PREZ START #29 – Warhammer: End Times – Vermintide

Koniec świata zaczął się całkiem niewinnie. Wracając z patrolu wokół terenów przyległych do Ubersreik, postanowiłem zatrzymać się na kufel pitnego miodu w Karczmie pod Czerwonym Księżycem. Wypełniona zazwyczaj po brzegi speluna świeciła tym razem pustkami, podobnie jak ulice, które mnie do niej zaprowadziły. Miasto spało o tej porze, ale brak klientów w karczmie wzbudził moje podejrzenia. Jedynymi goścmi była osobliwa trójka, która szeptem dyskutowała w ciemnym kącie pomieszczenia.

Karczmarz nalał mi trunku i skinieniem głowy zasugerował, że powinienem zainteresować się prowadzoną w rogu rozmową. Przysiadłem więc dwa stoliki obok i nadstawiłem ucha. Osobliwa drużyna nie zareagowała, chociaż wyraźnie było widać, że podsłuchuję. Elfka, krasnolud i człowiek, którego ubiór sugerował, że jest łowcą czarownic, kontynuowali zaciekle dyskusję:

– Nie zamierzam współpracować z heretykami – rzucił z wściekłością człowiek.

– Viktorze, nie masz wyboru. Tu już nie chodzi o uprzedzenia, czy obowiązki. Ważą się losy całego miasta! – głos krasnoluda sugerował, że dzieje się coś naprawdę niedobrego.

– Czy naprawdę nie ma nikogo innego, do kogo możemy zgłosić się o pomoc?

W tym momencie wszyscy spojrzeli na mnie, włącznie z karczmarzem, który oparty o blat stukał w niego palcami. Otarłem napój z wąsów i z szerokim uśmiechem rzekłem:

– Mości panowie i pani, widzę że coś was wielce niepokoi. Jako sierżant Armii Imperialnej, jestem w obowiązku zapytać, czy nie potrzebujecie mego wsparcia w tak wielce trapiącej was kwestii.

– Ano, służbista chędożony, ale się może przydać. Zresztą i tak nie mamy wyboru – rzekł krasnolud.

 

 

– Sierżancie, koniec świata jest blisko – powiedział łowca czarownic tonem, z jakim zazwyczaj informuje się kogoś, że jajecznica jest gotowa – Skaveni najechali nasze miasto w środku nocy i zaskoczyli tym wojsko, choć znaki na niebie od dawna sugerowały, że zbliża się zagłada. Nikt nie chciał słuchać fanatyka i teraz mają za swoje!

Nie zdążyłem jeszcze odpowiedzieć, kiedy drzwi do karczmy otwarły się z hukiem i do środka wpadła chuda, starsza kobieta w krwawoczerwonej sukni. Biała wiedźma, Sienna Fuegonasus, dobrze znana imperialnemu wywiadowi i, przede wszystkim, łowcom czarownic. Zdziwiony byłem widząc ją tutaj w mieście, gdzie na każdym rogu schwytać mógł ją żołnierz. Na jej widok łowca zerwał się z krzesła i chwycił w dłonie swój spiczasty kapelusz, który natychmiast zaczął miętosić. Zanim jednak się odezwał, Sienna powiedziała:

– Nie czas na zwady Viktorze Saltzpyre, ty stary, uparty capie! Miasto jest kompletnie opanowane przez Skavenów i giną ludzie. Musimy odłożyć na bok niesnaski i zawrzeć sojusz, bo tylko my możemy pomóc – wiedźma spojrzała na elfkę, która do tej pory nie odezwała się jeszcze ani słowem – Kerillian, czy to wszyscy, których udało ci się zebrać?

– Niestety, tylko ci śmiałkowie zdołali dotrzeć do karczmarza. Viktora już znasz, ten oto krasnolud to dzielny Bardin Goreksson, o którego dokonaniach lud krasnoludów śpiewa pieśni, a mości żołnierz znalazł się tu przypadkiem…

 

 

Róg Magnusa

I tak oto w roku imperialnym 2523, podczas końca dni w mieście Ubersreik, dołączyłem do drużyny śmiałków, która postanowiła dokonać niemożliwego – powstrzymać inwazję Skavenów. Ja, Markus Kruber, były farmer i członek straży, a teraz żołnierz Imperium, postanowiłem zostać bohaterem. A było to nie lada zadanie, gdyż wkrótce po opuszczeniu karczmy zrozumiałem, że szanse na przetrwanie mamy niewielkie.

Trupy walały się gęsto po uliach miasta, ale Skavenów na początku spotkaliśmy niewielu. W małych grupkach nie mieli szans z naszymi mieczami, sztyletami, łukami i toporami, zaś w pojedynkę często porzucali broń lub kulili się ze strachu w oczekiwaniu na ostateczny cios. Naszym zadaniem było dotrzeć do wieży strażniczej i ostrzec stacjonujących tam żołnierzy. Szybko dowiedzieliśmy się, że szczuroludzie dotarli do niej przed nami i wyrżnęli w pień cały garnizon. Nie pozostało nam nic innego jak dotrzec do Wieży Magnusa i zadąć w róg, który pozwoli zaalarmować całe miasto.

– Jaki jest sens przedzierać się do Rogu Magnusa, czy ludzie nie wiedzą, co się dzieje? Nikt nie ma aż tak mocnego snu, żeby chrapać w najlepsze, kiedy ulicami spływają rzeki krwi – wychrypał krasnolud wspinając się po kolejnych stopniach. Mimo zadyszki siekał toporem na lewo i prawo, odcinając głowy Skavenów. Kolejne fale nacierały na nas z coraz większą intensywnością, ale dzielnie odpieraliśmy ataki. Miażdżyłem czaszki mym oburęcznym młotem, wiedźma pluła kulami ognia, a Victor używał naprzemiennie swoich pistoletów i rapiera. Elfka pozostała w karczmie, gdyż wyruszyć mogliśmy jedynie w cztery osoby – tylu ludzi mieściło się do wozu, którym na misje przemycała nas Stara Olesya – znana w mieście kobieta, o której krążyły legendy.

Niezależnie od tego, czy plotki były prawdziwe i Olesya naprawdę była wiedźmą lub kultystką Chaosu, w tamtym momencie była dla nas jedynym źródłem transportu i ucieczki po wykonaniu zadania. Podczas gdy inni dawno uciekliby z pola bitwy, stara kobieta dzielnie czekała aż wykonamy misję, niezależnie, czy było to zebranie worków ze zbożem dla pozostałej przy życiu ludności, czy zniszczenie machin wojennych. Zadań musieliśmy wykonać sporo i żadne z nich, ani jedno, nie było łatwe!

 

 

Czarny Proch

Hordy Skavenów zasypywały nas na każdym kroku, często powalając na ziemię – wtedy jedynym ratunkiem była pomoc ze strony jednego z towarzyszy. Zwykli szczurzy wojownicy potrafili sprawiać nie lada wyzwanie, kiedy atakowali w dużych grupach, a przecież wśród nich czaiły się również jednostki specjalne. Szczurzy zabójcy atakowali z ukrycia, dlatego pod żadnym pozorem nie należało oddalać się od grupy. Byli też jeźzdzcy bestii, którzy mimo że nie dojeżdżali swoich potworów, stanowili duże zagrożenie – próbowali łapać nas chwytakami i odciągać od reszty. Gdyby im się to udało, schwytany nieszczęśnik byłby zgubiony.

Jeszcze gorsi byli Skaveni obrzucający nas trującym gazem, a także monstra wyposażone w sześcio-lufowy karabin Gatlinga. Nie przejmowali się oni swoimi pobratymcami, masakrując wielokrotnie całe ich zastępy, jeśli stanęły akurat na drodze do nas. Była to taktyka wielce nam odpowiadająca, gdyż przy odrobinie szczęścia zdarzało się, że jeden Skaven z gazem lub karabinem Gatlinga odwalał całą robotę za nas. Kiedy horda padła, a na polu bitwy został tylko karabinier, dobijaliśmy go z flanki bronią dystansową – frontalny atak byłby samobójstwem.

 

 

Po jednym z takich starć, kiedy przebywaliśmy akurat w dokach, gdzie załadowywaliśmy statek Olesyi beczkami z prochem, musieliśmy odsapnąć. Trup ścielił się gęsto i brakowało nam tylko dwóch beczek, które znajdowały się na drugim końcu doków. Krasnolud Bardin gwizdnął przeciągle wyciągając topór z głowy szczurzego asasyna.

– To chyba by było na tyle! – krzyknął do mnie, kiedy ładowałem beczkę z prochem na pokład statku. Wielce byłem zdziwiony, gdy w tym momencie wyszkoczył za nim ogromny Szczurzy Ogr, pozszywane z wielu ciał monstrum, powstałe zapewne przy użyciu czarnej magii. Potwór uderzył z całej siły i na moich oczach Bardin przeleciał w powietrzu piętnaście metrów i zniknął pod powierzchnią wody. Dla topornika nie było już ratunku, ale pozostała trójka musiała zmierzyć się z zagrożeniem.

Mieliśmy przy sobie bomby zapalające i eliksiry dodające siły, a także prędkości. Byłem nieco ranny więc zażyłem ohydnego w smaku eliksiru leczącego – na używanie apteczki nie było teraz czasu. Użyliśmy eliksirów siły i obrzuciliśmy ogra bombami, ten jednak nadal napierał. Co gorsza, wraz z nim nadciągnęła kolejna fala Skavenów, w tym opancerzone jednostki z halabardami, które powalić mogły tylko ciosy w głowę. Oczami wyobraźni widziałem własną śmierć, która miała nastąpić lada moment. Na szczęście wiedźma Sienna ukierunkowała całą swą moc i rzuciła w przeciwników potężnym czarem, który osłabił ogra i powalił większość pozostałych przeciwników. Wyczyn ten prawie przypłaciła własnym życiem. Jej głowa stanęła w płomieniach, czego nie omieszkał skomentować Viktor. Ci dwaj skakali sobie do gardeł przy każdej okazji.

Dobiłem monstrum strzałem z mojej zaufanej strzelby i poszedłem podnieść ostatnią beczkę. Ku mej uciesze okazało się, że krasnoluda Skaveni wyłowili z rzeki i związanego pozostawili w dokach. Szybko rozcięłem krępujące go pęta, podleczyłem apteczką i wsiedliśmy do statku. Naszej uciesze nie było końca, chociaż wiedzieliśmy, że kolejne zadanie będzie jeszcze trudniejsze. Przeżyliśmy razem łącznie trzynaście misji, walcząc w mieście, jego kanałach, w lasach i wreszcie jaskiniach Skavenów. Za każdym razem zdobywaliśmy nową broń, którą mogliśmy wykorzystać podczas naszych przygód lub przekuć w coś lepszego w specjalnej kuźni, którą udostępnił nam karczmarz. Karczma pod Czerwonym Księżycem stała się naszym domem na bardzo długo. Nadchodził kres dni, ale mimo wszystko – bawiliśmy się wybornie!

PS. Jeśli czytasz te słowa, być może świat się nie skończył. Może przeżyłem kolejne przygody, o których przeczytasz kiedy indziej. Chwała Imperatorowi, Markus Kruber.

Grę do recenzji otrzymaliśmy od Plan of Attack.

  • Dobrze prawi! Polać mu! Co by mu gardło nie zaschło po tak zajmującej opowieści!

  • sajet1

    Zdrowie! A tak z innej beczki , może ktoś zweryfikować, czy są problemy w grze po sieci (słyszałem, że wywala w trakcie meczy), oraz czy tytuł można sklasyfikować jako skończony i wolny od błędów. Czy lepiej jeszcze się wstrzymać pół roku z zakupem, aż cena spadnie i dokończą to, oraz owo.

    • Prez

      Gra potrafi się wysypać, wywalić w trakcie meczu. Poza tym rażących błędów nie uświadczyłem, ale takie rozłączanie podczas zabawy to duży minus. Miejmy nadzieję, że to poprawią.

      • sajet1

        thx

  • Jinpai

    Jako mistrz gry zaakceptowałbym historię postaci i nagrodził dodatkowymi pdkami.

    • Prez

      Danke!