Mickey Pisze #2: Tom Cruise znowu w formie

Recenzja najnowszego filmu z najlepszym aktorem, jaki kiedykolwiek stąpał po ziemi (pozdrowienia dla podcastu Masa Kultury!), czyli Mission: Impossible – Rogue Nation, który od 7 sierpnia gości na ekranach polskich kin.

Pierwsza odsłona Mission: Impossible z 1996 roku zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Zagmatwana fabuła, zwroty akcji, efekty specjalne, a do tego jeszcze świetny soundtrack (tak, nie mogłem nie wspomnieć o kultowym motywie przewodnim świetnie zmiksowanym przez Adama Claytona i Larry’ego Mullena) – to tylko niektóre cechy tego bardzo udanego filmu szpiegowskiego autorstwa Briana De Palmy. Co ciekawe, w przypadku kontynuacji zamiast eksploatować konwencję, która się przyjęła, zarządzający projektem wybrali reżysera z zupełnie innej bajki – Johna Woo, a film okazał się raczej (dla mnie mało strawną) parodią gatunku szpiegowskiego (Też tak uważam – dop. Prez).

Kolejne odsłony M:I zmieniały konwencję – każda była zupełnie inna, stawiała na odmienny klimat, podlewała ogólny schemat opowieści o nieustraszonym agencie Ethanie Huncie trochę innym sosem. Po momentami absurdalnym, ale wciągającym, m.in. dzięki efektownym scenom akcji, Ghost Protocol (pamiętacie wspinaczkę Toma Cruise’a po najwyższym budynku świata – Burj Khalifa, prawda?) można się było spodziewać, że kolejna część powinna być poważniejsza, spokojniejsza, bardziej skupiona naszpiegowskich intrygach.

Mission-Impossible-Rogue-Nation1

Czy takie faktycznie jest Mission: Impossible – Rogue Nation? I tak i nie. Z jednej strony faktycznie mamy w tym przypadku do czynienia z dość zaawansowaną intrygą. Przewidywalną (poza jedną naprawdę zaskakującą sceną pod koniec), ale wciągającą. Dużo intryg, podróży, forteli etc. – istna uczta dla osób lubiących takie kino. Z drugiej strony sceny akcji… też daje radę. Żadna z nich nie wgniata co prawda w fotel, ani nie szokuje nowatorstwem, ale są one praktycznie wszystkie poprawnie nakręcone, czytelne i efektowne.

Mocną stroną Rogue Nation, czynnikiem, który ciągnie całość, jest z pewnością gra aktorska głównych postaci. Można Toma Cruise’a nie lubić za to, że jest w życiu prywatnym sekciarzem i oszołomem, ale trzeba docenić jego warsztat i chęć do łamania kolejnych fizycznych barier, mimo 53 lat na karku. Nie chodzi mi już nawet o początkową scenę z samolotem, w której miał nie korzystać z pomocy kaskaderów, ale o całokształt tego, co dzieje się na ekranie. Ponadto w scenach niewymagających aktywności fizycznej, jego Ethan Hunt też jest ciekawą postacią – pewnym siebie, cwanym skurczybykiem, który mimo wszystko popełnia błędy i pokazuje ludzkie uczucia.

mission-impossible-rogue-nation-final-trailer-1107129-TwoByOne

Po raz kolejny w roli lekko fajtłapowatego agenta, ale potrafiącego błysnąć świetnym pomysłem lub szybkim wyeliminowaniem zagrożenia, sprawdził się Simon Pegg. Do postaci Benji’ego dokłada on sporo swojego brytyjskiego humoru, jednocześnie nie czyniąc z bohatera chodzącego comic relief. Odgrywa on też pewną rolę w finale, choć trzeba przyznać, że dość pasywną (dopiero po seansie zrozumiecie ten słaby żart). Za mało w tym filmie było natomiast Jeremy’ego Rennera. Aktor szerszej publiczności znany m.in. z filmowego uniwersum Marvela, bardzo rzadko pojawia się na ekranie, ale gdy już się na nim znajduje, odgrywa swoją rolę co najmniej dobrze.

Na koniec zostawiłem sobie debiutantów. Piękna Rebecca Ferguson w roli rywalki/przeciwniczki/współpracowniczki/potencjalnej kochanki Ethana Hunta wypada wiarygodnie. Jest postacią z krwi i kości, a nie wyłącznie ozdobą. Alec Baldwin za wiele do zagrania nie miał, ale ten materiał, który do ręki dostał, zinterpretował poprawnie. Nie przypadł mi natomiast do gustu występ Seana Harrisa w roli głównego złego. Był zbyt bondowsko-przerysowany, nie pasował mi do, trzymającego przez większą część seansu, poważnego tonu filmu.

maxresdefault

Czas odpowiedzieć sobie na pytanie – czy warto wybrać się na Mission: Impossible – Rogue Nation do kina? Miłośnicy boskiego Toma, a także samej szpiegowskiej serii, nawet się nad tym nie zastanawiali i dawno już poszli. Co jednak z osobami, które ani do jednego, ani do drugiego nie pałają specjalną miłością? Moim zdaniem najnowsze M:I to jeden z najlepszych blockbusterów tego lata. Jeśli więc potrzebujecie lekkiego, przyjemnego filmu (nie ma tu specjalnie brutalnych czy obrzydliwych scen; „to już nie ta era kina akcji” westchnęli zapewne wszyscy fani kina lat osiemdziesiątych) na seans z kubkiem coli i popcornem, to omawiana produkcja powinna być waszym typem. Nie rozczarujecie się.

Recenzja powstała dzięki współpracy Rozgrywki z Cinema City.

CINEMACITY (1)

 

 

  • Tolo

    Byłem, zgadzam się, na rozluźnienie świetny!

  • Berserker

    recka mnie zacheciła, wybieram sie.