Prez Start #43 – W 2017 roku to było!

Branża growa pędzi w takim tempie, że podsumowanie roku 2017, opublikowane na początku lutego 2018, być może już nikogo nie zainteresuje, ale postanowiłem je i tak napisać – bo mogę. Jestem zaskoczony jak wiele dobrych gier ukazało się w przeciągu tych dwunastu miesięcy zeszłego roku i jak wiele z nich wzięło mnie zupełnie z zaskoczenia.

Gracze to malkontenci, którym od dobrobytu poprzewracało się w… padach. Teraz to już nie robi się dobrych gier, kiedyś to było lepiej i tak dalej. Guzik prawda. Teraz robi się wspaniałe gry, często dużo lepsze od tych, które wynieśliśmy na piedestał lata temu, kiedy byliśmy młodzi i każda nowa produkcja oznaczała jakiś powiew świeżości, dostarczała jakiś efekt wow! W moim życiu gracza widziałem już wiele, a jako recenzent podchodzę do każdej produkcji o wiele bardziej krytycznie niż przeciętny gracz, co często mylone jest zresztą z narzekaniem. Tymczasem gry nadal potrafią wywołać u mnie efekt wow, zaskoczyć czymś świeżym, czy po prostu dać masę radości podczas grania, nawet jeśli jest to enta odsłona popularnej serii, którą modnie jest krytykować (podpowiedź: strzela się tam lewym myszkiem lup prawym triggerem na padzie).

Bawią mnie zarzuty o marudzenie, kiedy więcej gier sprawiło mi w tym roku radość, niż zawiodło. Cieszę się również, że dałem szansę produkcjom, po które zazwyczaj nie sięgałem, czy wręcz omijałem z daleka. Dzięki temu w roku 2017 mogłem wyjść z własnej strefy growego komfortu i sięgnąć po zupełnie nowe doświadczenia. Kolejna niespodzianka – bardzo dużo głośnych tytułów zeszłego roku kompletnie przeszło mi koło nosa. Nie miałem czasu ich nawet na chwilę odpalić, a przecież ja gram bardzo dużo. To oznacza, że dobrych gier było więcej niż zatrzęsienie. Czekają na mnie m.in. Cuphead, Uncharted: The Lost Legacy, Forza Motorsport 7, Little Nightmares, Outcast – Second Contact, czy Nioh – lista jest długa.

Rok horrorów

Uwielbiam dobre horrory i w 2017 roku dostałem aż trzy naprawdę świetne! Triumfalny powrót serii Resident Evil w nowej odsłonie, okazał się niebywale miłym zaskoczeniem. Chociaż na początku nie byłem przekonany do zmiany perspektywy, którą zaoferował RE7, to szybko zrozumiałem, ile dobra ona oferuje. Widok z pierwszej osoby to powiew świeżości i pierwsza duża zmiana od czasu RE4. Eksploracja obserwowana z oczu głównego bohatera pozwala na zupełnie nowe przedstawienie akcji i gra dzięki temu jest dużo straszniejsza niż poprzedniczki. Otrzymujemy efekt grozy, którego ostatni raz w Resident Evil doświadczyć mogliśmy przy okazji premiery pierwszej odsłony w roku 1996. Ale RE7 to nadal gra akcji, nie zostajemy więc skazani tylko na skradanie się i ucieczkę, co ostatnio było bardzo popularne w grach tego typu, a czego ja osobiście nie lubię w horrorach – wymuszenie braku możliwości obrony przed przeciwnikami ma powodować uczucie większego zasczucia, ale w rzeczywistości jest po prostu sztuczne (kto się nie broni, kiedy jest przyparty do muru) i uprzykrza rozgrywkę. RE7 oferuje zupełnie nową fabułę i przeciwników, ale jednocześnie nie zrywa z tradycjami serii. Smaczków i nawiązań do poprzednich części jest tu zatrzęsienie. Wraz z przepustką sezonową i darmowym dodatkiem Not A Hero, otrzymujemy bardzo różnorodną i rozbudowaną odsłonę serii, która wystarczy na wiele godzin zabawy. Warto zagrać chociażby po to, żeby usłyszeć jak Jack Baker mówi: Oh boy, now look what you’ve done, Motherfucker!

Mimo że, tak ja napisałem, lubię horrory, to nie jestem w stanie grać w niektóre tytuły. Jedne produkcje ogrywam ze słuchawkami na uszach, przy zgaszonym świetle, a przy innych za bardzo się boję. Dlaczego tak jest? Nie mam pojęcia. Outlast, podobnie jak Amnesia, był dla mnie zbyt przerażający. Tymczasem zeszłoroczny sequel, czyli Outlast II, zaskoczył mnie pod tym względem. Chociaż równie mroczny i szalony, wydał mi się mniej straszny, dzięki czemu mogłem go przetestować i okazało się, że bawiłem się świetnie, mimo że w tej grze nie można walczyć. Być może pomogła zmiana settingu. Outlast II przypominał klimatem wspomnianego wyżej RE7 i pierwsze The Evil Within. Zapuszczone wsie amerykańskiego południa mają coś w sobie, prawda? Na koniec nie omieszkam wspomnieć o The Evil Within 2, który również jest bardzo dobrym horrorem i jedną z najlepszych gier, w jakie grałem w 2017 roku. Pod wieloma względami poprawiony w stosunku do pierwowzoru, cofa się jednak o krok wstecz pod kątem straszenia i dziwactw, które oferuje. Do normalnej gry oczywiście mu daleko i #wszystkiegobojącysię Cooldan nie ma czego tu szukać, ale zabrakło mi tu trochę pouczucia absolutnej grozy i zagubienia z jedynki.

Rok bijatyk

Bijatyki towarzyszyły mi od dziecka, ale nigdy nie byłem ich specjalnym entuzjastą i granie w nie traktowałem raczej jako socjalną rozrywkę – jak każdy dzieciak, spędziłem godziny przy Mortalach, okładając się z kolegami na jednej klawiaturze. Mortal Kombat X obudził we mnie miłość do tego gatunku i liznąłem od tego czasu kilka gier o biciu się po mordach. Jednak w 2017 roku naprawdę je pokochałem za sprawą Tekken 7 – gry, której nie chciałem na początku nawet dotknąć palcem. Jak cholernie dobra jest to bijatyka, możecie posłuchać w Rozgrywka #138 – Zemsta Stalina. Tekken 7 zainspirował mnie do powrotu do Killer Instinct i Dead or Alive 5: Last Round. Sięgnąłem też po dużo starszego Virtuda Fighter 5: Final Showdown – wspaniała bijatyka. Dałem nawet szansę Marvel vs. Capcom: Infinite, które, poodbnie jak Cooldanowi, z samego założenia wydawało mi się durne, a jednak bawiłem się przy tej grze wyjątkowo dobrze. Największym zawodem był dla mnie Injustice 2 – kampanię przeszedłem, kilka razy pograłem z kolegami, ale jakoś mnie do powrotu nie ciągnie. Sporo tych bijatyk jak na jeden rok – świetnie się przy nich bawiłem. Być może teraz wyjdę ze swojej strefy komfortu jeszcze bardziej i spróbuję Dragon Ball FighterZ, kto wie?

Rok VR

Nie byłem przekonany do technologii VR, dopóki w moje ręce nie trafił wypożyczony od polskiego studia Anshar – twórców Detached – zestaw Oculus Rift. W 2017 wyszło bardzo dużo dobrych gier przygotowanych z myślą o wirtualnej rzeczywistości. Cieszy mnie fakt, że popularność tej technologii jest na tyle duża, że opracowuje się nowe rozwiązania i sprzęt, a także tworzy coraz więcej gier. Dwa tygodnie z garnkiem na głowie były niesamowitym przeżyciem – od celowniczków w stylu Robo Recall, do symulatorów samochodowych, każda gra była wyjątkowym przeżyciem. Dzięki VR z zaskoczeniem odkryłem w sobie miłość do realistycznych samochodówek. Najwięcej czasu w VR spędziłem ze świetnym DiRT Rally i genialnym Project Cars 2. Gram w nie do dzisiaj, niestety już nie w VR. Czekam na więcej. Rezygnacja z poruszania się skokowego i przejście do płynnego poruszania się, przy użyciu dwóch grzybków, cieszy najbardziej. To, co zobaczyłem podczas grania w betę From Other Suns, do dzisiaj nie daje mi spokoju – to będzie przyszłość gier multiplayer, zobaczycie! Mam nadzieję, że Sea of Thieves też trafi do VR, bo z pewnością na to zasługuje. Jeśli temat VR Was interesuje, koniecznie posłuchajcie Specjał Rozgrywki – VR.

Rok otwartych światów

Jak dotąd nie przekonały mnie do siebie gry z otwartym światem, zwłaszcza te nastawione na eksplorację, zbieractwo i crafting. Jednak w zeszłym roku ze zdziwieniem odkryłem, że nauczyłem się grać w produkcje open-world i czerpać z tego wiele radości. Po pierwsze, odrzuciłem kompletnie pomysł wykonywania większości zadań pobocznych i powtarzalnych aktywności. Czyszczenie mapy nie jest dla mnie, ponieważ nie mam na to ani czasu, ani ochoty. Postanowiłem więc skupiać się na wątku głównym w każdej testowanej przeze mnie produkcji tego typu. Wszystko zaczęło się od Horizon: Zero Dawn, które oczarowało mnie pomysłem na siebie, systemem skradania i walki, a przede wszystkim fabułą i światem przedstawionym. To było naprawdę wspaniałe doświadczenie i cieszę się, że nadal czeka na mnie dodatek The Frozen Wilds. Z przyjemnością wróciłem też do serii Assassin’s CreedOrigins to pod każdym względem wspaniała produkcja. Nareszcie ktoś zrozumiał, że aktywności pobocznych nie trzeba podsuwać graczom pod nos. Dzięki temu mogłem skupić się na wątku głównym i nie przymuszany do ich wykonywania, z zaskoczeniem odkryłem, że zadania poboczne są tu tak ciekawe i rozbudowane, że wreszcie warto się nimi zainteresować. No i ten świat gry, coś wspaniałego.

A skoro już przy otwartych światach jesteśmy, to pozwolę sobie wspomnieć o grze niezupełnie z innej beczki, bo chociaż różniącej się mocno od wymienionych przeze mnie powyżej tytułów, to jednak będącej grą z otwartym światem. I to jakim! Tom Clancy’s Ghost Recon: Wildlands ma jeden z najpiękniejszych wykreowanych światów, jakie kiedykolwiek widziałem w grze. Do dzisiaj nie mogę się zdecydować, która produkcja ma piękniejsze widoki – ACO, czy Wildlands. I owszem, nie jest to najbardziej różnorodny sandboks na świecie, ani typowy Ghost Recon. Nie jest to też najlepsza dostępna na rynku skradanka. Ale cholera, jaka to jest dobra gra akcji… Do dziś grywamy w to regularnie z ekipą, a nowych graczy przybywa – Ubisoft we właściwy sobie sposób rozwija stale grę i oferuje mnóstwo nowych rzeczy za darmo (tryb PvP Ghost War, event z Predatorem). Na ogranie czeka jeszcze Season Pass, który podobnie jak The Frozen Wilds, wskoczył na listę oczekujących. I wiecie co? Nie mogę się doczekać! Zachęcam do posłuchania Specjał Rozgrywki – Ghost Recon.

Rok Zeldy

Największe zaskoczenie od lat. Zelda. Nintendo. Moje GOTY 2017. Cóż mogę powiedzieć? Zakochałem się w tej grze. O The Legend of Zelda: Breath of the Wild powiedziano i napisano już chyba wszystko, co się dało. Dla mnie osobiście obcowanie z grą było szczególne na dwóch płasczyznach – to pierwsza gra z serii, z którą miałem okazję spędzić więcej czasu, a także pierwsza gra, którą ograłem na konsoli Nintendo Switch. Dlaczego to jest takie ważne? Bo nie lubię grania mobilnego. Granie na komórce mnie odrzuca, w wannie wolę poczytać książkę, a w podróży posłuchać muzyki. Tymczasem w Zeldę większość czasu grałem właśnie mobilnie i doceniłem taką możliwość, bo Switch robi to naprawdę dobrze. Natomiast granie na joyconach trzymanych w rękach jest mniej wygodne ze względu na ich mały rozmiar. O przystawce popularnie nazywanej pieskiem nawet nie wspomnę, bo to już kompletne nieporozumienie. Półtora miesiąca spędzone ze Switchem utwierdziło mnie tylko w przekonaniu, że ta konsola nie jest dla mnie. Inne eksluzywne produkcje Nintendo po prostu mnie nie bawią, a reszta gier to indyki od lat dostępne na Steamie. Tudno, nie wszystko musi być dla mnie. Ale i tak cieszę się niesamowicie, że mogłem zagrać w nową Zeldę – jeżeli checie posłuchać więcej o moich odczuciach, zapraszam do Rozgrywka #149 – Przedłużony o 3 sekundy, gdzie mówię pokrótce o moich trzech ulubionych grach roku (Tom Clancy’s Ghost Recon: Wildlands, Resident Evil 7, The Legend of Zelda: Breath of the Wild) oraz Rozgrywka #150 – Kłesty pełne ikspeków, gdzie szczegółowo omawiam Zeldę.

I to by było na tyle. Jestem bardzo ciekaw jakie gry Wam przypadły najbardziej do gustu w 2017 roku – napiszcie o nich w komentarzach!

PS. Dziękuję z całego serca Szymonowi Cisakowi, który pożyczył mi swoją konsolę Nintendo Switch. To dzięki niemu mogłem doświadczyć tej wspaniałej przygody, jaką okazała się najnowsza Zelda.

  • Adrian Kornaś

    świetny tekst Grzechu!

    • Prez

      Dziękuję.

  • Lukas Dorosz

    Świetny teks, zgadzam się najbardziej z poprzewracaniem się graczom z padach. Gry wychodzą wspaniałe i tak wiele wartych ogrania że normalny pracujący człowiek nie ma jak tego ograć. VR to przyszłość dla wielu form grania i bardzo mu kibicuję. Zelda gra roku, nie ma innej opcji, choć niewiele gier ograłem to z doświadczenia wiem że nic nie zbliży się do tego tytułu. To był cudowny rok, a czekają nas kolejne !

  • Paweł Szymański

    Lajk dla Preza w ciemno. Nie czytałem bo za długie

    • Prez

      To chociaż Dobranocki pooglądaj 😉

  • b_one

    Czekam na ten podcast z nadzieja na dobre sluchanie o Zeldzie.