PREZ START #18 – Remaster VS Remaster

Jestem graczem od ponad dwudziestu lat. I chociaż nie każdy zgadza się z moimi opiniami, a wielu uważa wręcz, że nie znam się na grach, nie zmienia to faktu, że widziałem i przeżyłem z grami wiele… I jak każdy, mam swoje ulubione tytuły, gry, które na zawsze zapadły mi w pamięć, oraz takie, do których stale wracam. Wśród tych tytułów są gry wiecznie żywe, chociażby Diablo i Fallout (zwłaszcza, że współczesne mody pozwalają na granie w wysokich rozdzielczościach), a także takie, które zestarzały się brzydko i ciężko jest z nimi dzisiaj obcować. Tych drugich jest zdecydowanie więcej, głównie przez to, że pełna trójwymiarowa grafika starzeje się szybko i bardzo brzydko – nie można wygrać z postępem.

Jestem zwolennikiem tezy, że „kiedyś gry były lepsze”, chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że takie myślenie wynika głównie z sentymentu. Powrót do tych cudownych, miodnych wspomnień często przypomina spotkanie ze szkolną miłością, której nie widziało się od dwudziestu lat… Wspomnienia kontra rzeczywistość kończą się najczęściej mocnym liściem prosto w twarz. Ostatnio takiego liścia dostałem po odpaleniu Omikron: The Nomad Soul. Gry, którą wspominałem jako magiczną, a którą teraz z politowaniem odinstalowałem z dysku po piętnastu minutach od jej uruchomienia. Nie da się w to grać, po prostu się nie da.

STARA SZKOŁA

Takich staruszków, którzy w moich wspomnieniach jawią się jako naprawdę zajebiści goście, jest całe zatrzęsienie. Staram się jednak nie wychodzić z nimi dzisiaj na miasto, żeby uniknąć uczucia zażenowania. Commanche 4, Project IGI, Syndicate oraz Syndicate Wars, Outcast, Legacy of Kain: Soul Reaver, Giants: Citizen Kabuto, Star Wars: Rogue Squadron 3D, Die by the Sword, Metal Gear Solid – mógłbym tak bez końca. Czy te gry były lepsze niż większość współczesnych produkcji? Owszem, były… w mojej pamięci. Współczesne gry są często lepsze. Są bardziej rozbudowane, lepiej napisane, są ładniejsze. I ten ostatni aspekt, wierzcie lub nie, ma największy wpływ na to jak je odbieramy.

Dużo grywałem w pierwszego Quake’a i mam do tej gry ogromny sentyment, podobnie jak do Duke Nukem 3D. W obie gry mogę spokojnie od czasu do czasu pograć i dzisiaj – zwłaszcza, że w przypadku Quake’a mam do wyboru mody znacznie poprawiające grafikę, zaś Duke to Duke – dla mnie nadal jest piękny (no i jest remaster, tylko niewiele on zmienia względem wersji vanilla). Z kolei produkcje takie jak Unreal i Daikatana to dla mnie graficzna kupa i choćbym nie wiem jak bardzo się zmuszał, zawsze odinstaluje je po przejściu pierwszego levelu. Raz, że gameplay jest dość archaiczny, a dwa, że nie grałem w nie za czasów ich świetności (w przypadku tej drugiej gry trudno jednak mówić o świetności, bo już na premierę została przyjęta chłodno) i nie mam do nich sentymentu. Więc zapewne nie zagram w nie nigdy.

NOWA SZKOŁA

Ósma generacja to generacja, której większość właścicieli nie miała wcześniej z konsolami styczności lub powróciła do nich po latach. Rosnąca popularność gier, jako rozgrywki mas, owocuje właśnie tym, że cała masa noobów i każuli sięgnęła po konsole. I jest to wydarzenie, na które gracze czekali latami – oto wreszcie gry przestały być zabawą dla dzieci i zyskały społeczną akceptację, a nawet medialne zainteresowanie. Minus tej sytuacji jest jednak bardzo widoczny – hardkorowi gracze zostali zepchnięci na drugi plan, a najważniejsi dla wydawców na całym świecie stali się każule. Dowód? Wszelkiego rodzaju gry mobilne i przeglądarkowe, z niesławnym Farmville na czele.

Ósma generacja wywołała napływ nowych odbiorców, którzy do tej pory nie grali. Ale słyszeli oni, że God of War III był naprawdę wa wa wee wah, a FF7 to chyba najlepsza gra w historii, bo wystarczy głośno wypowiedzieć tytuł, żeby ludziom zaczęło się zbiorowo robić ciasno w gaciach. I wydawcy zdają sobie sprawę z tego, że ludzie chętnie zagraliby w niektóre kultowe produkcje, ale nie mają starych konsol, nie potrafią odpalić emulatora lub nie wiedzą jak się moduje grę. I dla tych ludzi właśnie wymyślono remastery – odświeżone graficznie produkcje sprzed lat, przystosowane do działania na współczesnych platformach.

Brzmi to pięknie, jednak rasowy pecetowiec zapyta, po co to komu? Przecież Quake’a można zmodować tak, żeby wyglądał obłędnie, do grania w Doom’a jest Brutal Doom, a nowsze produkcje takie jak Fallout 3, GTA IV, czy Skyrim, mają takie ilości różnych modów, że sami ich twórcy dawno temu przestali je liczyć. Rasowy pecetowiec nie wie niestety, że jest już na wymarciu. Nie jest to wymarcie ekspresowe, ale raczej takie długotrwałe wymarcie, które porównać można do wymarcia białej rasy. Nadal jest nas dużo, ale innych jest więcej.

GENERACJA REMASTERÓW

To właśnie dla tej dominującej grupy odbiorców robi się remastery – na konsolach modów nie ma, grę trzeba przystosować do obecnej generacji i wydać na nowo. A ludzie kupią, bo chcą zobaczyć, na czym polega magia Devil May Cry, lub God of War. Bo wcześniej nie grali. I takie są zasady rynku, a z nimi polemizować nie ma sensu – hajs się musi zgadzać. A tak długo jak się zgadza, tak długo remastery będą się pojawiać. [UPDATE:] Zwłaszcza, jak słusznie sugeruje Lisiec, że część remasterowanych gier (Tomb Raider, Sleeping Dogs) wydano ponownie, żeby miały szansę na siebie zarobić, po przy okazji pierwszej wersji nie sprzedały się tak dobrze, jakby życzył sobie tego wydawca. Z ideą wydawania gier w odświeżonej wersji nie mam żadnego problemu – jest wiele produkcji, które pokazały, że to ma rację bytu. Z przyjemnością ograłbym kilka zakurzonych klasyków w odświeżonej wersji. I pamiątajcie, to nie jest felieton o rimejkach, starych grach stworzonych od zera na nowym silniku, często ze zmienioną mechaniką rozgrywki, dostosowaną bardziej do współczesnych wymogów (np. Tomb Raider: Anniversary). To jest felieton o remasterach, takich, których wydawanie ma sens oraz tych drugich…

Wydane o brzasku ósmej generacji hity pokroju The Last of Us i GTA V szybko przywędrowały na nią jako remastery. I choć wielu pukało się w czoło zastanawiając jak można odświeżać gry, które mają raptem rok, to obie produkcje pokazały, że ich miejsce jest tak naprawdę na nowych sprzętach (szczególnie zapierające dech w piersiach GTA V na PC). Te gry od początku zaplanowano tak, żeby sprzedać je na PS3 i X360, a potem raz jeszcze na ich następcach. I chociaż dla wielu był to bezczelny skok na kasę, miał on absolutną rację bytu – konsole PS4 i XONE powędrowały głównie do ludzi, którzy nie mieli ich poprzedników, a wymienione tytuły były wartymi uwagi, świeżymi kąskami. Te dwie produkcje można w ogóle nie było nazywać remasterami tylko ogłosić wypuszczenie ich wersji na nową generację, co nie jest przecież zjawiskiem nowym. Przy każdej przesiadce na kolejne Playstation, czy Xboxa, pojawiają się produkcje wydawane równocześnie na stare i nowe maszynki.

SOLIDNE POWROTY

Na fali popularności remasterów otrzymałem nie tylko możliwość grania w TLOU w pełnym HD i 60 klatkach na sekundę, ale również okazję, żeby pograć w prawdziwe cacka w nowej oprawie. I zaznaczę tu, że żaden remaster nie jest potrzebny – to zawsze będzie kwestia gustu, jedni chcą to, inni chcą tamto. Są jednak wznowienia dobre i sensowne, bo odświeżona gra ma już swoje lata, oraz takie robione naprędce tanim kosztem. Najlepiej odświeżoną produkcją jest dla mnie bezsprzecznie Homeworld: Remastered Collection, które za cenę niższą niż standardowa cena premierowa, oferuje dwie kultowe strategie i jeden wspólny dla nich moduł multiplayer. I chociaż można się przyczepić, że moduł wieloosobowy jest w fazie beta, to przepięknie wyglądający Homeworld wrócił w wielkim stylu, dając zarówno weteranom jak i nowicjuszom możliwość przeżycia tej fascynującej przygody w nowej oprawie. Przy czym moja opinia nie wynika tutaj z sentymentu – takie są fakty. Mmmmkay?

Drugim remasterem zasługującym na uznanie jest zdecydowanie Halo: The Master Chief Collection. Cztery gry w jednym pakiecie ze wspólnym modułem multiplayer oferującym mapy i tryby z każdej części (w dodatku płynnie przełączający się silnik graficzny w zależności od mapy) w cenie jednej gry? Poproszę. Bardzo poproszę. Dlaczego? Bo nie grałem w żadną część poza pierwszą i wreszcie mam nadzieję poznać serię, na widok której Amerykanie dostają zbiorowej histerii. Dlatego, że uwielbiam granie coopowe na jednej kanapie, a ósma generacja konsol nie oferuje tego typu rozwiązań zbyt często. Bo rynek się zmienia i lepiej jest sprzedać dwie kopie gry niż jedną. Bo lepiej zmusić ludzi do grania online i płacenia abonamentu. Ludzie płacą. Hajs się zgadza.

SKOK NA KASĘ

Wszyscy rzucili się na robienie remasterów i obecna generacja złośliwie nazywana jest już generacją remasterów. I o ile chlubne wyjątki takie jak te wymienione przeze mnie powyżej są warte swojej ceny, o tyle większość wydawanych na nowo produkcji jest dla mnie wątpliwa. Przykłady? DmC: Devil May Cry Definitive Edition. Podstawowa wersja bardzo mi się podobała i ograłem ją na PC razem z dodatkiem. Wersja na ósmą generację, zawierająca wszystkie DLC, oferująca Full HD i płynne 60 FPS w żadnym stopniu mi nie imponuje, bo nie ma czym. A ulepszony system walki i nowe tryby? Kiedyś to się dodawało w łatkach za darmo, teraz trzeba za grę bulić od nowa.

Wiem, że wiele osób nie miała okazji tytułu ograć i dla nich to może być gratka, ale to nie jest felieton obiektywny. To jest moja polemika z plagą remasterów i graczami, którzy tak jak ja, grali w większość omawianych tu pozycji w podstawowej wersji premierowej, a i tak chętnie kupią odświeżone edycje. I zapłacą za to kupę siana, z uśmiechem na twarzy. Z tego dokładnie zdają sobie sprawę wydawcy, którzy powoli przestają oferować naprawdę solidne remastery takie jak chociażby Halo: MCC i zaczynają wciskać nam kit. I z przerażaniem zauważam, że większość graczy ten kit przyjmuje z otwartymi rękoma.

Przykłady? Proszę bardzo – wydane niedawno Devil May Cry 4: Special Edition. Przecież to jakiś żart. Ta gra, wydana na siódmą generację, mentalnie należąca do szóstej, w wersji odświeżonej nie imponuje niczym poza podbitą rozdziałką. Co z tego, że są nowi bohaterowie i nowe tryby gry, skoro mechanika pozostała nieruszona? Ten tytuł nie ma racji bytu na nowych maszynach. A jednak ktoś go wydał. Bo ten ktoś wiedział, że ludzie kupią. Kolejny przykład, chociaż nieco z innej beczki – State of Decay: Year-One Survival Edition. Absolutna kpina, potwarz dla graczy, a jednak przyjęta przez właścicieli XONE z otwartymi rękoma. Wszystkie DLC w jednym, podbita rozdziałka, ta sama grafika, te same błędy plus masa nowych. Po co? Dlaczego? Czy znajdzie się wreszcie ktoś, kto powie: dość tych kotletów?

EAT SHIT AND DIE

Raczej nikt taki się nie znajdzie, bo na wzmiankę o Uncharted: The Nathan Drake Collection ludzie zaczęli masowo strzelać w majty i nikt nie zwrócił uwagi na fakt, że wydanie to będzie pozbawione jakże popularnego na PS3 trybu multiplayer. Po co on komu? Kupimy dla trzech kampanii dla pojedynczego gracza, przecież to one są tu najważniejsze. Owszem, są. Ale już je zaliczyliście. A teraz zapłacicie za nie jeszcze raz, kompletnie ignorując fakt, że otrzymacie produkt niepełny. Ale to ja jestem dziwny, że ubiegam się o moduł dla wielu graczy, który #nikogo. To idźcie do McDonald’s i poproście o zestaw. Dostaniecie go w pełnej cenie, ale bez napoju. Przecież i tak nie jesteście spragnieni, tylko głodni. Głodni gówna.

Takich perełek będzie więcej. Zapowiedziane Darksiders II Deathinitive Collection (albo jakoś tak) nie różni się prawie niczym od wersji vanilla. Gears of War Pay Us Again For This Shit Edition może i ma modele, tekstury, a nawet mapy robione od nowa, ale oryginalna wersja naprawdę nadal trzyma fason. I gdybym miał dostać całą trylogię w jednym wydaniu na wzór Halo: MCC, to bym się nie zastanawiał. Ale dostanę tylko jedynkę, którą ograłem wielokrotnie na PC. Najlepszą fabularnie, najgorszą, jeśli chodzi o tryb multiplayer, a to w nim docelowo spędza się najwięcej czasu. I nie będzie trybu hordy, który do serii zawitał dopiero w sequelu. Po co mi takie wznowienie? Wiem co część z Was odpowie – My chętnie zagramy. Zagracie, zapłacicie, ale nie miejcie potem pretensji, że nie ma nowych tytułów.

SIŁA SENTYMENTU

Remasteruje się naprędce gry dość świeże, bo te najłatwiej odnowić i wrzucić za pełną cenę do sprzedaży. Nie będę się z tym procesem kłócił, bo jeżeli się sprawdza, to ja nie mam za wiele do powiedzenia. To kwestia osobista, co kto kupi – zdaję sobie z tego sprawę. W idealnym świecie jednak widziałbym więcej remasterów pokroju Homeworld. Gier starszych, ale zasługujących na wznowienie. W świecie idealnym byłoby też więcej rimejków – „Remake (wym. ‚riːmɛɪk, ang. wytwarzać coś ponownie) – termin odnoszący się do filmów, w mniejszym stopniu także do gier komputerowych, które zostały nakręcone bądź stworzone na nowo, z różnym stopniem zmian”. Ale te o wiele trudniej się robi, więc nie powstaje ich zbyt wiele.

Całe szczęście wiele kultowych produkcji nadal daje radę, jeśli tylko przymknie się oko na grafikę. GOG dostarcza coraz to więcej tytułów, w które zagrywałem się za dzieciaka (Inna kwestia to fakt, że kupuje się te gierki masowo ze względu na wspomnienia, a potem prawie się ich nie uruchamia). I tak chociażby Severance: Blade of Darkness nadal trzyma fason, lubię więc do niego od czasu do czasu wrócić. To jedna z tych gier, które były tak pomysłowe i świeże, jeśli chodzi o mechanikę, że obroniłaby się i dzisiaj. I takim właśnie grom należy się pierwszeństwo w kolejce do nowego makijażu, ale przecież to tytuł z pecetów i nie sądze, żeby wielu z Was słyszało o nim wcześniej.

A szkoda, bo to gra ponadczasowa. Podobnie jak Blood Omen: Legacy of Kain, którego znacznie upiększona wersja powstaje gdzieś w piwnicy pewnego modera, ale szans na jej ukończenie nie widzę. Nie szkodzi, nadal dobrze gra się w oryginał. Do Myth też często wracam i bawię się przednio, mimo że grafika już nie ta sama, a mechanika (zwłaszcza pierwszej części) lekko się postarzała. Ale te gry mają rzut izometryczny i to ratuje je chyba przed starością totalną. Co prawda Severance to pełen trójwymiar, ale wyjątkowo dobrze się trzyma. Tymczasem takie tytuły jak Driver i Fighting Force odpalone po latach nie potrafią mnie już przyciągnąć mimo wielkiego sentymentu, który do nich mam. Z czego to wynika? Bo jak widać nie tylko z faktu, że kiedyś się w to grało i dobrze się dany tytuł wspomina. Wszystko tkwi w mechanice i oprawie graficznej – niektóre gry trzymają się dobrze nawet po wielu latach. I do tych gier chętnie się wraca. I to one zasługują na nowe życie, nie Darksiders II.

PS. Co człowiek to opinia, ale zdrowy rozsądek powinien jednak mieć pierwszeństwo. Pamiętajmy o tym przy okazji kolejnych akcji crowdfundingowych, early access i season passów.

  • BIGPUN

    Chyba jeden z lepszych tekstów Preza!

    • Prez

      I jedna z lepszych okładek Razera 🙂

  • Dejw

    Ze starymi grami jest jak ze starmymi samochodami. We wspomnieniach są cudowne, ale przychodzi co do czego, to nie mają startu do nowych. Przynajmniej w większości. Za młodu mialem okazję poprowadzić Sierre MK2 Cosworth. wspominam to ekstatycznie. Po czym niedawno znowu miałem okazję pojeździć tym autem i nagle okazało się, że już nie jest tak pięknie jak pamietalem. A do Focusa RS drugiej generacji to nie ma nawet startu. Tak jak napisałeś panie Perezie, z tym że ja to trochę zmodyfikuje. Większości gier, nie powinno się remasterowac. A do przytlaczajacej ilości starych gier, wogle nie wracać, żeby nie psuć sobie wspomnień.

    • Dejw

      Teraz widzę jaki stary odkopać zrobiłem. #wstyd

      • Prez

        Bardzo dobrze, spread the gospel.

  • Adam ‚Rudy Rydz’ Jaszczuk

    Jejku, to jest taki dobry felieton, że strasznie żałuję iż ma tak mało komentarzy.
    Bardzo ładnie pokazałeś jak powinien wyglądać dobrze wykonany remaster, a jaki szajs bardzo często wciskają nam twórcy idąc po linii najmniejszego oporu. Też mnie to strasznie wkurza (łagodnie mówiąc) bo jestem osobą, która uważa, że jeżeli gra nie jest zbyt stara (1-2 generacje do tyłu) to powinno ją się ogrywać na oryginalnym sprzęcie. Rozumiem, że to może nie być zbyt wygodne rozwiązanie ale niestety kupując słabo wykonany remaster nie podejmujemy dobrej decyzji.
    Jednak nie zgodzę się jeśli chodzi o remaster Gears of War. Moim zdaniem był on bardzo udany. Grę przeniesiono na nowy silnik, wszystko jest dostosowane do obecnych standardów a multiplayer okazał się znakomity. Oczywiście ma też swoje minusy jak debilne AI, ale w ogólnym rozrachunku wypadło to bardzo dobrze. No i był do dostania w bardzo okazyjnej cenie.

    • Prez

      Ten felieton powstał zanim wyszedł remaster GOW i trochę hejtowałem, bo wolałbym jednak całą trylogię. Dzięki za komentarz, podrzuć znajomym ten tekst, może więcej ludzi skusi się na dyskusję.