Ni no Kuni II: Revenant Kingdom

Pierwsza część Ni no Kuni wywołała u mnie wiele mieszanych emocji. Potrzeba nieustannego grindu i wykonywania dziesiątek monotonnych misji, źle wyważony poziom trudności oraz średnio przemyślany system zarządzania familiarami, niejednokrotnie doprowadzały mnie na skraj załamania nerwowego. Z drugiej strony, historia młodego Oliviera wzruszała i angażowała, oprawa audiowizualna cieszyła zmysły, a świat przedstawiony w grze był spójny i fascynujący. To właśnie spowodowało, że na najnowszą produkcję Level-5 czekałam z wypiekami na twarzy. Ni no Kuni II: Revenant Kingdom miało być większe, lepsze i przystępniejsze.

Revenant Kingdom zaczyna się niemalże od hitchcockowskiego trzęsienia ziemi. Nowy Jork zostaje potraktowany atomówką, a prezydent USA trafia do równoległego świata. Roland, niczym Luke w Ostatnim Jedi (Naprawdę musiałaś? – dop. Prez) strzepuje z siebie kurz i bez większej refleksji przystępuje do zarzynania kolejnych fal przeciwników. W międzyczasie spotyka młodego królewicza. Evan Pettiwhisker Tildrum, dziedzic tronu Ding Dong Dell, bardzo krótko cieszy się sprawowaną władzą, gdyż w wyniku mysiego puczu zostaje pozbawiony tronu i zmuszony do opuszczenia swojego ukochanego królestwa. W odwecie postanawia założyć nowe imperium i zjednoczyć całe państwo pod sztandarem miłości i pokoju. Jak to w jrpg bywa, gdzieś tam w tle majaczy większe i nieokreślone zło, z którym przyjdzie nam stanąć w szranki pod koniec gry. Historia jest infantylna i prosta jak konstrukcja cepa. Do końca gry łudziłam się, że czeka mnie jakiś wielki plot twist, i że znajdę tam coś więcej niż cierpienia młodego Evana. Niestety, grze brakuje dramatycznych zwrotów akcji, fabuła jest przewidywalna do bólu, a rozwój emocjonalny bohaterów oscyluje gdzieś na poziomie ameby.

Najdziwniejsze jest to, że pomimo miałkiej jak piach fabuły, spędziłam w tej grze ponad 50 godzin. Przebudowanie systemu walki względem pierwszej części wyszło w mojej opinii na plus. Wyeliminowanie familiarów i przerzucenie ciężaru na głównych bohaterów, nadało walce dynamiki i płynności. Uprościło jednocześnie rozgrywkę, sprowadzając grę do roli samograja, który sam się przechodzi. Zerowy poziom trudności spowodował, że nie musiałam zastanawiać się nad używaniem wymyślnych taktyk w starciach z bossami, a i zwykli przeciwnicy byli po prostu chłopcami do bicia (niezależnie od ich stadium zaawansowania). Co więcej, wspomagające nas w walce Higgledies – stworki przypominające zeldowe Koroki, dodatkowo zaniżyły ten, już i tak niski, poziom trudności. W przekonaniu wielu moich znajomych zastosowane rozwiązania zabijają całą przyjemność z gry. Sama jednak przedkładam otoczkę fabularną nad wyzwania stawiane w przechodzonych tytułach.

Skoro już przy Higgledies jesteśmy, wypadałoby napisać o nich kilka zdań. W trakcie wędrówki napotkamy na swojej drodze specjalne kamienie, które po zaoferowaniu odpowiednich przedmiotów nagrodzą nas duszkiem Higgledy. Każdy z nich reprezentuje jeden z sześciu elementów. Liściaste skupiają się wokół magii związanej z leczeniem, ogniste miotają w przeciwników płonącymi kulami, a wodne wspomagają naszą obronę. Każdy z pseudo-koroków ma swoją cechę charakteru. Dobieranie ich na zasadzie przeciwieństw sprawia, że walka staje się jeszcze łatwiejsza.

Na szczęście Ni no Kuni, to nie tylko walka z kolejnymi falami zidiociałych przeciwników. Wspominałam wyżej, że Evan postanawia założyć własne królestwo. Podbój świata zaczynamy od postawienia kilku namiotów, stodoły i kantyny. Żeby Evermore się rozwijało, konieczne jest sprowadzenie do niego nowych mieszkańców. I tu zaczyna się zabawa rodem z Suikoden. Przemierzamy mapę świata poszukując 100 unikalnych bohaterów i próbujemy przekonać ich do zamieszkania w naszych skromnych włościach. Jedni przystąpią do nas bez wahania, inni zażyczą sobie pokonania unikalnego przeciwnika, przyniesienia worka pietruszki albo kapci mocy. Dzięki mieszkańcom nasze miasto rośnie w siłę. Pojawiają się nowe budynki, pozwalające na uzyskiwanie unikalnych zdolności. W zbrojowni wytworzymy coraz potężniejszy oręż, akademia wspomoże nasze zdolności magiczne, okoliczne straganiki zaoszczędzą nam czasu i same zaczną wytwarzać przedmioty niezbędne do tworzenia unikalnych itemków. Ciekawostką jest opera, w której możemy posłuchać całej ścieżki dźwiękowej z gry (o ile podczas zabawy odnajdziemy odpowiednie nuty poszczególnych utworów).

W mieście znajduje się również specjalny budynek odpowiedzialny za zdolności bojowe naszych generałów. Naprawdę, porównanie do Suikoden nie jest tu bezzasadne. W trakcie gry przyjdzie nam krzyżować miecze z oddziałami bojowymi innych królestw. W batalii o dominację nad światem wspomogą nas m.in. pikinierzy, rycerze oraz łucznicy, których ustawiamy w formacji odpowiadającej potrzebom danej walki. Wszystko podane w lekkim i cukierkowym sosie, nie wymagającym od nas umiejętności strategicznych godnych Napoleona.

Warto podkreślić, że przy powstawaniu drugiej części nie brało udziału Studio Ghibli. Tworzeniu Revenant Kingdom towarzyszyła obecność dwóch twórców związanych ze sławnym studiem. Animatora i designera postaci – Yoshiyuki Momose oraz kompozytora ścieżki dźwiękowej – Joe Hisashi. Sama gra, pomimo kilku smaczków, nie wiąże się solidnymi fundamentami z Wrath of the White Witch. Al Mamoon, czy też Hamelin zostały zmiecione z powierzchni ziemi, kontynenty uległy przesunięciu, a na podwalinach starych cywilizacji powstały nowe, tętniące życiem aglomeracje. Jedynym reliktem przeszłości pozostaje Ding Dong Dell, w którym konflikt między grimalkinami (człekopodobnymi kotami), a myszami, osiągnął punkt zapalny. Gdyby nie umiejscowienie wydarzeń w tym samym świecie, w życiu nie nazwałabym tej gry sequelem. Tym samym osoby, które nie miały okazji zagrać we Wrath of the White Witch nie będą czuły się zagubione.

Wizualia prezentują się jeszcze lepiej niż w pierwszej części. Mapa świata jest rozległa, ale jednocześnie przejrzysta i nie przeraża swoim ogromem. Zrezygnowano z ręcznie malowanych lokacji. Jednakże, zastosowanie cel shadingu spowodowało, że feeria bijąca z ekranu jest jeszcze bardziej soczysta. Niektórym może nie spodobać się fakt, że biegamy po niej wersjami chibi naszych bohaterów, jest to jednak bardziej kwestia gustu niż zarzut w stronę tytułu. Ścieżka dźwiękowa cieszy uszy i niejednokrotnie złapałam się na tym, że przerywałam grę, by po prostu posłuchać motywu przewodniego danego miejsca. W pamięć zapada przede wszystkim „Kingdom by the sea”, czyli nuta towarzysząca wizycie w Hydropolis. Niestety, nie jestem w stanie ocenić jakości angielskiego dubbingu, gdyż z założenia w japońskie gry gram zawsze z oryginalnymi głosami postaci. Na minus na pewno należy zaliczyć brak udźwiękowienia wszystkich dialogów w grze. Przypomina mi to trochę Yakuzę, gdzie po długich filmikach wpadam nagle w spiralę przeklikiwania niemych dialogów (Uwielbiam to w japońskich grach – Prez).

Najnowsza produkcja Level 5 słusznie zbiera mieszane opinie. Osoby zachwycone jedynką prawdopodobnie puszczą soczystą wiązankę przekleństw po tym, co zaserwuje im druga część. Ja jednak, po katordze, jaką była dla mnie Wrath of the White Witch, czerpałam niesamowitą przyjemność z tego prostego i mało wymagającego tytułu. Jestem o krok od splatynowania Revenant Kingdom. Udało mi się zwerbować wszystkich mieszkańców oraz wykonać około 90% zadań pobocznych. Fabuła jest nudna jak flaki z olejem, ale wciąż coś przyciąga mnie do tego tytułu. Niewątpliwie może on być dobrym wejściem dla osób, które do tej pory nie miały okazji zagrać w żadnego jrpg. Natomiast ci, którzy na dźwięk słowa jrpg doznają odruchów wymiotnych, powinni sobie od razu podarować przygody Evana i spółki (Nieprawda, ja gram i dobrze się bawię – dop. Prez).

Autorka: Devi

Platforma: PC, PS4

Ni no Kuni II: Revenant Kingdom / Deweloper: Level 5 / Wydawca: Bandai Namco Entertainment / Strona Oficjalna.

  • GooJunPyo ( Jacek Kaleta )

    Czyli w NNK2 gra się dla mechanik i świata a nie fabuły ?

    • Dla łatwej platyny 😉
      A tak serio – fabuła leży i kwiczy, ale i tak chce się grać. Ciekawe, jak daleko dotrze Prez 😀

      • Prez

        Na bank przejdę, ale najpierw muszę dokończyć Ys: Origin!

        • Oddawaj prawdziwego Preza, mangozjebie 😀

          • GooJunPyo ( Jacek Kaleta )

            Jeszcze zacznie lubić pingwiny, to w ogóle 😀

  • b_one

    A co dostali patroni??

    • Prez

      Jacy patroni?

      • b_one

        w mailu:>

  • Blaze OniShiAku

    Dzięki za dobrą reckę, mogę spokojnie poczekać na mocną przecenę. Szkoda bo miałem nadzieję na mocną fabułę, przynajmniej będzie czas na ogranie innych rzeczy xd