Powrót do Przeszłości #01 – Luty 1996

Prolog

Przed lutym ’96 kupiłem tylko jedną gazetkę o grach. To był wrześniowy (trzynasty w historii pisma) numer Gier Komputerowych, który nabyłem w małym warzywniaku przy kościele. Nie dlatego, że chciałem poczytać o grach. Dlatego, że opis ciosów do bijatyki Warriors miał fajne screeny postaci, które można było wyciąć, nakleić na kartonik i postawić na półce.


W związku z tym, że był to chyba pierwszy magazyn komputerowy jaki z kupiłem z premedytacją, postanowiłem o nim wspomnieć, zanim przejdziemy do głównego dania. 48 stron za 2,20 zł, a w środku recenzje Jagged Aliance (85%), czy Cytadeli (85%). O fenomenie tego „polskiego Dooma na Amigę” można było posłuchać na zeszłorocznym Pixel Heaven, gdzie twórcy wystąpili na panelu dyskusyjnym o polskich grach. Przy okazji polecam też odcinek Nerdów Nocą z jednym z deweloperów.

W dziale zapowiedzi czytamy o zbliżających się wielkimi krokami Mortal Kombat 3, Rebel Assault 2, Raymanie, Micro Machines, Earthworm Jimie, czy pierwszych wzmiankach o Blade Runner, który wyszedł trzynaście miesięcy później (Nadal mam pudełkowy oryginał, niestety nie można go odpalić na nowych systemach – dop. Prez). Wielka szkoda, że zapowiadane przez Psygnosis Urban Decay nigdy nie ujrzało światła dziennego, bo na screenach wyglądało jak całkiem współczesna gra akcji. Z ciekawszych rzeczy muszę wspomnieć o „znanych z symulatorów lotniczych widokach z różnych kamer zewnętrznych” w Duke Nukem 3D, albo o zapowiedzi Shadow Warriora, marki, którą ostatnio wskrzesiło warszawskie Flying Wild Hog.

W środku numeru oczywiście wspomniana recenzja (80%) i lista ciosów do gry Warriors. Gdybyście widzieli te postacie, wycięte i naklejone na kartonik, przyznalibyście, że kozacko prezentują się na półce. Co ciekawe, poszperałem w internecie i dowiedziałem się, że pełna nazwa gry to Savage Warriors. Dlaczego w magazynie nie ma ani słowa o pierwszym członie nazwy? Tego nie wiedzą nawet najstarsi krewni Tecumsema.

Warte wspomnienia są też opisy w stylu fotostory, zwane „Comics Solutions”. Trzy strony pełne miniaturowych screenów z podpisami. W numerze znalazły się opisane w ten sposób The Last Bounty Hunter (65%), Bioforge (95%) i okładkowe The Daedalus Encounter z Tią Carrere.

Zwyczajny luty…

W lutym 1996 odbyły się polskie premiery Nic śmiesznego, Girl Guide, Siedem, Desperado i Nagłej Śmierci.  Na Polsacie ruszyło Disco Polo Live. Tupac wydał All Eyez on Me, a Take That (#gimbynieznajo: boysband, w którym śpiewał Robbie Williams) ogłosił, że kończy karierę. Włodzimierz Cimoszewicz został premierem, Deep Blue wygrał w szachy z Garrim Kasparowem i zakończyło się 4-letnie oblężenie Sarajewa przez Serbów. Najważniejszymi premierami growymi były Civilization II, Zork Nemesis i pierwsze Pokemony na Game Boya. No i Duke Nukem 3D, wydany 31 stycznia (Hail to the King baby! – dop. Prez).

… albo najważniejszy luty w moim życiu

W lutym 1996 mama poprosiła mnie, żebym poszedł po coś do sklepu. Po bułki, albo jakiś składnik do zupy, teraz już nie pamiętam. Podreptałem po śniegu niecałe czterysta metrów do najbliższego otwartego sklepu. Do starego, popeerleowskiego spożywczaka, mieszczącego się na parterze szarego, peerelowskiego bloku na końcu naszego osiedla domków jednorodzinnych.

Tam na dole był kiedyś najważniejszy sklep spożywczy 1996 roku.

W kieszeni musiałem mieć resztę tygodniówki, bez niej pewnie nawet nie podchodziłbym do metalowego stojaka z gazetami. Nie wiem, co mnie w pierwszej chwili przyciągnęło. Może mangowa okładka? W końcu wtedy wszyscy oglądaliśmy „chińskie bajki” z włoskim dubbingiem – Yattamana, Tsubasę, Daimosa, Tygrysią Maskę, Gigiego, Legendę Zorro i inne Królestwa Kalendarza. Niektórzy oglądali podobno nawet Czarodziejki z Księżyca. A może przyciągnął mnie fakt, że kojarzyłem nazwę miesięcznika ze słyszenia? A kiedyś, bez większego zaangażowania, przeglądałem u Karola i Magdy jeden numer z jakimś jankeskim generałem na okładce?

Nie wiem. W każdym razie, gdy już kartkowałem zawartość, poza działem mangowym zwróciłem uwagę na recenzję jakiejś strategii z orkami. Obrazki skojarzyły mi się trochę z uwielbianym przeze mnie Warhammerem. Był też jakiś materiał o Mortal Kombat, którego dwie części znałem z wakacyjnych, nadmorskich automatów, praktycznie każdej lekcji techniki i pozalekcyjnych zajęć komputerowych, które zawsze kończyły się na śmiertelnych pojedynkach Reptile Maćka vs Baraka Rafała. Decyzja była spontaniczna, kieszonkowe przestało ciążyć w kieszeni, a ja opuściłem spożywczaka z siatką zakupów i  świeżutkim numerem Secret Service!

Mimo usilnych starań, nie mogę sobie przypomnieć, kiedy zacząłem coraz bardziej interesować się grami wideo. Na pewno miał na to wpływ Bartek, kumpel z mojej pierwszej podstawówki (ten od Commodore i gry o glutach na piramidzie), który też się przeprowadził, też zmienił szkołę i mieszkał teraz na drugim końcu miasta. Z tego powodu bardzo rzadko się odwiedzaliśmy, ale to u niego, na jego Pentium 90 z 8MB RAM, pierwszy raz grałem w Quake’a, Need For Speeda, Wormsy, Diablo czy Wrestlemanię. Mniej więcej wtedy zaraziłem się pasją do gier wideo. Mniej więcej wtedy załapałem się na sklepowy pokaz hełmu VFX-1 z grą Duke Nukem 3D. Wszystko zaczęło się mniej więcej w 1996 roku. Wszystko zaczęło się od 32 numeru Secret Service.

Był to numer wyjątkowo Mortalowy. Kilka miesięcy wcześniej wyszedł Mortal Kombat 3, który niepodzielnie rządził na PlayStation i „Pentiumach”, a w styczniu w kinach pojawiła się oficjalna adaptacja filmowa. W numerze były więc wrażenia z premiery, a w Kombat Korner recenzja soundtracku. Gulash, zachwycony realizacją filmu, nie mógł się doczekać ekranizacji Dooma. Gdyby tylko wiedział, że przyjdzie mu poczekać jeszcze 9 lat… Ja sam Mortala obejrzałem dopiero, gdy pojawił się w wypożyczalniach kaset wideo. Wydaje mi się, że było to dopiero pod koniec roku, bo też panowała wtedy zimowa atmosfera, więc wrócimy do tematu za kilka miesięcy. Za to muszę wspomnieć o soundtracku z filmu, bo był on kolejnym kamieniem milowym w moim życiu…

Nie pamiętam kiedy dokładnie namówiłem tatę na zakup kasety magnetofonowej ze ścieżką dźwiękową, ale pamiętam, że było to wieczorem, na stacji benzynowej przy alei Unii Lubelskiej. Heh, akurat naprzeciwko był „ruski targ”, który kilka miesięcy później zacząłem regularnie odwiedzać celem, no, można się domyślić jakim… W każdym razie, po powrocie do domu, odpaliłem mojego kaseciaka i zagłębiłem się w świat nieznanych mi dotychczas brzmień.

Internet jest niesamowity. Na jakimś portalu aukcyjnym znalazłem chyba ostatnie na świecie zdjęcie radiomagnetofonu który towarzyszył mi przez wieeele lat dzieciństwa.

Internet jest niesamowity. Na jakimś portalu aukcyjnym znalazłem chyba ostatnie na świecie zdjęcie radiomagnetofonu, który towarzyszył mi przez wieeele lat dzieciństwa. To nie łza, coś mi wpadło do oka.

Jak pisałem miesiąc temu, w tamtym czasie nie miałem jeszcze żadnego konkretnego gustu muzycznego. Poza kilkoma kasetami słuchałem tego, co akurat leciało w RMF, i to bez większego zaangażowania. Dlatego pierwszy kontakt z Mortalowymi dźwiękami był dla mnie jak spotkanie z UFO. Nazwy zespołów nie mówiły mi absolutnie nic, jakaś elektronika, techno, gitarowe riffy, aż po różne wariacje metalu. Co najśmieszniejsze, te ostatnie w ogóle mi się nie spodobały – darcie ryja i rwanie strun na przesterze były dla mnie równie obce, co pierwsze polskie rapy. Tych najbardziej hardkorowych kawałków wręcz bałem się puszczać przy rodzicach, jeszcze pomyśleliby, że przez gry wideo zmieniam się w jakiegoś szatanowca! Oczywiście moje obawy były przesadzone i żadne egzorcyzmy nie miały miejsca, ale to pokazuje jak wielkim szokiem kulturowym było dla mnie obcowanie z tym soundtrackiem.

Ale słuchałem go, słuchałem na okrągło, przez kolejne tygodnie, miesiące, lata. W domu słuchałem na radiomagnetofonie, na dworze słuchałem w walkmanie. W końcu to był Mortal Kombat, jedna z najlepszych gier na świecie! Słuchałem go tak długo, że poszczególne piosenki zlały się jedną, wielką aranżację, a cały album stał się dla mnie spójnym tworem. Po latach zrozumiałem, że to właśnie ten soundtrack ukształtował mój gust muzyczny, za młodu przyzwyczajając mnie do tego, co miało nastąpić pod koniec millenium – wkroczenia w świat ciężkiej muzy. Do dziś to jeden z moich ulubionych albumów, wiecie, jeden z tych, które zabiera się na bezludną wyspę. Gdy go odpalam i zamykam oczy przenoszę się do tamtych czasów, znowu mam czternaście lat, chodzę do siódmej klasy i czytam Secret Service. A gdy patrzę na listę wykonawców to uśmiecham się pod nosem, że kiedyś nazwy KMFDM, Orbital, Geezer, Fear Factory, Type O Negative czy Napalm Death nic mi nie mówiły.

Wróćmy jednak do lutowego Secret Service. W dziale z zapowiedziami możemy poczytać o tym, że autorzy Diablo obiecują „zróżnicowanie pod względem typów NPC oraz logiczny rozwój cech postaci w zależności od podejmowanych wyzwań”, a Dungeon Keeper „będzie działał z pełną prędkością nawet na 486DX/33. Peter Molyneux dodaje, że sztuczna inteligencja każdej postaci opisana jest 1024 bajtami, podczas gdy, na przykład, w pradawnym Populous było to tylko 48 bajtów. Ma to stanowić dowód na to, iż gry rozwijają się również jakościowo. Bullfrog zapowiada też Syndicate 2, który posiada „niesłychane wręcz efekty graficzne – zabawy światłami, miękkie obracanie trójwymiarowej scenerii oraz stereofoniczne udźwiękowienie”. Stereofoniczne. Grubo.

W dziale recenzji najważniejsze miejsca przypadają jednej z moich ulubionych bijatyk 2D, czyli WWF Wrestlemanii (95%), czy I Have No Mouth And I Must Scream (80%), grze opartej na opowiadaniu o tym samym tytule, którego duchowe ślady zawiera wydana w 2015 roku SOMA. Fifia 96 (90%) nie dość, że „obsługuje trzy przyciski fire, dające olbrzymią ilość kombinacji w ataku i obronie”, to recenzujący ją Wicik „nie wyobraża sobie, co można [w niej] jeszcze wymyślić i w jaki sposób zadziwić”. Z kolei „porażającą graficznie” przygodówkę Dark Seed 2 (85%) dostarcza studio Cyberdreams, które do współpracy przy swoich grach zatrudniało takie sławy jak H.R. Giger, Syd Mead czy Wes Craven.

Druid (65%) od studia Sir-Tech wygląda trochę na protoplastę rolplejów na Infinity Engine, a charakterystyczna grafika Dreamweb (65%) przypomniała mi się jak tylko zobaczyłem pierwsze screeny z Hotline Miami. Nie zdziwiłbym się, gdyby Dennaton Games inspirowali się dziełem Creative Reality. Nigdy nie miałem okazji zagrać w tę mroczną przygodówkę, ale jeśli ktoś chciałby spróbować, to w 2012 roku została wydana jako freeware.

Cyberpunkowy TekWar (65%) klimatem przypominał praprzodka DeusExa. W recenzji KaYteck narzeka, że miasto jest niewielkie i powtarzalne, i pisze „jeszcze za wcześnie na przeniesienie miast do wnętrza komputerów, chociaż kto wie jak szybko to nas czeka”. Dwie dekady później biegamy po niesamowitych miastach w GTA, AC lub The Division. Z jednej strony trochę wody w Wiśle musiało upłynąć, ale z drugiej, wtedy nawet w najśmielszych marzeniach nie wyobrażaliśmy sobie takich gier. Poniżej całkiem klimatyczny Terminator Future Shock (85%) wydany przez Bethesdę (tak, tą od Elder Scrolls, trójwymiarowych Falloutów i… kilku innych DOSowych gier z uniwersum Terminatora) udowadniał, że gry na licencji mogą być bardzo dobre (Świetna gra, przydałoby się teraz coś podobnego, ile można walczyć z terrorystami? – dop. Prez).

No i oczywiście Warcraft 2 (95%), który podczas kartkowania w sklepie skojarzył mi się z Warhammerem i był jednym z powodów zakupu Sikreta, a poza tym „wydaje się, że niemożliwością było stworzenie świata tak wyraźnego i pięknego […] [postaciom] nawet można liczyć pióra na hełmach”. Nie ma to jak moc ostrej jak brzytwa rozdzielczości SVGA, czyli 800 na 600 pikseli.

Kolejna ciekawostka – w numerze są recenzje czterech symulatorów lotniczych. Coala: Cute Name Deadly Weapon (80%), Naval Strike: Task Force Command (60%), Firestorm Thunderhawk 2 (85%) od Core Design (ich kolejną grą będzie pierwszy Tomb Raider) i SU-25 (35%) od EA. Patrząc z obecnej perspektywy, to całkiem dużo tych symulatorów lotniczych jak na jeden miesiąc, nie?

Od 31 numeru w SS zaczął ukazywać się czarno-żółty dział „Gry TV & Konsole”, prowadzony przez Gulasha i skupiony na przeróżnych konsolach, od SNESa, przez PlayStation po Jaguara. Jeśli jesteście równie starzy jak ja, to przynajmniej połowa z poniższych tytułów powinna wam coś mówić.

Kopalnią świetnych tekstów jest poradnik o kupowaniu komputera. Po latach zawsze fajnie poczytać o tym, że warto zainwestować w bardziej kosztowną, ale nowocześniejszą płytę główną z PCI, albo żeby BIOS współpracował z plug&play i dużymi dyskami, wiecie, takimi ponad 504 MB. „Jeżeli masz pieniądze, nie wahaj się nad kupnem procesora Pentium”, ale pamiętajcie, że procesory szybsze niż Pentium 90 i Pentium 100 „są na razie zbyt drogie w stosunku do mocy obliczeniowej”. Pamięć, z pamięci jest zawsze beka. „Gardłowe minimum w świetle obecnie wydawanych gier to 4 MB”, ale lepiej zaszaleć i kupić 16, i to jeszcze w najnowszej technologii EDO RAM. Karta graficzna, no cóż, optymalnie 1 MB pamięci. Jak ktoś ma więcej to „uzyska paletę 16 milionów kolorów w wyższych rozdzielczościach, co jeszcze długo nie będzie wykorzystywane w grach – szkoda więc inwestować”.

Dwadzieścia lat później do Tomb Raider na ultra nie wystarcza 4 GB. O, o karcie dźwiękowej też jest dobre: „Karta dźwiękowa musi być, co do tego nie ma wątpliwości”, ha! „Jeszcze w zeszłym roku dysk o pojemności 250MB wywoływał zachwyt. Dzisiaj minimum to ze dwa razy tyle. […] ale w zasięgu ręki są i dyski ponad 1GB.” Wow, cały gigabajt?! Ale to nic, najgorsze że „Przy kupowaniu nowego komputera może zwyczajnie nie wystarczyć pieniędzy na CD-ROM. Jest to jednak rzecz, która nie ominie cię w niedalekiej przyszłości. Pewnego pięknego dnia okaże się, że całe oprogramowanie dostępne w sprzedaży jest wyłącznie na kompaktach.” Tanieją modele z prędkością x4, pojawiają się modele x6, jest nawet wzmianka o pracach (również Polaków) nad „konstrukcją nowej generacji urządzeń, opartych o tzw. lasery niebieskie, które pozwolą na przynajmniej czterokrotnie gęstsze upakowanie informacji na kompakcie.” Tiaa. Przynajmniej końcowa myśl nie straciła na aktualności: „Choćby kupić najdroższy i najnowocześniejszy komputer, zawsze nadejdzie dzień, kiedy trzeba go będzie zmodernizować.” Amen.

Na końcu magazynu znajdziemy Manga Room, którego pierwszy odcinek pojawił się w SS#29. MrRoot na dwóch-trzech stronach opisywał przeróżne filmy i seriale, wykraczające daleko poza to co serwowała nam Polonia 1. Co miesiąc zarażał kolejne tabuny dzieciaków japońską kreską, w lutym opisując m.in. serię Bubblegum Crisis. Dał też cynk, że 12 lutego o 9:40 na Canal+ będzie lecieć Mój Sąsiad Totoro. Adek, nie przegap!

Na tylnej okładce SS prawie zawsze gościły recenzje, przynajmniej do okolic pięćdziesiątego numeru. Ale to, że były na końcu, nie oznaczało, że trafiały tam słabe gry. Wręcz przeciwnie, w poprzednich miesiącach lądowały tam takie hiciory jak Screamer (95%), Primal Rage (~90%), Full Throttle (~95%), Descent (~90%) czy Dark Forces (~95%). W lutym 1996 to zaszczytne miejsce przypadło Destruction Derby (90%), które równie mocno co na same wyścigi, stawiało na bezpośrednią interakcję z przeciwnikami.

Tak pięknie sypiących się karoserii i grupowego stukania mogły mu pozazdrościć wszystkie inne ścigałki. Gra, wydana przez Psygnosis, wyszła spod rąk Reflections, które później dało nam chociażby całą serię Driver. Idę o zakład, że w Criterion sporo osób grało w Destruction Derby zanim studio wpadło na pomysł Burnouta. Na szczęście, jakiś czas po premierze na PlayStation i Saturnie, również „PeCetowcy” mogli doświadczyć tej dobroci, więc i ja w końcu swoje pograłem i doświadczyłem tego dobra na własne oczy.

Przy okazji warto wspomnieć, że reklamy telewizyjne gier wyglądały wtedy jak jingle z ówczesnego, jeszcze skupionego na muzyce MTV. Coś niesamowitego, nie wyobrażam sobie, by jakikolwiek gracz mógł przejść obojętnie obok takiej zajawki. Ja takie rzeczy nagrywałem z zagranicznej kablówki na wideo i oglądałem do zajechania taśmy. Stare reklamy gier to z resztą temat na inny czas, osobny wpis, albo nawet na całego bloga im poświęconego. Sponsorowanego, jakże by inaczej, przez hasło „kiedyś było lepiej”.

Czas kończyć luty i szykować się na marzec. A w marcu jak w garncu: kolejne legendarne wyścigi od Psygnosis; znowu coś związanego ze starym, dobrym MTV; w końcu prawdziwy Warhammer, a nie jakiś tam Warcraft; jakaś mało znana bijatyka na PSX; a przede wszystkim gołe, namydlone cycki!

Razer

PS. Zawsze coś mi się przypomina po czasie. Zapomniałem wspomnieć, że bodajże w pierwszej połowie lat ’90 u kolegi Radka graliśmy na jego 386 w Prince of Persia, Golden Axe, Sim City, Sim Ant, Sid Meier’s Pirates! i Metal Mutant. Tyle, co wtedy w Sim City i Goldena, to się nigdy nie nagrałem. Jak teraz o tym myślę to pewnie to był początek mojego uwielbienia dla brawlerów, w które pocinałem na automatach w każde wakacje spędzane nad polskim morzem.

  • sajet1

    A to powspominam również 🙂 Początki mojego grania przypadają na lata `80 Pierwszą grą którą w całości samodzielnie przeszedłem był FireAnt na Commodore c16 http://plus4world.powweb.com/dl/covers/f/fire_ant_single.jpg i o dziwo gierka była oryginalna (zakupiona we Wro na ofiar oświęcimskich w MicroZeto).
    Secret Service nabywałem od nr1 w drodze do SP55, ale tak naprawdę gazetą, przy której jarałem się jak córka Stannisa był Top Secret, gdzie na przerwie w tej samej szkole miałem mózg roz%j&ny przez recenzję Luka z TS2 :Operation Wolf .Chociaż muszę przyznać, że ze wszystkich okładek pism branżowych zapadła mi w pamięć ta z SS 08 z Metal and Lace;p.W Gamblerze największa beka przy konferencjach Jacka [Dr DeStroyera] Grabowskiego.
    http://booklikes.com/photo/max/220/330/upload/books/a/b/ab1aed949f3ff9264ab03f22aa52c565.jpg

    Co do tamtych czasów znalazłem ciekawy materiał na YT, w którym panowie opowiadają o początkach kafejek internetowych we Wrocławiu, giełdach itp. https://www.youtube.com/watch?v=-uE7uv1fxiI

    • dhoine

      Miałem C16 i grałem w FireAnta. Piękne to było, piękne.

    • Razer

      Nawet nie wiedziałem że istniało coś takiego jak C16. Czy przed C64 było jeszcze jakieś C32? A co z C8? Wiem że było C128, ale do 256 chyba już nie doszli? Swoją drogą to by było dobre, potem by zrobili 512 i 1024, który na wzór Apple nazwaliby 1G. Potem 2G, 4G i tak dalej, jak ajfony 😀

      • sajet1

        Rupiecie C16, C116 i +4 ,ale dopiero 64 i 128 zamieszały na rynku

  • Prez

    Dochodzę do wniosku, że kiedyś było lepiej, gier wychodziło tak samo dużo, ale przynajmniej nie było early access i DLC, a magazyny o grach miały ciekawą zawartość.

    • Rafał Wasiak

      Też dochodzę do takich wniosków. Ktoś powie, że „dziadziejemy”, ale wtedy na prawdę jakość była o niebo lepsza. Sam na przykład przestałem oglądać namiętnie anime jakoś po 2006-2007 roku, a jak do czegoś wracam to właśnie do tych tytułów z lat 90′ bo były ładniejsze, fabularnie ciekawsze, bardziej dopieszczone.

      Łza się w oku kręci normalnie, dzięki za ten artykuł 🙂

      • Berserker

        bo kiedys kazdy chcial byc na swoj sposob oryginalny, konkurencja byla zdrowa i walczylo sie o klienta a dzisiaj pierwszy lepszy randomowy wafel moze zostac Justinem Bieberem i zarabiac milion miesiecznie jak go dobrze wypromuja.

    • Luc Fox

      Teraz wychodzi więcej gier, a co najważniejsze, dłużej żyją, kiedyś po roku gra już była przestarzała, teraz ludzie wciąż grają w tytuły sprzed 6 lat. Wyobrażasz sobie aby za czasów Q3 ludzie grali w DOOMa?
      Magazyny nie miały ciekawej zawartości, miały niesamowity klimat, jak to mówili w Thaks you for playing, były one pisane przez dzieciaki dla dzieciaków.
      Early Access jest bardzo pożytecznym systemem, gdyby nie on wiele gier by się nie przebiło i nie wszyło z fazy zamkniętych testów, tech dem (Dirt Rally, Minecraft), konsolowcy po prostu tego nie widzą.

      Podsumowując kiedyś było inaczej, dobrze to wspominamy, bo to były lata naszej młodości.

      • Razer

        Ciekawa sprawa z tymi przykładowymi 6 latami. 20 lat temu postęp w grach był bardzo gwałtowny. W kilka lat nastąpił przeskok ze sprite’ów na polygony, akceleracja graficzna, OpenGL, DirectX i shadery sprzętowe. Wtedy przez te 6 lat działo się tyle co teraz przez 12, jak nie jeszcze dłużej. Teraz cały postęp spowolnił, a gry są na tyle ładne że wiele z nich już wcale nie potrzeba lepszej technologii, a za 10 lat będą równie atrakcyjne co w czasie swojej premiery.
        Early Access nie budzi we mnie żadnych specjalnych uczuć, ale trzeba przyznać że na jeden udany i sfinansowany pomysł który później odnosi sukces przypadają setki porażek. Dobrze że istnieje, podobnie jak chociażby Steam Greenlight, ale w zasadzie nie zapewnia żadnych gwarancji. Jest tylko narzędziem, to czy zostanie uczciwie użyte zależy tylko od twórcy.

        • Luc Fox

          Różnice między kolejnymi generacjami się zacierają, coraz trudniej stworzyć coś innowacyjnego (przecież koła nie wymyśli się na nowo). Ale to jest naturalna kolej rzeczy, postęp hamuje w każdej dziedzinie, do czasu aż pojawi się jakaś przełomowa technologia. Nadzieja w VR, jednak imo to będzie kolejna moda pokroju 3d.

  • b_one

    Magnetofon to mialem podobny tyle ze Sharpa z szybkim przegrywaniem kaset. muze z mortala mialem na CD, a manga room Roota to bylo cos….

  • Marcin Pasieka

    65 dla Dreamweba? To jest tytul na minimum 85!!!!

    • Razer

      Już ściągnąłem tą wersję freeware, czeka na odpalenie. Chcę to sprawdzić bo podobno InDoor Studios szykuje coś odrobinę zbliżonego do tych klimatów wizualnych.

  • JoeDoe1984

    Piękne czasy…
    Takie, w którym największym zmartwieniem było to, jak wymyślić dobrą wymówkę na to, że u kolegi spędziło się na graniu kilka godzin i „ze szkoły” wraca się dopiero wieczorem 🙂

    • Prez

      Granie u kumpli zawsze było najlepsze! Nigdy nie miałem PSX, więc całe popołudnia spędzałem u ziomka.

      • Razer

        Ja pamiętam jak w liceum kumpel miał pożyczonego PSXa i graliśmy u niego w demo Resident Evil 2. Wtedy to było coś, na pecetach w ogóle nie było gier tego typu, Resident był synonimem konsolowego grania. W końcu wyszedł port i skończyłem go na piecu, ale to już nie było to samo 😉

  • Jakub Antoniuk

    Przeczytane wczoraj do poduszki. Aż się łezka w oku zakręciła jak przypomniałeś o tzw Bazarze Gomółki. Pamiętam Ukraińcach i Ormianach którzy wszystkich zaczepiali. Ale jakoś nie chciałbym aby akurat to wróciło.

    • Razer

      Mogliby sprzedawać wydrukowane kody z g2a, to by było klimatyczne 🙂

  • bejton

    Pamiętam, jak płakałem do mamy, ze chcę prenumeratę Świat Gier Komputerowych, bo kolega kupuje co miesiąc, jest super i ja też chcę. To był rok 1999, wtedy jeszcze były 2 wersje czasopisma (z płytą i bez). Co prawda nie miałem żadnego PC, ale to nie miało znaczenia (Commodore i Pegasus w tych latach się nie liczyły). W końcu udało mi się namówić mamę i wyłożyła na to kasę (kieszonkowego nigdy nie miałem). Pamiętam swoje rozczarowanie, gdy w 1 paczce przyszła Machina – rodzice źli jak sto, bo trzeba było dzwonić (stanonarka, impulsy…) do firmy rozsyłającej, odsyłać na swój koszt i czekać na kolejny numer.

    Niemniej pierwszą gazetą, z jaką miałem styczność to Gry Komputerowe, jakieś wydanie z ’96, z Tenchu 1 na okładce. Screeny były w takiej jakości, że nic z nich nie dało się odczytać, niemniej jarałem się jak dziecko. A potem zaczęło się zbieranie gazet. Część kupowałem, część dostawałem od kolegów, wymianiałem za Tazo, kradłem z biblioteki szkolnej (i tak tylko ja to czytałem). Największym evenementem było jednak znalezisko, które wyżydziłem od kolegi. Pojedyńcze strony, wyrwane z wielu gazet (SS, Gambler itd.), które segregowałem własnoręcznie przez miesiąc. Wiecie – jedna strona recenzji tu, druga tam, część niekompletna.

    Pamiętam, że w pewnym momencie miałem tyle magazynów, że wyszło 11 reklamówek jednorazowych, format XXL, wypchanych po brzegi. Jaki ja byłem głupi, że pozwoliłem rodzicom wyrzucić to w pewnym momencie na śmietnik…