać wnukom o tej rewelacyj…. Sorry! Ale tak się właśnie poczułem.

 

a2

 

Ta gra nie zestarzała się kompletnie! Grafika i dźwięk wciąż jest rewelacyjną ośmiobitówką. Poziom trudności na szczęście stał się dla mnie już bardziej przystępny, na tyle abym mógł całą grę ukończyć i podzielić się wrażeniami. Marka Contra jest znana każdemu i wątpię by ktoś, kto widział w akcji dowolną część, poczuł się tutaj obco. Mechanika nie zmieniła się diametralnie (może poza dwoma poziomami, o czym za chwilę).

Mimo wszystko różnic między poprzednimi częściami, a tą jest wiele. Rozpoczynając grę już na początku otrzymujemy możliwość wyboru postaci spośród czterech wyspecjalizowanych żołnierzy. Każdy wydaje się być przydatny w walce i słusznie, ale tytułowa siła tkwi we współpracy tych zawodników. Niesamowicie przemyślanym mechanizmem jest możliwość zmiany postaci w każdym momencie gry poprzez wciśnięcie startu wybrania z menu nowej.

Nie jest to jedyne ułatwienie. W trudnych do przejścia fragmentach możemy poprosić komputer o pomoc i wybrać dowolną postać usadawiając ją tak by jak najmocniej nam pomogła. Do wyboru mamy atak z przodu, osłanianie nas i walkę „na pałę”. Takie wykorzystanie CPU do naszych celów jest świetne, ale nie przywiązujmy się do tego zbyt długo. Gdy tylko nasza pomocna postać otrzyma strzał natychmiast znika. Możemy co prawda wykorzystać ją ponownie, ale niestety jest jedno ale. Nasz pomocnik zachowuje się tak chaotycznie, że cały silnik gry dostaje mocno widocznego spadku FPSów. W efekcie dwuosobowa armia zaczyna się ślimaczyć i wszystko przypomina bardziej czasy Atari niż typową NESową prędkość.

 

a3

Nie ma gier bez wad

Contra Force nie należy do wyjątków. O ile spadek mocy w trakcie pomocy drugiej postaci jestem w stanie wybaczyć, wszak nie zawsze muszę tego używać. Męczenia się na d-padzie z planszami w rzucie „od góry” nie jestem natomiast w stanie wybaczyć. Ile to razy zginąłem próbując zabić wszystkich korzystając z 8 kierunków krzyżaka… Takie rozwiązanie i zarazem zmuszanie gracza do używania tak nieprzyjemnego sterowania jest naganne. Nie dysponujemy przecież analogiem, w przypadku którego całość sterowania byłaby przyjemna. Nie giniemy więc na tych planszach dlatego, że nasze umiejętności są kiepskie. Kiepsko to ktoś pomyślał, że chce zmusić mnie do używania tak złego rozwiązania.

Na szczęście, jak już wspominałem, są to tylko dwa poziomy. Rozpatruję je jako eksperyment i unikam podejrzeń o zapchanie gry stworzonymi na siłę poziomami. Ta bowiem wcale nie ma ich tak wiele. Wszystkie 5 poziomów przy dobrych wiatrach można skończyć w dwie godziny. Zapewniam jednak, że ci narzekający na „theorderowe” długości gier będą dziękować na kolanach, że ukończenie CF było tak szybkie. Gra wciąż jest trudna i wymaga sporej wprawy, Rekompensują to jednak ciekawie zaprojektowane poziomy i bossowie, którzy jak zawsze są więksi o tyle, by ich majestat robił na graczu wrażenie. Warto nadmienić, że w trzeciej części nie mamy do czynienia z obcymi, lecz z innymi złymi jednostkami. Po więcej odsyłam do fabuły gry, która została przedstawiona w tak nieciekawy sposób, że nie chciało mi się nawet tego czytać.

 

Podsumowując

Są gry, które się nie starzeją i mając 23 lata wciąż smakują tak samo dobrze. Warto wybaczyć im wady, cieszyć się tym, co dobre i bawić się bez przerwy dając upust tej tęsknocie za dawnymi czasami odrzucając przy tym entą część Gearsów, Assasinów i indyki, które choć bardzo się starają nie potrafią posiąść tej magii. Magii naszych wspomnień i pierwszego kontaktu z grami wideo.

Ocena po latach?

8/10

Mateusz „gramodrana” Skrzypczak

  • Tak. Te wspomnienia. Prze fajna gra. Kultowa i ponadczasowa. Jedna z tych lepszych, za które trzeba było troche więcej zapłacić lub gdy przyszło o wymianę z kolegą, oddać więcej kardridży.
    Dorzucę jeszcze swoje dobrze zrobione ulubione tytuły: Powrót do przyszłości I i James Bond JR (też ze względu na muzykę).