Przyjaciele Rozgrywki: “PREZ START #2: Alien, czy Aliens?”

Znam osobiście człowieka, który poszedł w 1980 roku na polską premierę filmu Obcy – 8. Pasażer „Nostromo” i już nigdy więcej nie obejrzał żadnego horroru. Film przeraził gościa tak bardzo, że postanowił on raz na zawsze darować sobie podobne skoki ciśnienia. Z kolei podczas premiery w USA, w kinie „Egyptian”, jeden z widzów próbował podłożyć ogień pod wystawiony rekwizyt przedstawiający kokpit i siedzącego w fotelu, skamieniałego kosmitę – Space Jockeya. Przyłapany na gorącym (dosłownie) uczynku tłumaczył, że rekwizyt jest dziełem diabła… A przecież Alien, bo tak brzmi oryginalny tytuł filmu, miał być kolejnym, sztampowym i do bólu kiczowatym filmem o potworze z kosmosu.

Reżyser Ridley Scott miał jednak inną wizję i zrealizował ją z pomocą szwajcarskiego malarza H.R. Gigera, który odpowiadał za projekt Obcego. Na finalny kształt dzieła mieli też wpływ artysta Ron Cobb, odpowiedzialny za rewelacyjny design statków i wnętrz, oraz Nick Allder, który pracował nad efektami specjalnymi. Film okazał się wielkim hitem i na stałe zajął miejsce wśród klasyki światowej kinematografii.

W KOSMOSIE

Kosmiczny holownik klasy M USCSS Nostromo (nr rejestracyjny 180924609), należący do korporacji Weyland-Yutani, w trakcie jednego z kursów, został oddelegowany do nietypowego zadania. Korporacja odebrała i częściowo odkodowała sygnał pochodzący z planety LV-426, a następnie wysłała na nią Nostromo w celu zbadania i pobrania próbki pozaziemskiego życia, mającego się tam znajdować. Załoga frachtowca o zadaniu nie wiedziała i przyjmując zlecenie wybrała się na pewną śmierć (Musicie wybaczyć spoilery, ale trudno bez nich pisać o fenomenie Aliena. Zresztą film ma już 35 lat – powinniście go znać).

ELLEN

Nostromo odleciał z LV-426 z pozaziemskim życiem na pokładzie, ale siedmioosobowa załoga nie była tego świadoma. Polscy tłumacze, jak zawsze chcący być najmądrzejsi, dodali dopisek 8. Pasażer Nostromo, tym samym podpowiadając, ilu antagonistów można się było spodziewać… W momencie odlotu z planety rozpoczął się dla widza trzymający w napięciu do ostatniego momentu spektakl. Pierwszym zaskoczeniem był sposób, w jaki napastnik dostał się na pokład frachtowca, a później robiło się jeszcze straszniej. Największą zaletą filmu był fakt, że Obcego w zasadzie nigdy nie było widać w całości na ekranie – migał jedynie gdzieś w rogu, wystawiał ogon lub syczał zza kadru. Do samego końca nie było wiadomo, czym właściwie jest potwór eliminujący po kolei pechowych członków załogi.

NIKT NIE USŁYSZY

Sukces filmu spowodował, że postanowiono odpowiedzieć, przynajmniej częściowo, na pytanie, czym jest kosmiczny zabójca. Ksenomorf (tak nazywa się fachowo Obcy) otrzymał zielone światło na sequel. Na stanowisku reżysera obsadzono Jamesa Camerona, który dwa lata wcześniej zyskał sławę dzięki filmowi o elektronicznym mordercy. Projekt otrzymał tytuł Aliens, co sugerowało, że Ksenomorfów będzie więcej, zaś polscy tłumacze przemianowali go na Obcy – Decydujące Starcie. Widocznie mieli informacje z pewnego źródła, że więcej filmów z Alienem w roli głównej nie będzie (ha!).

Cameron postanowił zrobić z Aliens coś więcej niż ten sam horror z większą ilością potworów i trafił w dziesiątkę. Otrzymaliśmy solidny film akcji z całą plejadą ciekawych postaci, zachowujący jednocześnie ducha oryginału. Główna bohaterka filmowej serii, Ellen Ripley, jedyna ocalała z Nostromo, powróciła na LV-426 w towarzystwie Kolonialnej Piechoty Morskiej. Nie będę wdawał się w fabularne szczegóły filmu, ponieważ albo doskonale je znacie, albo zechcecie poznać, zachęceni tym felietonem, na co szczerze liczę. Bo to dobre filmy są! Dość powiedzieć, że w dwójce obcych jest cały rój, pojawia się Królowa, a trup ściele się gęsto. Film odniósł komercyjny sukces, zyskał także uznanie krytyków. Zdobył dwa Oscary – za efekty specjalne i montaż dźwięku.

AVP

Fani Obcego podzielili się na dwa obozy – pierwszy uznający jedynie niepokojący i mroczny oryginał, a także drugi, dla którego napakowana akcją, epicka dwójka jest najlepszą odsłoną cyklu. Wspominam o cyklu, ponieważ jak łatwo się domyślić, komercyjny sukces obu produkcji spowodował, że pojawiły się kolejne części. Alien 3 (debiut reżyserski Davida Finchera!) nawiązywał klimatem do oryginału Ridleya Scotta, zaś Alien: Resurrection okazał się bardzo dziwaczną, najmniej udaną odsłoną serii – nic w tym dziwnego, skoro reżyserem filmu był Jean-Pierre Jeunet, specjalista od pokręconego kina.

Filmowa kwadrologia była jedynie początkiem. Uniwersum Obcego wkrótce się poszerzyło: powstały książki, komiksy i gry komputerowe. Nie trzeba było długo czekać, żeby Ksenomorf spotkał innego kosmicznego zabójcę – łowcę z rasy Yautja. Ten crossover zaowocował z kolei serią Aliens vs. Predator. Masowo, na przestrzeni lat, zaczęły wychodzić kolejne komiksy, książki, gry, aż w końcu, niestety, bardzo kiepskie filmy. Problem z poszerzaniem licencji jest taki, że w którymś momencie ktoś, gdzieś przekombinuje. I tak oto zaczęto próbować wytłumaczyć genezę Ksenomorfa, odpowiedzieć na pytania: dlaczego i po co? Kuszony popularnością serii Ridley Scott postanowił po latach wrócić do tematu i dał światu potworka o nazwie Prometeusz. Film do udanych nie należał, ledwo trzymał się kupy i obdarł kosmiczny terror z tajemniczości. Dawał jednak tą samą lekcję, którą dawały wszystkie filmy z serii Alien – nie da się okiełznać potwornej, niepowstrzymanej siły, żyjącej tylko po to, żeby zabijać.

TWOJEGO KRZYKU

Przejdźmy wreszcie do tego, co interesuje nas najbardziej – do gier. Na licencji Aliena powstało ich sporo i nie będę wymieniać wszystkich. Pierwsze produkcje są już dość archaiczne, ograniczenia sprzętowe lat ’80 nie pozwoliły nadać im odpowiedniego klimatu. Z tej ery dobrze wspominam wydane w 1986 roku Aliens: The Computer Game na C64. Bardziej zaawansowane technicznie lata ’90 obfitowały głównie w przewijane shoot ‘em up, w których postać przesuwa się od lewej do prawej po planszy, eliminując kolejne fale przeciwników (m.in. Aliens z 1990 roku, Alien vs. Predator z 1993 roku). Lata ’90 to także pierwsze FPS osadzone w tym uniwersum: Alien vs. Predator z roku 1994 na konsolę Jaguar (tak bardzo chciałbym w to zagrać – nigdy nie miałem okazji) oraz Alien Trilogy z roku 1996.

Rewolucja przyszła na przełomie wieków, kiedy Rebellion wydało swoje Aliens versus Predator. To była gra! Rewelacyjna grafika, fantastyczny klimat, dopracowany dźwięk. Gracze byli zachwyceni. Produkcja oferowała trzy kampanie, po jednej dla Obcego, Predatora i żołnierza Marines. Możliwość grania kosmitami nie była niczym nowym, Brytyjczycy dali graczom podobną możliwość 5 lat wcześniej, przy okazji premiery ich Alien vs. Predator na Jaguara. Tym razem jednak doprowadzili oni różnorodność do perfekcji. Najbardziej klimatyczna była kampania Marines – tego klimatu, uczucia zaszczucia i strachu się nie zapomina! Było mrocznie jak cholera, atmosfera była gęsta, a skaczący na twarz Facehugger (drugie stadium rozwoju Obcego) przyprawiał o zawał serca.

Produkcja traktowała z szacunkiem filmową spuściznę. Potrafiła nieźle przestraszyć. Największy nacisk mimo wszystko położony został na akcję. Udowodnił to szalenie popularny tryb multiplayer, pozwalający na wspólne starcia przedstawicieli trzech gatunków lub kooperacyjne zmagania grupy Marines walczących z hordami Ksenomorfów lub jednym, niewidzialnym Predatorem. Akcja, akcja i jeszcze raz akcja – popularność takiego podejścia do tematu udowodniły sequele: Aliens versus Predator 2 z 2001 roku zrobione przez Monolith oraz Aliens vs. Predator z 2010 roku (w roli developera ponownie Rebellion).

2014-10-28_00017

Czy to oznacza, że z całej serii gracze najbardziej lubią film Aliens i w takim klimacie chcieliby widzieć kolejne multimedialne produkcje? Tak zdawało się myśleć Gearbox Software tworząc niesławne Aliens: Colonial Marines. Gra miała być kooperacyjną mekką dla fanów tej marki, komputerową wersją Ostatniego Starcia. Twórcom udało się przerazić graczy, jednak nie samą rozgrywką, a efektem końcowym, który znacząco różnił się od tego, co pokazywano w zapowiedziach. Gracze zniesmaczyli się głupotą Ksenomorfów i poziomem grafiki. Internety zawsze narzekają na grafikę w grach, tak jakby wszystkie gry musiały wyglądać jak Crysis, jednak A:CM naprawdę mocno w tym względzie kulało. Nie pomogły łatki, ani fakt, że w kooperacji gra nie była aż tak zła (nie była też szczególnie dobra) – Internety przeklęły ten tytuł na zawsze.

GAME OVER MAN

Na grę w uniwersum Obcego, pozwalającą poczuć się jak załoga Nostromo, przyszło nam czekać aż do teraz, do października 2014 roku. Na początku miesiąca swoją premierę miał Alien: Isolation, nowa gra od mistrzów strategii z The Creative Assembly. Brytyjskie studio bardzo pieczołowicie podeszło do tematu i skoncentrowało się na odtworzeniu klimatu pierwszej części filmowej kwadrologii. Czy się udało?

Alien: Isolation opowiada historię Amandy Ripley, córki Ellen, która w poszukiwaniu informacji na temat zaginionej matki trafia na kosmiczną stację Sevastopol. Na miejscu okazuje się, że na stacji panuje krytyczna sytuacja – połowa systemów nie działa, a po korytarzach i kanałach wentylacyjnych szwęda się Ksenomorf, siejący popłoch wśród załogi. Stację opanowuje chaos. Ludzie łączą się w grupki, żeby wspólnymi siłami znaleźć drogę ucieczki. Jednocześnie eliminują wszystko, co stanie im na drodze, a więc innych ludzi, w tym główną bohaterkę. Taka apokalipsa zombie z jednym, bardzo niebezpiecznym Ksenomorfem zamiast nieumarłych.

Bo Obcy rzeczywiście jest tutaj niebezpieczny. Kiedy wyczuje obecność Amandy, szybko do niej doskakuje, a szanse na ucieczkę są niemalże zerowe. Nie ma mowy o walce z nim, ponieważ amunicji jest jak na lekarstwo, a rewolwer działa na potwora jak pistolet na kapiszony. Można jeszcze spróbować walki wręcz przy użyciu klucza francuskiego – powodzenia. Rozgrywka w Alien: Isolation jest inna niż to, do czego przyzwyczaiły nas gry z tego uniwersum. To taka Amnesia: The Dark Descent, ze skradaniem, zbieraniem przedmiotów i rozwiązywaniem zagadek blokujących nam dalszą drogę. Tylko o wiele mniej straszna…

2014-10-28_00015

Jak niby mam się bać Obcego, skoro znamy się już tyle lat? Rozumiem, że mój znajomy w 1980 roku przeraził się w kinie nie na żarty. Nie wiedział czego się spodziewać, a człowiek boi się najbardziej tego, czego nie zna i nie rozumie. A ja Ksenomorfa tak jakby już znam i rozumiem – zwłaszcza po seansie Promoeteusza. W 1999 roku gra Aliens versus Predator potrafiła mnie nieźle przerazić, głównie za sprawą piekielnie szybkich i trudnych do zauważenia w ciemności Facehuggerów. Starcie z kilkoma Obcymi atakującymi z różnych kierunków podnosiło adrenalinę jak mało która gra wydana w tamtym okresie. Ale dzisiaj, 15 lat później Obcy, mimo że nadal mnie fascynuje, już mnie nie przeraża. Za dobrze się znamy.

GAME OVER

Czym jest Obcy? Potworem atakującym z ukrycia, kiedy jest osamotniony, lub dziką bestią spadającą na swoje ofiary całą chmarą, kiedy jest ze swoim rojem. Nawet kiedy przegrywa, jest śmiercionośny, bo w jego żyłach płynie żrący kwas. Ksenomorf jest najgorszym koszmarem człowieka, ale też zwierzyną łowną dla klanów Yautja – najbardziej wymagającą, przynoszącą największy honor zwierzyną. Ksenomorf jest biologiczną bronią masowej eksterminacji, wyhodowaną przez antyczną rasę podróżników i badaczy, zwaną Space Jockeyami. Bronią, która wymknęła się spod kontroli. Obcy jest też ikoną popkultury, filmowym potworem idealnym, którego moje pokolenie uwielbia i chciałbym, żeby poznały go również pokolenia późniejsze. Alien: Isolation daje okazję do poznania Obcego, ale robi to w przekłamany sposób.

Nie zrozumcie mnie źle, The Creative Assembly odrobiło pracę domową: klimat filmu oddany jest idealnie, wnętrza stacji kosmicznej są dokładnie takie, jakimi na potrzeby filmu stworzył je Ron Cobb, a dźwięk, główne narzędzie zarówno w filmach jak i grach – jest idealny. Tylko czy skradanie się, przemykanie w cieniu i chowanie w szybach wentylacyjnych pasuje do Aliena? Pasuje jak cholera, ale w teorii. W praktyce muszę przemykać jak myszka z miejsca w miejsce, bo nie tylko Ksenomorf, ale także ludzie i androidy chcą mnie zabić. Amanda jest zazwyczaj bezbronna i musi chować się po szafach – trend w horrorach, który rozpoczęła Amnesia, ma się tutaj dobrze. Ale mi się nie podoba, bo Alien mnie nie przeraża. Ja z Kseonomorfem chcę walczyć, chcę żeby atakował mnie grupowo lub próbował przechytrzyć skradając się z różnych stron.

122297-alien-vs-predator-alien-evolution-d

A ten Obcy (See what I did here?) jest trochę upośledzony. Potrafi koło mnie przejść i mnie nie wyczuć, a przecież jest ślepy, kieruje się innymi zmysłami niż wzrok. Dlaczego więc kiedy po raz pierwszy spada obok mnie z sufitu, nie reaguje na to, że krzyczę z przerażenia i nerwowo macham rękoma? Dlaczego nie wyczuwa ciepła mojego ciała, kiedy chowam się w szafie, ale reaguje na latarkę, która zaświeci na niego z odległości 15 metrów? Dlatego, że inaczej nie dałoby się zrobić takiej gry – człowiek w starciu jeden na jednego z Ksenomorfem nie ma szans. Dlatego ja bym wolał kolejne AvP lub jakiś kooperacyjny tytuł na licencji Aliens, taki gdzie Pulse Rifle śpiewa mi do ucha, a horda Obcych chlapie po wszystkim kwasem, kiedy umiera. Bieganie po prawie wymarłej stacji kosmicznej ma swój klimat, ale szybko robi się nudne. Zwłaszcza że przeciwnik pojawia się tylko na rozkaz skryptów i jest… niedorozwinięty.

PS. Marzy mi się gra na kształt Destiny, osadzona w uniwersum AvP. Latałoby się między planetami, wykonując różne misje jako USCM. Taka kooperacyjna gra akcji z elementami skradanki i horroru, np. w postaci misji dla pojedynczego gracza typu „wydostań się ze zniszczonego frachtowca”. Różne ekosystemy, różne rodzaje Ksenomorfów i innych gatunków do grindowania. W ramach end-game gracze, którzy osiągnęli maksymalny poziom, mogliby wcielać się w Yautja, zakładać własne klany (!) i wykonywać misje specjalnie dla nich przeznaczone, np. polowania. A gdyby zdarzyło się, że na tym samym terenie misję wykonują właśnie Marines? Shit happens. Jak się Wam podoba taki pomysł?

  • Kasztaniak Zpocześla

    Łał a myślałem, że określenie ksenomorf zostało zapoczątkowane w Dead Space a tu proszę… Jak spojrzałem na wikipedie to brakuje tam nawet wzmianki o Dead Space a na podstawie obu uniwersów można by stworzyć ogólne określenie jako istota, (w pewnym sensie też pasożyt) przekształcająca zakażony organizm w broń biologiczną, stworzenie, które na celu ma tylko zabijanie lub zarażanie innych istot. Jako Xenomorpha uznałbym też Nemesisa z Resident Evil 3. Moim zdaniem by Alien dalej mógł przerażać potrzebuje więcej stadiów ewolucji. Boimy się najbardziej tego co nieznane a możliwość wejścia na jakiś statek kosmiczny zarażony np. od X lat i możliwość zobaczenia jak rozwinie się Alien przez taki okres czasu dałby ten aspekt odkrywania. Można by też zmienić trochę psychikę obcego i sprawić, że brak u nich jakiejkolwiek współracy – na każdym zarażonym statku przetrwałby tylko jeden okaz, zgodnie np. z teorią ewolucji i maksymalnie drapieżnym instynktem tego gatunku. Oj jest tu wiele możliwości i czas najwyższy by po Alien Isolation zrobić coś odstępującego od kanonu. Co do pomysłu z Destiny to czerpałem swoją wypowiedź właśnie na tym wspaniałym pomyśle a tylko jedno mi się bardzo nie podoba w tej idei – grindowanie. Nic nie zabija strachu bardziej jak rutyna i duża ilość straszydeł 😀

    • Prez

      W Dead Space były Nekromorfy 🙂 Ale masz rację, czerpały co nieco z Aliena. Co do większej ilości stadiów ewolucji byłbym ostrożny – tej opcji spróbował Scott w Prometeuszu i średnio to wyszło. Co do rozwoju Aliena na zarażonym statku – pomysł mi się podoba, ale Alien przybiera różne formy w zależności od nosiciela, którego zainfekuje Facehugger. Dlatego np. w trzecim filmie Ksenomorf, który wyszedł z psa , wygląda inaczej niż te, które wychodziły z ludzi.

      • Kasztaniak Zpocześla

        Żeczywiście ale wsyd… XD Tak to, że z każdego orgzanizmu wykluwał się inny ksenomorf też pamiętam- zawsze chciałem zobaczyć tego wyklutego z predatora 😀

        • Prez

          Mogłeś zobaczyć Predaliena w kilku grach i filmie AvP: Requiem 🙂

          • Kasztaniak Zpocześla

            A myślałem, że wiem sporo o alienach.

            Dzięki za info(dziwne, bo nic o tym filmie nie słyszałem…)