Mickey Pisze #1: Ant-Man – Mały, ale czy aż taki wariat?

Recenzja najnowszego filmu Marvel Studios, który od 17 lipca gości na ekranach polskich kin.

Prawa do ekranizacji części najpopularniejszych komiksów Marvela (m.in. X-Men, Fantastyczna Czwórka, Deadpool) należą do innych wytwórni, należało się więc spodziewać, że Marvel prędzej czy później sięgnie po mniej popularne postacie. Takie, o których istnieniu przeciętny konsument popkultury nie ma pojęcia. O Thorze lub Kapitanie Ameryce można było kilka lat temu powiedzieć, że są w Polsce mało znani, ale o Ant-Manie słyszeli tylko najwięksi znawcy opowieści obrazkowych.

Nie oznacza to, że jest to postać mało interesująca. Co to, to nie. Koncept zmniejszania człowieka, noszącego odpowiedni kostium, do rozmiarów mrówki pozwalał scenarzystom i rysownikom komiksów na tworzenie niezliczonych zabawnych, ale jednocześnie kreatywnych, nietypowych sytuacji. Naturalną ścieżką było zrobienie także ekranizacji w lekkim tonie, ze sporą domieszką celowej autoironii.

Ścieżka do powstania kinowego Ant-Mana nie była jednak usłana różami. Nie będę jednak nikogo zanudzał opowieścią o tym, jak wiele było podejść różnych wytwórni i firm producenckich do realizacji tego obrazu, ani o tym, jak w niezbyt jasnych okolicznościach zmienił się reżyser. Delikwentów bardziej zainteresowanych hollywoodzką „kuchnią” odsyłam do sieci – liczące się zagraniczne filmowe strony poświęciły wiele miejsca tym problemom. Na potrzeby lektury recenzji wystarczy wiedzieć, że przygody człowieka-mrówki miały ogromną szansę, aby okazać się filmem przekombinowanym i po prostu słabym. Na szczęście tak się nie stało.

 

antman_mikey_3

 

Ton autoparodii i nie traktowania ani bohaterów, ani intrygi zbyt serio, na szczęście z Ant-Mana w trakcie procesu produkcyjnego nie zniknął. Niektóre dialogi między bohaterami przypominają narrację zastosowaną choćby w moich ukochanych filmach z serii Ocean’s. Brakuje tym scenom może wysokiego poziomu charyzmy, jakim cechowała się większość aktorów z tamtych obrazów, na czele z Clooneyem i Pittem, ale są tak dobrze napisane, że uśmiech sam ciśnie się na usta. Co więcej, nie jest to prosty humor slapstickowy (choć i ten się od czasu do czasu, w racjonalnych dawkach, pojawia), ale zabawy słowem czy charakterami bohaterów.

Nawiązanie do Ocean’s Eleven i kontynuacji nie pojawiło się w poprzednim akapicie przypadkowo. Przez większość czasu Ant-Man to właśnie tego typu obraz – opowiadający o grupce przyjaciół (no, może bardziej „ziomali” w tym przypadku), którzy planują razem wykonać napad stulecia, z nie do końca kryminalnych pobudek. Wtedy też opisywany film sprawdza się najlepiej. Przygotowania do akcji, kompletowanie sprzętu, omawianie szczegółów realizacji, czy wreszcie wprowadzanie zamysłów w życie – te sceny są naprawdę dobrze napisane i bardzo sprawnie nakręcone. Można wczuć się w sytuację bohaterów, a poziom adrenaliny raz czy dwa się w trakcie filmu podnosi.

Z drugiej strony nie nazwałbym Ant-Mana dobrym filmem superbohaterskim. Stawka, o którą walczy Scott Lang (Paul Rudd) wraz z towarzyszami, wydaje się mimo wszystko malutka w porównaniu z tym, czego doświadczyła drużyna Avengersów w Czasie Ultrona (które to wydarzenia są zresztą w Ant-Manie z przekąsem wspominane). Człowiek-Mrówka to też właściwie nie do końca superheros. To bardziej „odrobinę lepszy od przeciętnej” złodziej, który nie ma innego wyjścia, jak uczynić coś wielkiego, aby udowodnić sobie i rodzinie, że chce wyjść na prostą. A nawet owe dobro czyni… poprzez wykonanie skoku na supertajne laboratorium.

Nie jest to bynajmniej dyskwalifikująca cecha, ale musicie być jej świadomi zanim wybierzecie się do kina. Warto też wiedzieć, że kolejny raz nie udało się Marvelowi wykreować charyzmatycznego i choć odrobinę niejednoznacznego czarnego charakteru. Grany przez, znanego m.in. z serialu House of Cards, Coreya Strolla naukowiec i przedsiębiorca Darren Cross jest mało interesujący, jednobarwny i wcale, a wcale nie groźny, ani nawet charyzmatyczny. Tym bardziej szkoda, bo próbujący go zatrzymać i wciągający w całą intrygę Scotta doktor Hank Pym (w tej roli niezawodny Michael Douglas) wypada znacznie lepiej i aż prosi się o równego sobie adwersarza.

 

antman_mikey_1

 

Ostrzeżenie należy też skierować do osób, które lubią, gdy film zaczyna się w stylu Alfreda Hitchcocka – od trzęsienia ziemi. Ant-Man rozkręca się baaardzo powoli. Po pierwszym kwadransie filmu odczuwałem poważne obawy, że zasnę w wygodnym kinowym fotelu (trafiłem na seans prosto po ciężkim dniu w pracy). Na szczęście potem do akcji wkroczyła szalona ekipa nie do końca profesjonalnych włamywaczy i akcja popłynęła wartkim strumieniem.

Kilka słów należy też poświęcić mrówkom oraz towarzyszącym ich obecności na ekranie efektom specjalnym. Te wszystkie malutkie zwierzęta wyglądają bardzo realistycznie, tak przekonująco wręcz, że wizytę w kinie odradzałbym osobom cierpiącym na dowolne związane z owadami fobie. Jeszcze lepiej wypadają momenty, gdy Ant-Man zmniejsza się i rzeczy, które stanowią dla nas normalne składniki codzienności, stają się dla niego zagrożeniem. Czy to tańczący ludzie czy napełniana przez nieświadomego kolegę wanna lub gryzonie żyjące w ścianach budynku – te wszystkie elementy przygotowano z odpowiednią fantazją i nie szczędzono pieniędzy na efekty specjalne.

Nie miałem wobec Ant-Mana specjalnie wysokich oczekiwań. Dzięki temu zostałem pozytywnie zaskoczony. Nie jest to co prawda wybitne kino superbohaterskie (ale takim nie był też film, na który wszyscy znacznie bardziej liczyli, czyli druga część Avengersów). W to miejsce otrzymaliśmy jednak niepozbawiony wad, ale sensowny i zabawny „heist movie” ze zgrabnie wplecionymi elementami typowymi dla marvelowskich letnich przebojów. Do tego, dzięki scenom po napisach (koniecznie zostańcie do ich samego końca, inaczej będziecie żałować), bardzo dobrze wplata się on w przyszłe wydarzenia w Marvel Cinematic Universe. Aż chciałoby się, aby premiera kolejnego filmu z serii, czyli Captain America: Civil War, była za kilka tygodni, a nie dopiero za rok…

 

Recenzja powstała dzięki współpracy Rozgrywki z Cinema City.

CINEMACITY (1)

Specjalne podziękowania także dla Fakes Forge.