Na końcu wchodzą ninja

Gdy ktoś mnie pyta, o czym jest „Na końcu wchodzą ninja” to odpowiedź może być tylko jedna: Stary, a o czym to nie jest?! No, ale taka odpowiedź raczej nikogo nie usatysfakcjonuje, więc spróbuję jakoś to wytłumaczyć. Zacznijmy od początku.

Sasza Hady, a właściwie Aleksandra Motyka, jest autorką kryminałów o prywatnym detektywie Alfredzie Bendelinie oraz współscenarzystką gry Wiedźmin 3. O ile nie znam jej pozostałych książek, to czasem gram w gry, a nawet i zdarza mi się je robić, więc tym chętniej zasiadłem do lektury książki dziejącej się w pudelkowym świecie twórców gier wideo.  Od samego początku jesteśmy rzuceni na głęboką wodę wydarzeń i wierzcie mi, warto dać się porwać falom. Studio Nasty Oranges, po wydaniu trzech części Road to Fort Fraser, postanawia zakończyć serię mocnym akcentem, dlatego też RFF4 ma być spektakularne i epickie. Sytuacja trochę się komplikuje, gdy jedyna osoba, która potrafi utrzymać scenariusz w sensowny sposób, znika, a cała reszta ekipy wciąż sprawia wrażenie jakby nic się nie stało. Z pomocą przychodzi świeżo zatrudniony producent, Marcin Stawecki, który z tworzeniem gier ma tyle wspólnego, co ja z recenzowaniem książek.

Tak z grubsza wygląda główna oś fabularna, wokół której krecą się wszystkie wydarzenia, a tych jest naprawdę sporo, bo i postaci jest dużo. Na tyle dużo, że ciężko było mi zapamiętać wszystkie i miałem problemy z przypisaniem imienia do konkretnej postaci, ale być może to było celowe, bo pewnie dokładnie tak samo czuje się człowiek rozpoczynający pracę w dużej firmie. Wspomniałem wyżej o pudelkowym świecie twórców gier i nie bez powodu. Na ponad 500 stronach „Na końcu wchodzą ninja„, mamy prawdziwą „Modę na sukces„, ktoś z kimś się przespał, ten temu ukradł kobietę, inny ma problemy wychowawcze z córką, tamten jest nieszczęśliwie zakochany. A wszystko to podlewane gamedevovym sosem z dużą domieszką crunchu i pizzy. I nie mówcie teraz, że jak to tak, co mnie obchodzą jakieś plotki, bo dobrze wiem, że każdy z was na pudelku był i czytał z wypiekami na twarzy, co tam u Dody. Świetnie zostało pokazane, że twórcy gier to normalni ludzie, z normalnymi potrzebami i problemami. No może trochę bardziej niewyspani, bo gdzieś w ten czas bycia normalnym człowiekiem trzeba wpisać granie w gry (oczywiście tylko w ramach referencji, a nie dla własnej przyjemności).

Początkowo denerwowały mnie wszędobylskie nawiązania do różnych dzieł popkultury, ciągle miałem wrażenie, że jest ich za dużo, że niby miało być takie mrugnięcie oczkiem od ładnej dziewczyny, ale gdy mruga za często to masz wrażenie, że jest lekko upośledzona. Po jakimś czasie jednak mi przeszło, bo przecież liczy się wnętrze, i cieszyłem się jak dziecko z każdego kolejnego zrozumianego przeze mnie nawiązania. Nie wspomniałem jeszcze nic o humorze, a tego też jest sporo. Najczęściej jest to humor sytuacyjny i nie da się później w sensowny sposób żartów opowiedzieć znajomym, ale na pewno kilka sytuacji przypomni się wam w momencie, gdy nie powinniście się akurat śmiać. Nawet słowniczek pojęć umieszczony na końcu wywołuje uśmiech na twarzy.

Sporo czasu zastanawiałem się czy gdyby przenieść tę książkę w inne realia, to czy czytałoby mi się ją równie dobrze? Na przykład, jeśli Marcin byłby księgowym w dużej korporacji zajmującej się bankowością, a zaginiony Jasiek byłby ważnym człowiekiem od HR… i nadal nie wiem. Na pewno ciężej byłoby wtedy wcisnąć tam ninja i Neda Starka. Na szczęście „Na końcu wchodzą ninja” dzieje się w świecie gier wideo i dzięki temu mamy świetną, zabawną książkę, chyba jedną z pierwszych poruszających tę tematykę – jeśli się mylę, proszę poprawcie mnie w komentarzach. Dla graczy pozycja obowiązkowa, dla niegraczy świetny przewodnik tłumaczący częsciowo nasze dziwne zachowania. Zdecydowanie warto!

Adek

  • Cyprees

    Mroźna Kanada, dzielny traper Noah Finnley w rozpaczliwym rzucie, cudem
    unika szczęk wygłodniałych wilków, a
    świat niknie mu w oczach. Na końcu wchodzą ninja nietypowo zaczynają się, jak
    na książkę opowiadająca o kreatywnym studio Nasty Oranges. Dlaczego? Otóż moi
    drodzy, świat dzikiej Kanday, gdzie egzystuje Noah przenika do umysłów i serc
    naszych bohaterów. A przenika, ponieważ nasz drogi przyjaciel, jest główny
    motorem, silnikiem tego co ma wydarzyć się w najnowszej części gry, nad która
    dzielnie pracują pomarańczki.

    Wszystko układało się jak dotąd dobrze, dopóki dopóty główno-dowodzący,
    dyrektor kreatywny oraz scenarzysta Jasiek Ritmeijer znika bez śladu. A co gorsza, również ostatni, i najnowszy
    scenariusz gry. Na wtajemniczonych pracowników, nie robi to szczególnego
    wrażenia. Natomiast są ludzie, którzy zaczynają się niepokoić tym faktem. Tymczasem
    nowo zatrudniony Marcin Stawecki, próbuje za pomocą wdzięku i pomysłowości,
    niczym Batman, dowiedzieć się o co tak naprawdę chodzi. Dlaczego, firma
    oficjalnie się nie przejmuje? Czemu panuje tajemnicza zmowa milczenia, i co to
    do cholery są iteracje?

    Nowa powieść Saszy Hady, autorki kryminałów o prywatnym
    detektywie Alfredzie Bendelinie oraz współscenarzysta ostatniego Wiedźmina 3.

    Adek, w poprzedniej recenzji starał się opisać czym ta książka jest, bądź też
    stara się być. A próbuje raz lepiej raz gorzej być humorystycznym
    przedstawieniem przeciętnego dnia, pracowników w „gamedevie” Być furtką na świat,
    dla tych którzy z grami mają tyle wspólnego co po włożeniu ich do napędów w komputerach
    i konsolach. Bo tak między bogiem a prawdą, kto by nie chciał by pracować w
    wesołym miejscu, pełnym kolorowych pomieszczeń, wygodnych sof, najnowszych
    komputerów, i mieć stołówkę pod nosem. A co najważniejsze, tworzyć ukochane
    gry, w które tak namiętnie gra. Chrórem krzykniemy razem : „Razem” a nie sory! „MY!”
    Tak moi kochani, wszyscy wyobrażamy sobie, że miejsca takie jak fikcyjne Nasty
    Oranges, to 7 kręg w niebiosach, że siedzi się po prawicy (s)twórców.

    Jednak po przeczytaniu książki człowiek dochodzi do smutnych konkluzji. Ludzie
    cierpią, chociaż wykonują pracę którą kochają, czyli reasumując nie pracują. Bo
    to ich wymarzone miejsce. Ale im dłużej brniemy w fabułę tym bardziej
    uwypuklają się problemy. Chroniczny brak czasu dla rodziny, który bohater
    próbuje wynagradzać wspólnymi wyjazdami z córką. Zaprzepaszczanie wydawało by
    się świetnych związków z ukochanymi, którzy więcej ich widzą wychodzącyh, niż
    będących tuż obok. Spotykamy również bohaterów którzy zatracają się w tym co
    robią. I momentami nie kontrolują swojego życia, a i również tych którzy pod skromnością i
    nieśmiałością, ukrywają swoje problemy. Które wcale nie są błache. Bo mamy tu
    do czynienia z ludzmi takimi jakimi sami jesteśmy, czasem zakompleksionymi, a
    innym razem starającymi się samemu zwalczyć demony przeszłości. Biuro, mimo że
    miejsce do pracy, i crunchowania, staje się ich środkiem wszechświata. A ten
    heliocentryczny momentami staje się surrealistyczny.

    Nie chcę was zniechęcić bo autorka stara
    się przedstawić ten świat jako zwariowany, i pełen dziwacznych, ale jednak
    ludzi. Którzy potrafią sobie dogryzać, wzajemnie z siebie żartować i nie tylko. Widać to w dialogach pewnych osób,
    i to w książce wypada najlepiej. Czyli dialogi bohaterów. Tylko że brakuje
    spoiwa w książce. Historia głównego zaginionego na początku wydaje się być
    wstępem do kryminału, by w połowie olać wątek totalnie a na sam koniec,
    uzmysłowić czytelnika że tak naprawdę,
    mógł się nie przejmować Jaśkiem. Trochę to dziwne, ale niestety do takich
    wniosków ciągnie nas autorka. W pewnym momencie czytania, doszedłem do wniosku
    że w sumie mogło to by być przedstawieniem, na małej scenie. Coś na zasadzie
    Teatrzyku Zielonej Gęsi, gdzie wątki przedstawione w scenkach tylko pozornie
    mają wspólny wątek. I jeśl Itak będzie to czytać, nie ucierpicie. Jeśli
    będziecie się nakręcać na wartką akcję, i fabułę która zapiera dech. Będę zmuszony
    was od tego odwieść, dla waszego dobra. Kilka wątków nie zostało dostatecznie
    wyczerpanych, i zabrakło klamry spającej wszystkiego, co wydarzyło się na
    kartkach książki. Może to z pośpiechu, bo widać w paru miejscach że poszedł
    klaps, a za chwilę opadła kurtyna. I siedzać myślałem, to już? Tak to się
    kończy? Ale czemu?

    Mieszanina imion na samym początku, również was może wybić z rytmu, bo Aśki,
    Jaśki, Tomki i Andrzeje mieszają się, to znikają, to znów splatają się. W
    głowie się może zakrecić, ale bez obaw.

    Bardzo za to urzekł mnie świat gry, jej bohaterowie i podmuchy zimnego powietrza, który wręcz
    wdzierał się mi pod bluzę w czasie podróży pociągami. To jest coś, co wielu
    czytelników doceni, i będzie chciało więcej i więcej. Zwłaszcza gdy za sobą ma
    kolejne posiedzenie w Red Dead Redemption. I z wypiekami na policzkach oczekuje
    dwóch, nadchodzących filmów od Quentina Tarantino i Alejandro Gonzáleza Iñárritu.

    Podsumowanie książki którą się przeczytało, zawsze jest najtrudniejsze. Ale jeśli jesteście ciekawi, jak może wyglądać
    „Mordor na Domaniewskiej” w Warszawie. Jak wygląda życie młodych ludzi,
    chcących pracować w najlepszych firmach, przy najlepszych klientach, a może po
    prostu tworzyć coś dla swojej firmy. Tych samych którzy codziennie przemierzają
    razem z wami, ulice, lub ścisnięci stoją obok was w tramwaju. O tym ile
    wyrzeczeń może kosztować praca, i ile jest się w stanie poświęcić by być na
    jakiś czas usatysfakcjonowanym. A póżniej znów, zacząć te same błędne koło…

    Ocena: 6 na 10 Kuldanów

    • Adrian Kornaś

      Zgadzam się ze wszystkimi zarzutami, ale już kompletnie nie zgadzam się z oceną (Chociaż nie jestem też fanem dawania ocen) Jasne, jest kilka nieścisłości i kilka rzeczy można by zrobić lepiej, ale nie przeszkadza to w czytaniu książki, a przy takiej ilości wątków, kilka niedomkniętych też tak bardzo nie boli.
      Ale widać, że mamy różne podejście do książki, bo wątek ze świata gry średnio przypadł mi do gustu i przy nim ciągle miałem momenty kiedy wreszcie wrócimy do normalnych spraw.

      • Cyprees

        To dobrze, że zupelnie inaczej odczuwamy ksiazke. Niestety, mnie trzymal swiat gry przy tym co dzieje sie dalej. Chociaz, chociaz tam rowniez bylo troche baboli. Niby nie powinno sie stawiac gwiazdek, czy punkcikow przy ksiazce. Ale warto by bylo dac znac, gdzie ta ksiazka sie plasuje. Wiadomo, opinia jak dupa. Ale zawsze moze troche pomoc : )

        • Adrian Kornaś

          Ja lubie takie plotkowanie, może dlatego książka bardziej mi się podobała