Przyjaciele Rozgrywki: “PREZ START #1: The Resident Within”

Rozgrywka nigdy nie była podcastem zamkniętym na gości. Ta sama filozofia towarzyszy nam przy treściach pojawiających się na blogu. Dlatego też zapraszamy do zapoznania się z tekstem Grzegorza Wojewody, znanego również jako Prez. Jeśli zastanawiacie się kim jest Prez, to sam mówi o sobie: Dziennikarz, nauczyciel, tytułowany ostatnimi czasy inżynierem, bo w dokumentacji technicznej tak czasem mają.  Lubi czytać, zwłaszcza Lovecrafta, Dicka i Gaimana. Co nieco zna się na filmie i muzyce, uwielbia grać w gry, często staje w obronie średniaków, na które inni plują. Założyciel fejsbukowej grupy “Gry, których nie znasz, a powinieneś”, a także fanpejdżu “Too Many Games”. /Cooldan

        Moja relacja z horrorem jest dość specyficzna. Nie mogę nazwać się stuprocentowym fanem tego gatunku. Miłości do mrocznych opowieści, wielkich tajemnic i nieznanego nauczył mnie pan Lovecraft. Aprobata dla półnagich blondynek, uciekających po schodach w górę, pojawiła się u mnie po projekcji pierwszego Krzyku, zaś wampiry pokochałem dzięki Draculi. Ale nie lubię się za mocno bać, a gore bardziej mnie zniesmacza, niż fascynuje. Dlatego nie każdy horror jest dla mnie, nie wszystko jestem w stanie przełknąć. Z tego powodu musiałem darować sobie głośne Amnesia i Outlast – robiłem przy nich w majtki. Z tego samego powodu nie ruszę prawdopodobnie nadchodzącego Silent Hills, chociaż samą serię bardzo sobie cenię.

 

01

Horrorem w sam raz dla mnie jest The Evil Within, który zaserwował graczom Shinji Mikami, weteran branży. Jego produkcje, mimo że zawsze toporne, zdobyły serca milionów graczy na całym świecie. Jego najbardziej znane dzieło, czyli Resident Evil, to klasyk gatunku, kamień milowy w historii gier wideo, a także idealny przykład na to, jak można rozmienić serię na drobne. Osobiście RE bardzo lubię, najlepiej wspominam zaś RE4 i – uwaga – RE6, przy których spędziłem mnóstwo czasu. Jak opisać serię w kilku słowach? Klimatyczne survival horrory napakowane akcją, trochę za mało straszne, a za bardzo obrzydliwe. A TEW to taki właśnie Resident Evil, tylko że odrobinę straszniejszy

WIZUALNIE

Internety już malkontencą na grafikę, że brzydka, że czarne pasy, etc. I rzeczywiście, grafika nie powala, widać wyraźnie, że gra robiona była z myślą o konsolach poprzedniej generacji – tekstury są średniej jakości, a silnik id Tech 5 ładuje je przed naszymi oczami (u mnie problem ten dotyczył tylko przerywników, ale na słabszych kartach ładowanie może pojawiać się również w trakcie samej rozgrywki – nie wiem jak to wygląda na konsolach, nie testowałem). Szarobura paleta barw (monotonna jak cholera w pierwszych rozdziałach gry, później odrobinę się rozwija) wielu osobom nie przypadnie do gustu, jednak mi nie przeszkadza wcale – oddaje dobrze klimat gry. Ale przecież nie samą grafiką człowiek żyje…

03

Są jeszcze, wynikające z wymuszonego aspect ratio, czarne pasy i kamera przyczepiona do pleców protagonisty. O ile to drugie jestem w stanie zrozumieć (efekt potęgowania niepokoju zastosowany również w Dead Space), o tyle pierwsze w czasach, w których widescreen i 40-calowe telewizory są standardem, może mocno irytować. Całe szczęście moderzy dostarczają – jest już FOV fix – znikają pasy, kamera oddala się od bohatera, a kąt widzenia można poszerzyć.

GEJMPLEJOWO

Mechanika gry, jak przystało na Mikamiego, jest dość toporna (ha!), ale i tak o wiele lepsza niż w takim RE4. Czyli w zasadzie na plus, zwłaszcza dla fanów, którzy do tego się już przyzwyczaili. Więc jak wygląda samo granie? Ano wygląda bardzo podobnie do tego, co znamy już z RE (wybaczcie te ciągłe porównywanie, ale nie da się go uniknąć). Szybko poczułem się jak w domu. Nowością jest element skradankowy, który bardzo mi przypadł do gustu, ale nie oszukujmy się – to nie jest Splinter Cell.

Skradamy się przede wszystkim w pierwszych rozdziałach gry, kiedy amunicji jest bardzo mało, a nasz bohater nie jest jeszcze kozakiem (tak między nami to jedno przejście gry nie wystarczy, żeby tym kozakiem się stał – i bardzo dobrze). Początkowe etapy pozwalają na obejście przeciwników, wybranie jednej z kilku ścieżek i całkowite unikanie walki. Trzeba też uważać na pułapki, które czasem ciężko dostrzec. Początki są gęste od klimatu i całkiem straszne, ale…

02

…po kilku pierwszych rozdziałach wszystko się zmienia. TEW przeistacza się w typową grę akcji, amunicji pojawia się więcej, kusza ma możliwość strzelania wieloma rodzajami bełtów, a protagonista, dzięki rozwojowi postaci, potrafi m.in. mocniej przypierdolić i dłużej biegać. Zmienia się też nastrój, pojawiają się etapy na powierzchni, jest trochę jaśniej i zdecydowanie mniej strasznie. Architektura lokacji przywołuje na myśl (znowu!) RE4, podobnie jak zachowanie przeciwników, którzy zaczynają momentami przypominać Uroburos. Potem są ohydne mutanty, obowiązkowy twardziel z piłą łańcuchową, katakumby, niezniszczalny rzeźnik zrobiony na wzór Piramidogłowego, aż wreszcie trafiamy do opuszczonej rezydencji rodem z Alone in the Dark i… znowu jest strasznie.

HOŁD DLA GATUNKU

Nie wspominałem jak dotąd o fabule i protagoniście, ponieważ nie ma o czym. Detektyw Sebastian Castellanos jest wydmuszką, niemalże niemą kukiełką, która prowadzić ma gracza przez kolejne lokacje. Nie dziwią go miejsce, w którym się znalazł, starusieńkie ruiny, które przemierza, ani dość antyczna broń, której używa (akcja TEW zaczyna się współcześnie, ale później robi się dziwnie). Napotykane po drodze postacie, nie wnoszą do gry niczego i równie dobrze mogłoby ich nie być – rozbawił mnie tekst policyjnego partnera Sebastiana, który mniej więcej w połowie gry zauważył, że „dzieje się tu coś dziwnego”.

Title

Fabułę poznajemy niejako w tle, poprzez zbieranie pamiętników i wycinków gazet – niestety wiele z wątków poruszanych w tych wycinkach nie będzie dokończonych. Mimo że gra wyjaśnia, czemu świat przemierzany przez Sebastiana zmienia się z rozdziału na rozdział, to nie jest to istotne – TEW to tak naprawdę hołd dla gatunku. Każdy etap jest nieco inny, nasuwa skojarzenia z horrorami, które już dobrze znamy, daje nam możliwość poczucia się jak zaszczuta ofiara, niepewny własnego zdrowia psychicznego człowiek, na którego oczach dzieją się niestworzone rzeczy, czy wreszcie twardziel rozrywający potwory na kawałki przy użyciu granatów.

I to jest właściwie najmocniejsza strona tego tytułu. The Evil Within to pastisz, jazda bez trzymanki przez różne podgatunki horroru, pozwalająca bać się z umiarem i spocić palce trzymające pada podczas walki z bossem, na którego nie ma sposobu, a w którego trzeba wpakować większość posiadanej w danym momencie amunicji. Takie rozwiązanie może się podobać (fani serii Resident Evil będą na pewno zachwyceni), ale nie musi.  I dobrze, nikt nikogo nie zmusza do grania. Chyba, że zmusza. Przystawiając strzykawkę z halucynogenem do szyi. Albo jeszcze lepiej piłę łańcuchową.

PS. Ostrzegam lojalnie, że gra ma dość wysoki poziom trudności. Amunicji jest momentami bardzo mało, znajdźki są dobrze poukrywane, bo ich zbieranie służy czemuś więcej niż zdobywanie głupich aczików. Niektóre sekwencje i starcia z bossami są wymagające i trzeba powtarzać je wiele razy, żeby osiągnąć wreszcie sukces. Trochę oldskul, gimby nie znajo.

  • GwynBleidd_79

    Bardzo dobry tekst Grzegorz. Mam nadzieję że częściej coś napiszesz 😉

  • Kasztaniak Zpocześla

    Dziś na grupie rozgrywki temat był poruszany i nawet jako fan RE4 miałem duże wątpliwości co do zakupu. Teraz czuję się pewnie i będę pozytywnie nastawiony od samego początku gry a to jest bardzo ważne. Dziękuję i czekam na więcej

  • Mikołaj Dusiński

    3 lata… ale ten czas leci…

    • Prez

      Dopiero teraz będą trzy lata.