PREZ START #31 – Star Wars: Battlefront

Star Wars to moja ukochana marka, która jest ze mną w zasadzie od dziecka i której, jako fanboj, poświęciłem niezliczone ilości czasu. Filmy, książki, komiksy i wreszcie gry – nie było w popkulturze innej serii, która pochłonęłaby mnie tak mocno jak odległa galaktyka George’a Lucasa. Jest cała masa lepszego science-fiction, jest dużo lepszych filmów przygodowych, czy wreszcie – jest morze ciekawszych scenariuszy filmowych i lepiej napisanych dialogów. A mimo wszystko, filmowa saga o rodzie Skywalkerów łączy umiejętnie wszystkie elementy układanki (bohaterowie, scenografia, klimat, muzyka) tworząc idealną kosmiczną operę mydlaną.

Jak łatwo się domyślić, Star Wars to pole do popisu dla twórców gier wideo. Od ponad 30 lat powstają tytuły oparte na tej licencji i wiele z nich to już dzisiaj ponadczasowa klasyka. Niestety ostatnio trudno było o dobrą grę z odległej galaktyki… Na Battlefront od studia DICE czekałem od dawna, bo w poprzednie części, tworzone jeszcze przez Pandemic, nie miałem okazji pograć za czasów ich świetności, a obecnie dość już się one postarzały i niewiele osób nadal gra. Kiedy beta Star Wars: Battlefront ruszyła na początku października, byłem bardzo sceptyczny, co zresztą oznajmiłem na podcaście.

 

 

DAWNO TEMU W ODLEGŁEJ GALAKTYCE

Jakże pozytywne zaskoczenie czekało na mnie, kiedy do moich rąk trafiła pełna wersja produkcji! Oferowane w becie tryby Atak AT-AT oraz Strefa Zrzutu okazały się tylko wierzchołkiem góry lodowej – w Star Wars: Battlefront trybów jest tak wiele, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. Na pierwszy ogień poszły zadania z samouczka. Rozsiadłem się wygodnie, odpaliłem pierwszą misję o nazwie Kanion Żebraka i… o mało nie popłakałem się ze wzruszenia. Zapomniałem, jak bardzo kocham Gwiezdne Wojny. Oto zasiadłem za sterami X-Winga i leciałem nad piaskami Tatooine, a do moich uszu docierała znana mi muzyka, dźwięki i piski. Zresztą, co tam dźwięki – JAK TO WYGLĄDA!

Patrol X-Wingów zakończył się starciem z Imperialnym Szwadronem, a gwizdom droidów, laserowym pew pew pew oraz wybuchom nie było końca… Chociaż tak naprawdę to koniec nastąpił dość szybko, więc zagrałem jeszcze raz, potem jeszcze raz. Przypomniałem sobie genialne Rogue Squadron i z uśmiechem na gębie uświadomiłem sobie, że oto znowu jestem w Gwiezdnych Wojnach. Immersja nastąpiła momentalnie za sprawą oprawy audiowizualnej na najwyższym poziomie. Tu nawet nie chodzi o jakość grafiki, ale o design, przywiązanie do szczegółów, rekwizyty, czy wreszcie dźwięki wzięte z filmowej sagi. A przecież to dopiero pierwsze zadanie treningowe.

W drugiej misji zasiadłem za sterami 74-Z Speeder Bike. W perspektywie pierwszoosobowej. W lasach na planecie Endor. Pamiętacie, jak pisałem w poprzednim akapicie, że znowu byłem w Gwiezdnych Wojnach? No to teraz byłem tam jeszcze bardziej – co to za uczucie, kiedy pędzisz między ogromnymi drzewami, ścigając rebelianckie szuje. Nie do opisania. Moim zachwytom nie było końca – takiej immersji nie czułem w żadnej grze na licencji. Nigdy. Problem z misjami wprowadzającymi jest jednak taki, że jest ich tylko pięć i są krótkie. Nawet opcja przejścia ich z drugim graczem nie pomaga – po osiągnięciu wszystkich celów i zdobyciu kompletu gwiazdek zabawa na dobrą sprawę się kończy.

RAZEM Z DRUGIM GRACZEM

Ale przecież to tylko samouczek… A jak już przy kooperacji jesteśmy, to Battlefront oferuje dwa jej tryby (dla dwóch osób). Pierwszy z nich to versus, w którym stajemy przeciwko sobie w walce żołnierzy lub walce bohaterów. Sterowane przez graczy postaci (rebeliant / szturmowiec lub bohater / złoczyńca) mają za zadanie pokonać jak największą ilość botów przeciwnej drużyny (całkiem wymagających na wyższych poziomach trudności) i zbierać wypadające z nich odznaki, za które dostaje się punkty potrzebne do zwycięstwa. Rozgrywka niczym w popularnym trybie Kill Confirmed z Kolodudi. Jest też możliwość rozegrania meczu bez botów, co daje radochę zwłaszcza podczas grania bohaterami – wtedy możemy poczuć się jak w sieciowych pojedynkach z Jedi Knight.

Drugi tryb w kooperacji to horda, podczas której w duecie zmierzymy się z kolejnymi falami wojsk Imperium, broniąc spadających kapsuł i pokonując coraz to silniejsze jednostki wroga. Tutaj Moc jest również silna, bo starcia na przepięknych mapach oferują masę frajdy, chociaż nie są to starcia do końca przemyślane. Poza zdobywaniem kapsuł, brakuje tu innych zadań, a wróg, zwłaszcza na normalnym poziomie trudności, potrafi zgubić się na mapie i wtedy czeka nas szukanie ostatniego szturmowca, który krąży gdzieś wśród drzew-domów Ewoków. Wszystkie opisane tryby rozegrać można w kooperacji online, kooperacji kanapowej na podzielonym ekranie (niestety tylko na konsolach), a także w pojedynkę – to właśnie z trybu pojedynczego liczony jest czas oraz gwiazdki za każde z zadań.

Tryby dla dwóch osób odsłaniają największy niedosyt, jaki płynie z rozgrywki w Star Wars: Battlefront – ta gra aż prosi się o bardziej rozbudowane zadania kooperacyjne, że o kooperacyjnej kampanii już nie wspomnę! Na nią raczej nie ma co liczyć, pozostaje więc trzymać kciuki, żeby twórcy wysłuchali błagań graczy i w nadchodzących rozszerzeniach zaoferowali bardziej rozbudowane misje kooperacyjne – może przypominające odrobinę te z Battlefield 3, kto wie? Tego wam oraz sobie życzę i niech Moc… A nie, przecież to dopiero początek!

 

 

STARCIA NA MASOWĄ SKALĘ

Battlefront to gra sieciowa, nastawiona na rozgrywkę wieloosobową. W tym wypadku maksymalna ilość graczy jest mniejsza niż w Bitwypolu i ogranicza się do 40 osób, ale to świetne rozwiązanie – mapy i tryby gry przemyślane są tak, że jest to optymalna liczba. Zresztą nie zawsze bawimy się w tak dużym gronie, ponieważ trybów jest tu zatrzęsienie i dzielą się one na „mniejsze” i „większe”, z czego zdecydowanie o wiele lepiej wypadają te bardziej kameralne. Ale po kolei…

Największy i najbardziej charakterystyczny tryb, czyli Atak AT-AT, oferujący rozmach oraz dużą ilość pojazdów, niewiele zmienił się od bety. Nadal jest to bardzo chaotyczna rozgrywka, w której ciężko o kontrolę nad tym, co dzieje się wokoło, i w którym losowość, a także brak odpowiedniej komunikacji z drużyną, powodują, że hardkorowi gracze odbiją się od niego z hukiem. Brak klas nie jest tu jednak żadnym problemem, a losowość znajdziek też nie przeszkadza, ponieważ swoją postać możemy odpowiednio przygotować za pomocą tzw. kart, dzięki którym zabierzemy ze sobą na bitwę granaty, wyrzutnie rakiet, jetpacki, etc. Te zdolności, kupowane za zdobywane podczas rozgrywek kredyty, możemy odpowiednio dobierać tak, żeby pasowały do danego trybu gry. Losowe znajdźki to z kolei mocniejszy ekwipunek i przede wszystkim możliwość polatania Tie Fighterem lub pokierowania Bobą Fettem.

Brak formowania drużyn (można mieć tylko jednego partnera, przy którym się odradzamy) oraz jakichkolwiek komunikatów znanych z serii Battlefield też może przeszkadzać, ale tylko do momentu, kiedy przestawimy myślenie. Star Wars: Battlefront nigdy nie miał być nakładką na Bitwypole (wystarczy spojrzeć na los, jaki spotkał Hardline) i chwała twórcom za to, że nią nie jest! To gra bardziej casualowa, nastawiona na niedzielnego gracza, która pozwala na to, by wskoczyć do niej na godzinę lub dwie i bawić się dobrze bez trenowania co wieczór. Choć nie oznacza to wcale, że jest łatwo. Zwłaszcza kiedy natrafimy na wysoko rozwinięte postacie, które używają najlepszych blasterów.

 

 

Drugi tryb, Supremacja, to wariacja na temat rush z Bitwypola, znana od dawna jako War w Call of Duty: World at War, w której odbijamy po kolei punkt za punktem, tak aby przejąć wszystkie pięć. Przeciwnik stara się zrobić dokładnie to samo, przez co zabawa wygląda trochę jak przeciąganie liny – i dobrze, bo to zawsze jakiś powiew świeżości, a dzięki jasno określonym celom, nawet grając z losowymi ludźmi w online, będziemy dobrze się bawić. Starcia są tu mniej chaotyczne niż w Ataku AT-AT, zaś pojazdów jest mniej, ale wszystko wyważone jest tak, żeby mimo poczucia epickości starć, dało się ogarnąć, co dzieje się na ekranie.

Ostatni „duży” tryb to Eskadra, w którym wcielamy się w pilotów X-Wingów i Tie Fighterów, by brać udział w podniebnych walkach nad znanymi z filmów (choć nie tylko) lokacjami. Tryb, choć dość prosty w założeniach, jest niesamowicie wciągający i podkreśla różnorodność, jaką oferuje gra – każdy znajdzie tu coś dla siebie. Podczas latania akcję możemy obserwować zza myśliwca lub z kokpitu i choć model latania jest zręcznościowy, to oferuje na tyle dużo możliwości, że w podniebnych walkach można zatracić się na bardzo długo. Warto zaznaczyć, że w Eskadrze mierzymy się nie tylko z innymi graczami, ale też z myśliwcami sterowanymi przez boty – rozwiązanie podobne do tego z Titanfall, pozwala poczuć się asem przestworzy nawet wtedy, kiedy nie idzie nam w pojedynkach z żywym przeciwnikiem.

Podczas grania na PC warto mieć zawsze podpiętego pada, ponieważ sterowanie pojazdami za pomocą klawiaturstwa jest cholernie niewygodnie. Na szczęście pad nie gryzie się z klawiaturą i myszką, a jednym kliknięciem można przełączać się między nimi w trakcie grania.

 

starwarsbattlefront 2015-11-29 19-20-03-93

KAMERALNE POJEDYNKI W SAMYM SERCU IMPERIUM

Mi osobiście najbardziej do gustu przypadły kameralne tryby gry, w których przodują wariacje na temat standardowych trybów multiplayer, dobrze znanych z innych gier. Mamy tu więc dominację z przemieszczającymi się punktami (Pogoń za droidami), dzięki którym rozgrywka jest bardziej dynamiczna. Jest CTF (Ładunek), w którym musimy wykraść ładunek wybuchowy z bazy wroga i przenieść go do swojej – żeby nie było za łatwo, punktacja maleje jeśli wróg przechwyci naszą bombę, rozgrywka znowu przypomina więc przeciąganie liny – kto pierwszy dobije do 10 punktów, wygrywa.

Kolejny tryb to znana z bety Strefa Zrzutu, wariacja na temat King of the Hill, w której za zdobyty punkt otrzymujemy trzy losowe znajdźki. Te zresztą pojawiają się w wielu trybach i działają jak zwykłe power-upy. Możemy zdobyć m.in. automatyczne działko, minę zbliżeniową, czy wreszcie efektowny granat implozyjny, potrafiący zmieść z powierzchni wielu wrogów na raz. Potyczka to z kolei zwykłe starcie drużynowe dla 20 graczy – nic dodać, nic ująć. Pograć można, tylko po co?

Wisienką na torcie są tryby Łowy na bohatera oraz Bohaterowie i złoczyńcy. Małe, przeznaczone dla 8 graczy rozgrywki, oferują ogromną radochę i pozwalają poczuć się jak prawdziwy wymiatacz. W starciu bohaterów, poza postaciami sterowanymi przez ludzi, pojawiają się również boty, które masowo eksterminujemy wcielając się w bohaterów Rebelii (Luke, Leia, Han Solo) lub złoczyńców Imperium (Imperator, Darth Vader, Boba Fett). Zabawa polega na tym, żeby wyeliminować wielką trójkę przeciwnika (po jednym życiu dla każdego z graczy). Pokonany bohater może wcielić się w gwardzistę honorowego i wspierać pozostałych przy życiu herosów – gwardzista jest nieco mocniejszy od zwykłego żołnierza, ale nigdy tak potężny jak bohaterowie.

 

 

Polowanie na bohatera to tryb, który również sprawił mi masę frajdy. Spośród 8 graczy losowo wybierany jest ten, który wcieli się w postać specjalną. Zadaniem reszty jest dorwać takiego ananasa (w zależności od mapy walczymy albo jako Rebelianci albo jako Imperium) i zjechać jego punkty życia do zera. Gracz, który zada ostatni cios, sam wcieli się w jednego z wielkiej trójki (postać zmienia się po kolei rotacyjnie co śmierć). Tylko herosi otrzymują punkty za zabicia, a wygrywa ten z największą ich ilością pod koniec meczu. Nic nie bawi tak jak wcielenie się w Dartha Vadera i masakrowanie mieczem świetlnym rebelianckich szumowin w ciasnych korytarzach imperialnej bazy. Nic.

Podczas starć bohaterów gra się w perspektywie trzecioosobowej, ale warto zaznaczyć, że w każdym trybie można przełączyć kamerę z FPP na TPP i grać w takim widoku. Wielkie brawa należą sią twórcom za takie dopracowanie obu kamer, ponieważ czuć, że widok zza pleców nie jest tylko bajerem dorzuconym na ostatnią chwilę i gra się w nim równie dobrze, co w widoku podstawowym.

 

 

NIE ZNASZ POTĘGI CIEMNEJ STRONY MOCY

Kameralne tryby pozbawione są pojazdów i rozgrywają się na o wiele mniejszych mapach. Zaletą wszystkich tych lokacji jest ogromna dbałość o detale oraz klimat. Rozbity na Hoth myśliwiec Tie, małe roboty śmigające pomiędzy walczącymi żołnierzami, lodowe jaskinie pod powierzchnią planety, przepiękne strumyki w lasach Endoru, czy Sokół Millenium w dokach na Tatooine – czasami łapałem się na tym, że mimo latających nad głową strzałów pew pew pew z blastera, zatrzymywałem się tylko po to, żeby podziwiać mapki. Naprawdę jest na co patrzeć. Kiedy po raz pierwszy odpaliłem mapę na Endorze, przez kilka minut podziwiałem korony ogromnych drzew.

Nie oznacza to, że większe mapy są gorsze – tam również nie brakuje smaczków, czuć również epickość produkcji. Tło nie jest tylko bitmapą, widać, że krajobraz ciągnie się hen daleko, a na niebie dzieją się efektowne rzeczy. Do atmosfery wlatują Imperialne Niszczyciele, roje myśliwców walczą ze sobą, rebelianckie transportowce próbują uciec z planety… Zresztą na powierzchni też można zaobserwować trochę ruchu – na Tatooine natrafimy czasem na uciekających w pośpiechu Jawów, na Endorze na Ewooki, uciekające przed walką lub obserwujące ją ze swoich drzew-domów. Na jednej mapie na Tatooine zaobserwować można start frachtowca, który stoi nieopodal miejsca akcji i niespodziewanie wzbija się do lotu. Jest klimatycznie.

 

 

Muzyka, dźwięki, grafika. Oprawa stoi na najwyższym poziomie i potrafi zapierać dech w piersiach. Wybuchy, tumany kurzu, laserowe strzały, i inne efekty cząsteczkowe to arcydzieło samo w sobie. Na PC gra w najwyższych ustawieniach na moim sprzęcie chodzi w 60 klatkach na sekundę i ani na moment wydajność nie spada. Za optymalizację należą się studiu DICE wielkie brawa, zwłaszcza, że dobrze znamy historię problemów z Batllefield 3 i 4, które łatane były na długo po premierze. Jedyny problem, jakiego doświadczyłem, dotyczył charczącego dźwięku. Szybko jednak udało się ten problem naprawić wybierając opcję „napraw grę” z pozycji Origin, a także przestawiając jakość dźwięku na słuchawki – jednak jest to obejście problemu, nie rozwiązanie. Liczę na to, że patch zlikwiduje tę niedogodność.

Jest jeszcze kwestia ilości map – na każdy tryb jest ich około 4, z czego większość się powtarza. Jednak gra, jako całość, to tak wybuchowa mieszanka, oferująca wiele różnych form zabawy, że czepianie się o ilość map jest trochę marudzeniem na wyrost – DICE poszło w tym wypadku na jakość, a nie ilość. Na pocieszenie pozostaje darmowe DLC, które całkiem przypadkiem doda przed samą premierą Epizodu VII nową planetę Jakku, dwie nowe mapki, a także dodatkowy tryb gry – to raczej zajebiście dużo jak na darmowe DLC.

Jaki jest Star Wars: Battlefront? Jest inny niż Bitwypole, ale to zaleta. Bardziej zręcznościowy, niekładący takiego nacisku na współpracę, ale jednak sieciowy. Do wspólnej zabawy wystarczy tylko jeden gracz, żeby wsiąknąć na bardzo długo. W kameralnych trybach już 3-4 graczy z komunikacją głosową może robić niestworzone rzeczy w każdym możliwym trybie multiplayer. Bo tak, Battlefront to nadal strzelanka online, ale nieco inna niż te oferowane przez konkurencję i jeśli szukasz zabawy dla samotnika, poszukaj jej w post scriptum. Jeśli przestawisz myślenie, przyzwyczaisz się do tego, że broń nie ma odrzutu, a pew pew pew z końca mapy może zdjąć cię niezwykle szybko (mimo zręcznościowej formy zabawy, warto uważać), to wsiąkniesz na długo. Niech moc będzie z Tobą!

PS. Star Wars: Battlefront pełnymi garściami czerpie z innych gier spod znaku odległej galaktyki, dzięki czemu oferuje mieszankę wybuchową, bedącą tak naprawdę wizytówką Gwiezdnych Wojen. Mam nieodparte wrażenie, że głównym celem było wzniecenie na nowo miłości do sagi w weteranach takich jak ja, a także zachęcenie nowych do zainteresowania się tematem. Za niecałe trzy tygodnie wchodzi przecież do kin Epizod VII. Jeśli interesujesz się grami Star Wars nastawionymi na pojedynczego gracza, które w dużej mierze wpłynęły na wygląd Battlefront’a, pograj w: Rogue Squadron, X-Wing: Alliance, Republic Commando i przede wszystkim serię Jedi Knight.

Grę otrzymaliśmy do recenzji od Electronic Arts Polska. 

  • Tomek Pieniak

    Jest to pierwsza gra „tylko multiplayer” którą kupiłem w życiu i nie żałuję. Tak jak piszesz, „Battlefront” to nie „Battlefield:Star Wars” i trochę nie rozumiem narzekań na to 🙂

    • Prez

      Ludzie narzekali, że to będzie nakładka na Bitwypole, a teraz, kiedy okazało się, że wcale nią nie jest, też narzekają. Cooldan nazywa to internetowym hive mind.

      • Tomek Pieniak

        Dokładnie. Ciągle wszystko źle. Tylko wydawcom ciągle hajs się zgadza 😉

        • Prez

          Problem polega na tym, że SW kochają wszyscy – fani CS, fani DUDI, fani LOLa. I każdy chciałby żeby ta gra pasowała akurat pod jego preferencje. Stąd smutki i żale. A wszystkim dogodzić się nie da. Na bank, gdyby gra była nakładką na Bitwypole, jęki byłyby równie głośne, tylko kto inny by marudził – gracz niedzielny. A to oni najwięcej teraz kupują i pod nich robi się gry.

  • sajet1

    Słuchając TotalBiscuit`a i czytając powyższy tekst, można spokojnie stwierdzić, ze gra nie jest dla wszystkich, ale fajnie ,że ma swoich odbiorców. Mój problem ze Star Wars`ami jest taki, że jak słyszę znane nuty, albo widzę Vadera to na wstępie morda mi się cieszy.

  • Razer

    Ludzie nie chcieli żadnego Battlefield: Star Wars. Chcieli Battlefronta. Były już dwie gry z tej serii, wyszły 10 lat temu, były rozbudowane i miodne, pełne zawartości, planet, map, postaci i pojazdów. Ludzie chcieli kolejnej takiej gry, i liczyli że skoro to kolejna część serii to tak będzie. A absolutnie tak nie jest, i stąd te narzekania.
    Na grę czekali przede wszystkim fani poprzednich części, fani serii. Poza nimi na grę czekali fani uniwersum SW, niezależnie od tego w jakie gry (i czy w ogóle) lubią grać. Z BFa2015 zadowolona jest tylko jedna grupa, bo okazało się że tylko do niej ta gra jest kierowana.
    Ja bardzo czekałem na ten tytuł, jestem fanem SW (nie fanatykiem, może gdybym był byłoby mi łatwiej) i jestem łasy na grafikę, ale po ograniu bety i kilku godzin pełnej wersji jestem straszliwie zawiedziony. Od czasów Fuel żadna gra mnie tak nie zawiodła.
    Chciałem napisać swoją recenzję, ale to jest takie przygnębiające że już mi się nawet nie chce. Wystarczy posłuchać krytycznych recenzji:

    • Razer
      • Prez

        Razer, wyczuwam piękną dyskusję w nadchodzącym odcinku!

        • Razer

          Nie będzie dyskusji to nie che mi się już gadać o tej grze, szkoda nerwów i czasu, szkoda życia.

          • Prez

            Czyżbyś dołączył do klubu „kiedyś to było lepiej” i szkoda, że moje ulubione gatunki gier to nie ulubione gatunki gier całego świata? 😉

          • Razer

            Nie, dołączyłem do klubu „gdyby nie licencja SW to nikt by się tą grą nie zachwycał”. Bo to słaba gra, tylko SW świetne.

          • Tomek Pieniak

            Oprócz Battlefront Renegade Squadron na PSP nie miałem styczności z innymi częściami, więc nie przeczę, że teraz jest w porównaniu do nich biednie. Tak jak Grzegorz odniosłem się do narzekań tych co myśleli, że będzie to nakładka na Battlefielda, chociaż nikt tego tak nie reklamował. Tak samo jak od początku było wiadomo, że to będzie tylko multi, więc obcinanie oceny za brak kampanii jak u Angry Joe’a uważam za nie do końca fair. Ja bawię się dobrze, ale raz, że na multi się nie znam, a dwa, że Season Pass w cenie gry czy najsilniejsze pistolety do kupienia za 10$ to mega słabe posunięcie.

          • Berserker

            podpisuje sie.

    • Razer
    • Razer
    • Razer
      • Frank

        SW:Battlefront = dying simulator 😀 …piękne

    • Razer
  • Berserker

    W sumie to Angry Joe podsumowal pieknie ta gre (wlasciwe to 1/2 gry bo reszta jest w DLC za $50) ale jest ogromna grupa ludzi ktora jest bardzo zadowolona i zmarnuje w niej full czasu i hajsu ale to normalne. Ja czekam na The Division bo fanem piu piu nie bylem-nie-jestem-i-nie-bede.