Mickey Pisze #4: Smutny Affleck

Batman i Superman, Superman i Batman. Dwaj najwięksi superbohaterowie w historii. Jak dużo by nie zarabiały aktualnie filmy Marvela, to żaden z wykreowanych przez tę firmę herosów nie może się poziomem kultowości i rozpoznawalności dla „zwykłych ludzi” równać z człowiekiem-nietoperzem i człowiekiem ze stali. Nawet Spider-Man, sorry Kazz.

Z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność… czy jakoś tak. W każdym razie od momentu, gdy film Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości został ogłoszony, oczekiwania fanów tylko rosły. Racjonalny umysł sugerował nie nakręcać się przesadnie, w końcu realizowany z grubsza przez tę samą ekipę „Człowiek ze stali” z 2013 był w opinii recenzentów obrazem co najwyżej przeciętnym (ja wręcz dałem mu w popularnym serwisie filmowym ocenę „3/10” i dziś także byłbym w stanie ją obronić).

Za Zackiem Snyderem w trakcie całego procesu powstawania filmu ciągnął się zły PR. Kilka miesięcy temu do mediów przebiła się na przykład plotka jakoby akcjonariusze Warnera obawiali się, że przeciętny widz nie zrozumie „Batman v Superman”. Najbardziej zagorzali fani chcieli wierzyć, że nadchodził trykociarski mesjasz, który okaże się produkcją nawet mroczniejszą i bardziej moralnie niejednoznaczną niż Batmany od Nolana. Chłodny realista mógł już od tego momentu oczekiwać niezrozumiałego, przesadnie „Snyderowskiego” bełkotu.

To określenie idealnie wprowadza nas w dyskusję o samym filmie, który już przecież od kilku tygodni gości na ekranach kin. Jego scenariusz to ledwo trzymający się kupy potwór Frankensteina. Inspiracje kultowymi komiksami, w tym przede wszystkim „Powrotem Mrocznego Rycerza” Franka Millera, a także opowieściami o Supermania – „Śmiercią Supermana” oraz w pewnych elementach „Czerwonym Synem” są widoczne na każdym kroku. Nie byłoby w tym nic złego, są to przecież doskonałe opowieści graficzne (no może poza „Powrotem”, którego akurat ja osobiście nie uznaję za wyjątkowe dzieło).

Problemem jest jednak fakt, iż zbyt duża liczba wątków i postaci połączona z masą niedopowiedzeń powodują u widza znużenie, przechodzące z czasem w oddzielenie się mentalne od opowiadanej historii. Dialogi brzmią też momentami, jakby były pisane przez kilka różnych osób, w kilku troszkę odmiennych tonacjach. Nie da się niestety tej tezy udowodnić bez odwoływania się do konkretnych scen. A nie mam zamiaru odbierać wam możliwości samodzielnego przeżycia tej opowieści i wyrobienia sobie zdania…

… no chyba, że widzieliście zwiastuny, wtedy właściwie poza jednym odważnym krokiem ekipy filmowej (z którego się później niestety sami wycofują) nic was nie zaskoczy. Co też swoją drogą jest fatalną decyzją WB. Do wielu filmów w historii przygotowano trailery, które zdradzały zbyt dużo. Ale żeby pokazać praktycznie CAŁY główny wątek w zajawce? To już brzmi jak nieśmieszny żart.

Szkoda tym bardziej, że w wielu miejscach widać, iż był tu materiał na ciekawy film. Siła Snydera jest na przykład widoczna w pięknych kadrach, dobrze zaplanowanych zwolnieniach czasu i przybliżeniach kamery. Pierwsze 2 akty, mimo powolnego tempa i zbyt częstych (aż cztery w trakcie 2,5h seansu!) sekwencji snów, budują klimat, tworząc w miarę sensowne podwaliny pod starcie legendarnych herosów. Momentami obraz ten sprawia wrażenie zdjęciami i mrocznym, dorosłym klimatem, jakby chciał być drugą częścią „Strażników”. I to bynajmniej nie jest wada. Nie inaczej jak wadą należy natomiast nazwać chałupniczy niemalże montaż. Nie jestem specjalistą od klejenia filmów w spójną całość, ale popełnione w trakcie tego procesu pomyłki zauważy nawet szympans. Cięcia są zbyt ostre, znacznie płynniejsze i sensowniejsze potrafi zrobić większość popularnych jutuberów. Jakby tego było mało, to kolejność prezentowania scen bywa nielogiczna.

Głupie są tutaj niestety również elementy budowania szerszego uniwersum. Fakt, że Gotham akurat „przypadkiem” znajduje się po przeciwnej stronie zatoki od Metropolis, można jeszcze uznać za zrozumiały, bo inaczej niektóre wydarzenia nie mogłyby się na ekranie zadziać. Sposobu, w jaki zaprezentowano nam przyszłych potencjalnych członków Justice League nie można nazwać jednak inaczej jak idiotyzmem, a także zapewne efektem lenistwa autorów scenariusza. Bez sensu jest też udział w filmie Lois Lane. Nie tylko jej dziennikarski wątek zdaje się doklejony na siłę, to jeszcze w finale staje się klasyczną damą w opałach, co psuje budowany do tego momentu przez prawie 2 filmy wizerunek „baby z jajami”, która nie pozwala sobie dmuchać w kaszę.

Podobnie zawiódł mnie Jesse Eisenberg. Jego interpretacja Luthora to skrzyżowanie Marka Zuckerberga z odrobiną szleństwa z gatunku tego prezentowanego przez Heatha Ledgera w „Mrocznym Rycerzu”. Niestety jego motywacji do działania trzeba się domyślać ze strzępek informacji, brakuje jakiejkolwiek manifestacji geniuszu kreowanej postaci (a taki przecież praktycznie zawsze był komiksowy, czy serialowy Lex), a dodatkowo jego plan… gdy się nad nim mocniej zastanowić – jest po prostu bez sensu. Podobnie jak nudny i sztampowy jest przeciwnik, z którym przyjdzie superherosom walczyć w ostatnim akcie. Na domiar złego wygląda jakby urwał się z planu Hobbita albo Władcy Pierścieni, co pachnie recyklingiem assetów.

Uważny czytelnik wie już na tym etapie, że omawiany film ma szereg wad. Pytanie jednak brzmi – czy jest całkowicie nieudany? Nie, ja nie mam zamiaru dołączyć się do chóru mieszających go z błotem internetowych krytyków (i krytykantów). W tym ciemnym tunelu znalazłem na szczęście odrobinę światła. Elementem, który najbardziej pozytywnie wgryza się w mózg w trakcie seansu jest zdecydowanie kreacja postaci Batmana i Bruce’a Wayne’a. Pamiętam jak Internet wybuchł, gdy ogłoszono decyzję castingową Snydera. Ba, sam byłem nastawiony do pomysłu obsadzania w tej roli Bena Afflecka bardzo sceptycznie.

Kolega Matta Damona stanął jednak na wysokości zadania. Jego Batman jest zmęczony dwiema dekadami walki z przestępcami, w trakcie których nic wielkiego nie zyskał, a stracił m.in. rezydencję i wiernego przyjaciela. W efekcie tych ostatnich wydarzeń, porzucił on także swój klasyczny kod moralny hamujący go przed zabijaniem przestępców. Jeszcze bardziej przybliża go to do wizji z komiksu Millera. Sam Affleck natomiast, mimo tego, że scenariusz i rozpisane dialogi nie dały mu łatwego materiału do zagrania, po prostu JEST Brucem Waynem, prawdopodobnie najlepszym z dotychczasowych filmowych milionerów – mścicieli. Nie mogę się swoją drogą doczekać solowego filmu o Batmanie, który cofnie nas do tych wydarzeń – starcie charyzmy Jareda Leto z Affleckiem może okazać się strzałem w dziesiątkę.

Nie tylko występ Batmana należy uznać za udany. Wśród postaci drugoplanowych dwie zasługują na szczególne wyróżnienie. Jeremy Irons w roli Alfreda jest doskonały – bardzo „ojcowski”, a jednocześnie ciepły i rozważny. Holly Hunter także daje radę jako próbująca powstrzymać Lexa Luthora Pani Senator. Szkoda tylko, że oboje są na ekranie bardzo krótko. Za plus uznać należy niektóre motywy muzyczne, na przykład króciutki gitarowy fragment napisany dla Wonder Woman. Z drugiej strony jednak spora część ścieżki dźwiękowej to recykling motywów z „Człowieka ze Stali” i poprzednich filmów z Batmanem. Da się też usłyszeć mocne inspiracje „Mad Maxem”, a na domiar złego czasem trafi się np. mocny, dudniący dźwięk, który totalnie nie pasuje do wydarzeń na ekranie. Ogólnie można powiedzieć, że z kooperacji tak doskonałych twórców z różych pokoleń, jakimi są Hans Zimmer i Junkie XL, mogło wyjść coś znacznie lepszego.

Na koniec pytanie – czy warto pójść na Świt Sprawiedliwości do kina? Tak, zdecydowanie warto. Żartem można by powiedzieć, że po to, aby dowiedzieć się jak nie montować i nie pisać filmów o uwielbianych przez masy superbohaterach. Bardziej na serio natomiast, aby samodzielnie wyrobić sobie zdanie o zepsutym, ale nie całkowicie beznadziejnym filmie, na który internet z powodu swoich wygórowanych oczekiwań był tak wkurzony, że postanowił go zniszczyć…

Recenzja powstała dzięki współpracy Rozgrywki z Cinema City.

  • shenmi_meiren

    w recenzji brak wzmianki o mnie. oraz oceny. 2/10

  • Blaze OniShiAku

    Świetna recenzja. Ja po seansie żałowałem tylko że poszedłem na wersję 3D, które było bardzo słabe oraz że Batmana bijącego po gebach było tak mało. Scena w magazynie przed finałową walką miażdży bardziej niż walka trójki bohaterów z atomowym ogrem. Kto nie widział lepiej poczekać jak na Blue-rayu wyjdzie, ma być wersją r-rated, oraz istotne dla fabuły sceny i chodzą ploty, że ma mieć kinowy re-release z tej okazji.