PREZ START #8 – Zło wcielone ma się dobrze

Resident Evil to niemalże 20-letnia seria z tradycjami, która na miano kultowej zasłużyła sobie już przy okazji premiery pierwszej części w roku 1996. Seria zaczynała jako survival horror, ale na przestrzeni lat ewoluowała w grę akcji z dużą dawką straszenia. Zatwardziali fani nie byli w stanie się z tą przemianą pogodzić, ale wydany na początku tego roku remaster pierwszej części dobitnie pokazał, że upodobania graczy bardzo zmieniły się na przestrzeni lat. Ale po kolei…

Opisywanie dziejów marki to dłuższy temat – zainteresowanych odsyłam do internetów, gdzie fanboje spisali wszystko, co dało się spisać o grach z rodziny Resident Evil. A dało się spisać naprawdę wiele, gdyż w ciągu ostatnich 19 lat sequeli i spin-offów powastało zatrzęsienie. Z odbiorem kolejnych gier bywało różnie, a fani nie zawsze zadowoleni byli z kierunku w jakim podążały kolejne tytuły. Ja nigdy nie uważałem się za fana, mimo że bardzo cenię sobie pierwsze dwie części, w które zagrywałem się jako gówniarz. Zmęczenie materiału przyszło wraz z Resident Evil 3: Nemezis i po nim zapomniałem o serii. Po kilku latach natknąłem się na Resident Evil: Outbreak, jednak bardzo szybko odbiłem się od tej gry. Mimo że twórcy Outbreak wprowadzili możliwość wspólnego grania w kooperacji, nie uratowało to tego przeciętnego tytułu.

„Great, a chainsaw.”

Podupadającą markę postanowił ratować Shinji Mikami, ojciec RE. W roku 2005 dał światu czwartą część serii, która wprawiła wszystkich w osłupienie. Zrezygnowano ze statycznych kamer przechodząc w tryb TPP, nacisk z survival horroru przeniesiono na akcję, a przedstawione wydarzenia nie działy się już w USA, jak wszystkie poprzednie gry z serii, ale w Hiszpanii. Najbardziej rzucającą się w oczy zmianą było jednak zastąpienie sztandarowego dla Resident Evil żywego trupa innym rodzajem przeciwnika – zainfewkowani Uroburos, mimo że przywoływali na myśl zombie, byli zupełnie czymś innym. Gracze wszystkie te zmiany przyjęli z otwartymi rękoma – powiew świeżości okazał się strzałem w dziesiątkę. Gra sprzedała się wyśmienicie, a Capcom (wydawca serii) nie tylko wrócił do łask fanów, ale zyskał całą rzeszę nowych.

 

01

 

Resident Evil 4 wspominam jako najlepszą grę, w jaką grałem na Playstation 2 i jedną z najlepszych gier akcji tamtych lat. Mimo że brakowało mi w niej standardowych zombie, to grało się wyśmienicie. Odejście od konwencji horroru pozwoliło skoncentrować się na akcji i podziwianiu scenerii. Połączenie tych dwóch elementów – walki oraz ciekawych lokacji, które przemierzał protagonista gry Leon Kennedy, zaowocowało elektryzującą przygodą w mrocznym, szalonym miejscu, o którym reszta świata zapomniała. Mimo małej ilości straszenia, gra potrafiła wywołać efekt wyobcowania i zaszczucia. RE4 to gra akcji, ale bardzo klimatyczna, wiele scen z tej gry zostało ze mną na długo. Z gry zniknęły właściwe dla serii trudne zagadki logiczne – zwiększenie nacisku na walkę i odejście od straszenia na pewno zdecydowały o wzroście zainteresowania tym tytułem, chociaż zatwardziali fanboje obrazili się nie na żarty.

Mimo wszystko, kiedy gra ukazała się w 2005 roku, konkurencja pokazała światu takie tytuły jak Splinter Cell: Chaos Theory, Prince of Persia: The Two Thrones, czy God of War. Przy nich RE4 wypadał topornie, a sterowanie było mało wygodne. Dziwiły też rozwiązania w stylu braku możliwości poruszania się podczas celowania i oddawania strzału. Mimo że charakterystyczna dla serii, ta mechanika zalatywała archaizmem.

„Have fun watching Jill suffer.”

Po „czwórce” Shinji Mikami odszedł z Capcom, ale firma postanowiła wykorzystać sukces jego produkcji i stworzyła Resident Evil 5, w której jedyną nowością był tryb kooperacji. Ten ficzer w połączeniu z wyśmienitą grafiką wywołał histerię – świat znowu zwariował, sprzedały się miliony kopii, a recenzenci chwalili tytuł…

Tylko mnie „piątka” wcale tak nie zachwyciła – sama grafika to jednak nie wszystko. Ukończyłem grę dwukrotnie, ale nieszczególnie dobrze ją wspominam. RE5 było równie toporne jak RE4, sterowanie sprawiało wiele problemów, a pociągnięty z czwórki wątek wiruso-pasożytów nudził, tak samo jak nudzili przeciwnicy (w tym żywcem wyjęty z poprzedniej częśći przyjemniaczek z piłą łańcuchową, który niejednemu spędzał sen z powiek). Ładniejsza kopia poprzedniej części nie miała też tego klimatu co przygoda Leona, mimo że Chris Redfield i Sheva przemierzali w „piątce” ciekawe, mogłoby się zdawać, rejony Afryki. Faktem jest, że tryb kooperacji dodawał skrzydeł grze. Od tego momentu zawitał do serii na stałe i stał się jej najmocniejszym elementem. Nic tak nie bawi jak wspólne granie.

 

02

 

RE5 potwierdził nowy kierunek wytyczony przez serię – Zło Wcielone (niezależnie od tego co powie Wam Internet, to ja mówię, że tak powinno się ten tytuł tłumaczyć) stało się grą akcji z elementami QTE, przepełnioną scenami gore, ohydnymi przeciwnikami i wielkimi bossami. Całość, okraszona bezsensownym scenariuszem nasyconym japońskimi dziwactwami, jest bardzo charakterystycznym tworem, który wyróżnia się na tle innych produkcji. Szczerze mówiąc, nieszczególnie przepadam za tymi wszystkimi japońskimi wstrzykami, ale o dziwo nie przeszkadzają mi one w Resident Evil. Ta mieszanka, równie dziwaczna, co miodna, przypadła mi strasznie do gustu.

„More games?”

Po „piątce” Capcom uznał wreszcie, że powinno się unowocześnić serię. Resident Evil 6 to zmienione sterowanie, nowy system walki, możliwość strzelania i poruszania się w tym samym momencie (ha!), przy jednoczesnym zachowaniu odpowiedniego feelingu – to nadal Zło Wcielone, ale o wiele mniej toporne i o wiele bardziej miodne. Mimo że oceny krytyków oraz opinie fanów mogą sugerować co innego, statystki nie kłamią – RE6 stał się jedną z najlepiej sprzedających się gier w historii firmy Capcom. Nie ma się czemu dziwić, bo to naprawdę solidny kawał rzemieślniczej roboty. Tytuł oferuje trzy kooperacyjne kampanie, których wątki się przeplatają, co owocuje łącznie szóstką bohaterów do pokierowania. W puli grywalnych postaci są ikony takie jak Leon Kennedy i Chris Redfield, a w bonusowej kampanii, jako siódma grywalna postać, pojawia się Ada Wong. Dla fanów taka plejada znanych twarzy to nie lada gratka.

Dla osób nieobeznanych z serią „szóstka” to okazja do wejścia w ten dziwaczny świat, w którym złowrogie korporacje co i rusz opracowują nowe wirusy i testują je na ludziach, a międzynarodowe organizacje (np. BSAA – Bio-terrorism Security Assessment Alliance, czujecie tą nazwę?) próbują opanować rozpętane piekło. Nikogo tu nie dziwi, że zawsze ta sama garstka agentów ma niefart i trafia w sam środek wydarzeń (jakżeby inaczej), bo dzięki temu gracze mogą pokierować swoimi ulubionymi bohaterami w bezpretensjonalnej młótce potworów. Nikt tu nie zastanawia się głebiej nad sensem fabuły, bo go nie ma. Dogmatyczne podejście do tematu zombie i strzelania im w głowę nie ma w RE zastosowania, a na porządku dziennym są różnego rodzaju przerośnięte robale, mutanty i dziwaczne hybrydy. Wspomniałem już, że jest kooperacja, prawda? To czego więcej chcieć od growego  odpowiednika kina akcji klasy B?

 

03

 

RE6 to moja ulubiona część i polecić ją mogę fanom zarówno akcji jak i survival horroru, choć tego drugiego nadal jest tu jak na lekarstwo (ale przynajmniej bywa klimatycznie). Ilość contentu jaką zapewnia gra (trzy kampanie, czwarta bonusowa, popularny tryb kooperacyjny „Mercenaries” oraz Agent Hunt, polegający na możliwości wejścia do rozgrywki innych graczy w skórze zombie) wystarczy na dziesiątki godzin zabawy, które dodatkowo przedłużyć mogą tryby multiplayer (niestety dostępne jako płatne DLC). Jeśli jeszcze nie graliście, powinniście to zrobić – a gdybyście szukali towarzysza do wspólnej kampanii lub pozostałych trybów, zgłaszam się na ochotnika. Znajdziecie mnie na fejsbukowej grupie Rozgrywki.

„Yeah, I was almost a Claire sandwich.”

Wielu starych wyjadaczy powie, że nowe odsłony serii to jednak nie to samo. Tak i nie. Wspomnienia zawsze dobrze wyglądają we wspomnieniach. Powrót do gry z dzieciństwa bardzo często okazuje się bezlitosnym zderzeniem z postępem czasu. Nie inaczej jest w przypadku Resident Evil. Edycja HD części czwartej, wydana w zeszłym roku, pokazała, że w ciągu tych 9 lat od premiery oryginalnej wersji, gry zmieniły się diametralnie i proponowany tu model rozgrywki stał się archaiczny, a przecież to nie jest wcale bardzo stara gra. Nie pomogło podbicie grafiki do pełnego HD, ani lepsze tekstury, które wcale dużo lepiej odpicowane nie są. Tytuł ograli na nowo tylko zatwardziali weterani serii. Inni, nawet jeśli kupili, szybko się od niej odbili. Mi to zajęło równo 10 minut.

Z kolei w styczniu tego roku pojawił się remaster rimejku (ha!) pierwszego Resident Evil, czyli bardzo oryginalnie nazwany Resident Evil HD. Stara gwardia zawyła z zachwytu i rzuciła się na wspomnienie swojego dzieciństwa (choć znam takich ananasów, co wolą ograć tytuł jeszcze raz na konsoli GameCube zamiast sięgać po edycję HD). Podbicie rozdziałki, wyostrzone tła i nieco lepsze tekstury to mało, ale całe szczęście dodano tu alternatywne sterowanie, bez którego granie byłoby mordęgą (zatwardziali fani używający oryginalnego systemu sterowania są chyba masochistami). Pierwszy Residentlegendarny tytuł, który zaczął całe to wariactwo, wrócił na scenę i wywołał łzy wzruszenia. Nie trwało to jednak długo…. Wzruszenie ustępiło miejsca irytacji, kiedy gracze uświadomili sobie, jak trudna i żmudna jest wędrówka przez korytarze starej rezydencji. Bez poradnika nie ma co nawet próbować. „Logiczne zagadki”, których tak bardzo brakuje w nowych odsłonach, wcale takie logiczne nie są, zaś ograniczenia ekwipunku i archaiczne rozwiązania powodują, że przekleństwa same cisną się na usta. Komentarz w wielu graczy jest taki sam: „Bez walktrhough bym tego nigdy nie przeszedł”. Ja na pewno powrócę do starej rezydencji nieopodal Raccoon City, ale dla klimatu – ten nadal jest gęsty.

 

04

 

A więc, czy stare oznacza lepsze? Niekoniecznie, zwłaszcza jeśli czasu na granie brakuje. Pauzowanie gry co 10 minut w celu zerknięcia do poradnika nie jest niczym rajcującym. Jest jednak gra, która umiejętnie łączy straszenie i zagadki (chociaż niezbyt wymagające) z akcją – chodzi mi naturalnie o Resident Evil Revelations, najnowszy spin-off stale rozrastającej się rodziny Wcielonego Zła. Pierwsza część okrzyknięta przez fanów dużym krokiem w stronę korzeni serii, nie przypadła mi zbytnio do gustu. Gra ma klimat, ale przeciwnicy to nie porozumienie (ślimako-rybo-zombie), a mechanika rozgrywki nie porywa.

Za to „dwójka” to zupełnia inna bajka. Resident Evil: Revelations 2 mogę z pełną odpowiedzialnością polecić fanom survival horrorów. Jest dość strasznie, klimatycznie, scenariusz jest tylko trochę idiotyczny, a rozgrywka tylko odrobinę toporna – to się już chyba nie zmieni w Resident Evil. A poza tym? Poza tym jest podzielona na odcinki kampania z czterema grywalnymi postaciami, system walki przybliżony do tego najlepszego, z RE6, chociaż nie tak dynamiczny. Być może twórcy ograniczyli ruchliwość bohaterów, żeby oddać lepiej klimat? A może po prostu znowu kombinują z konwencją?

Resident Evil: Revelations 2 to także rozbudowany tryb Raid, pozwalający bawić się jeszcze przez wiele godzin po ukończeniu kampanii. Gra kosztuje stosunkowo niedużo, ale Steam zalewają DLC w postaci możliwości kupienia dodatkowego życia w trybie Raid lub kretyńskich kostiumów dla bohaterów za 10 euro! Popularność takich DLC bardzo dziwi, ale skoro są one w ofercie, to ktoś je musi kupować prawda? To przecież zrozumiałe, jak można się obejść bez dodatkowych 72 slotów na broń w trybie Raid. Kosztują one tylko 2 euro… Najbardziej jednak dziwi mnie (a raczej wkurwia) decyzja twórców o wycięciu kooperacji z wersji PC – zarówno tej online jak i kanapowej na podzielonym ekranie. W serii nastawionej na wspólne granie taki zabieg jest nie do wybaczenia. Zwłaszcza, że gracze konsolowi otrzymali możliwość rozegrania kampanii oraz misji w Raid na podzielonym ekranie. Czyżby kooperacja na PC miała wyjść w postaci płatnego DLC? Jest jeszcze kwestia audiowizualna. RER2 to naprawdę porządna gierka, tylko czemu taka brzydka? To zdecydowany krok wstecz względem RE6, stworzone przez tego samego developera, na tym samym silniku. Chyba muszę się przyzwyczaić, że z Wcielone Zło to zawsze dwa kroki wprzód i jeden wstecz, jak w tańcu.

PS. Na horyzoncie majaczy już Resident Evil 7. Jest szansa, że pojawi się jeszcze w 2015 roku. Ja czekam bardzo, a tymczasem wracam do Revelations 2.