Mickey Pisze #3: Kosmiczny hodowca ziemniaków

Przed Wami recenzja kolejnego filmu, w którym Ameryka musi wydawać miliony (a raczej miliardy), aby ściągnąć Matta Damona do domu. Kolejnego doskonałego tego typu obrazu, dodajmy.

 

Jeśli zorientowaliście się, że dawno mnie na blogu Rozgrywki nie było (o podcaście nie wspominając, heh), to macie rację. Niesamowicie brakowało mi pisania, ale proza życia nie pozwalała przysiąść na tyle czasu i z  taką powagą do tekstu, aby efekt końcowy jako tako spełniał moje oczekiwania. Teraz jednak po seansie najnowszego filmu Ridleya Scotta nie mam innego wyjścia – muszę swoje wrażenia spisać.

 

Na początku było słowo. W tym przypadku dokładnie, bo „Marsjanin” jest ekranizacją bestsellerowej powieści. Historia sukcesu tego utworu literackiego nie jest jednak prosta i oczywista. Debiutancka powieść Andy’ego Weira nie zyskała na początku uznania w oczach przedstawicieli wydawnictw, kolejne spotkania z agentami okazywały się kompletnymi porażkami. Ostatecznie zdesperowany pisarz zdecydował się udostępniać ją za darmo, w odcinkach, na swojej stronie WWW. Późnej, na prośbę rosnącej grupy wiernych fanów – wypuścił ebooka przez narzędzia Amazonu.

 
marsjanin -0-
 

Wydanie elektroniczne „zażarło” tak dobrze, że nastąpiła sytuacja odwrotna – to przedstawiciele wydawnictw zaczęli dobijać się do drzwi Weira. Ten zdecydował się sprzedać prawa do dalszych wydań Crown Publishing Group, podobno za sześciocyfrową sumę. Naturalną konsekwencją globalnego (także w Polsce) sukcesu tej pozycji była ekranizacja. Charyzmatyczny główny bohater, interesujący, mocno osadzony w rzeczywistej wiedzy świat przedstawiony w powieści, sporo humoru i odrobina wartości edukacyjnej – to były najmocniejsze punkty literackiego pierwowzoru.

 

Jak już widzieliście we wstępie do recenzji, udało się je, niemal wszystkie, przenieść na kinowe ekrany. Na początek ten, bez którego dobrego występu film absolutnie nie mógł się udać, czyli Matt Damon. Tytułowy „Marsjanin” Mark Watney, w którego Damon się wcielił, jest na ekranie, co więcej samotnie, przez ponad połowę czasu trwania całego filmu. Nie jestem wielkim fanem talentu Damona (swoją drogą – jak to możliwe, że on ma już 45 lat?!), ale doceniam dobre występy, takie jak chociażby w „Buntowniku z wyboru”, „Szeregowcu Ryanie”, serii „Ocean’s…”, czy nawet prześmiewczych filmach Kevina Smitha.

 

d33a8d515212de2dd450ec44a2b4155f

 

Występ u Scotta można spokojnie postawić u boku tych powyższych. Damon jest autentycznie zabawny wtedy, gdy powinien być. Co ważniejsze, negatywne emocje, których wybuchy zdarzają się kilka razy pozostawionemu na Czerwonej Planecie inżynierowi, też są oddane bardzo wiarygodnie. Oglądając ten film odnosiłem wrażenie, że aktor po prostu dobrze się bawił odgrywając samotnego, charyzmatycznego, lekko zadufanego w sobie, ale nie pozbawionego uroku Watneya. Może po prostu czuł, że odgrywa samego siebie? Albo wyidealizowaną wersję tegoż?

 

O ile w książce przedstawienie większości, a nawet niemal całej narracji z perspektywy jednej, samotnej osoby może być ciekawą praktyką, to znacznie trudniej sprawdza się to w filmie kinowym. W takiej wysokobudżetowej produkcji jak „Marsjanin”, byłoby to wręcz niemożliwe. Dlatego w stosunku do pierwowzoru procentowo więcej „czasu ekranowego” mają postaci i wydarzenia, które mają miejsce na Ziemi (a w późniejszej fazie filmu także losy załogi, która podróżuje z Marsa na Ziemię, bez Marka, którego uważają za zmarłego).

 

Wśród całej plejady znanych twarzy (SPOILER – Seanowi Beanowi udaje się w tym filmie dożyć do napisów końcowych!) trudno wskazać kogoś,  kogo występ byłby nieudany. Niektóre postaci, na przykład nastoletni geniusz, który wylicza bezbłędnie trajektoria lotu statków kosmicznych, zbliżają się niebezpiecznie do granicy parodii, ale jej nie przekraczają (Donald Glover, rosnąca gwiazda, obserwujcie go – dop. Prez). Plus, nawet gdyby je przekroczyły, to winić należałoby raczej adaptujących książkę do potrzeb kina scenarzystów, a nie odgrywających je aktorów.

 

recenzja-filmu-marsjanin

 

Skoro już o scenariuszu mowa, to ten należałoby uznać za idealny, gdyby nie zakończenie. Przez pierwsze 3/5, a może nawet i 4/5 filmu przeżywamy spójne widowisko, które dodatkowo stara się nas w wielu momentach (nie nachalnie, ale zawsze) przekonać, że gdyby NASA otrzymywała więcej środków na badania i rozwój, to misje załogowe na Marsa byłyby faktycznie możliwe już teraz lub w najbliższej przyszłości. Dodatkowo każda z karkołomnych akcji, której wykonania podejmuje się na Marsie Watney jest przez niego lub ziemskich naukowców w sensowny sposób komentowana. Niestety pachnące mocno bajkową (choć piękną wizualnie!) „Grawitacją” zakończenie trochę zawodzi. Nie będę tutaj nic więcej pisał, jeśli zdecydujecie się obejrzeć film, to sami zrozumiecie o co mi chodziło.

 

Nie można się za to przyczepić do strony wizualnej filmu. Dolina Wadi Rum (zwana także Wadi Ramm), czyli zbudowana z granitowych i piaskowcowych skał największa tego typu naturalna formacja w Jordanii doskonale po zastosowaniu odpowiednich filtrów odgrywa powierzchnię Czerwonej Planety. Ośrodki NASA wyglądają jak prawdziwe laboratoria, a nie jak ich parodie, takie jak np. te w niedawnym „Chappie”.

 

original

 

Sceny rozgrywające się w kosmosie już raz wcześniej porównałem do „Grawitacji”, ale wówczas w negatywnym kontekście. Jeśli chodzi o aspekt wizualny, to ponownie niemalże mogę użyć znaku równowagi, tym razem w kontekście pozytywnym. W „Marsjaninie” nie dzieje się może tak wiele rzeczy na raz, a wszystko to nie robi tak ogromnego wrażenia, z powodu chociażby braku efektu świeżości, ale realizacja ponownie to najwyższa światowa półka.

 

Trudno mi wskazać jakieś ewidentne wady „Marsjanina” poza może zakończeniem – nie tragicznym, ale mniej moim zdaniem udanym od całej reszty filmu. Najwięksi fani książki z pewnością przyczepiliby się do zmian poczynionych względem oryginalnego materiału czy też do wyciętych z fabuły całkowicie elementów. Ja natomiast uważam, że było to widowisko spójne i ciekawe, a także mówiące odrobinę o naturze ludzkiej i naszej woli przetrwania za wszelką cenę. Idźcie do kina póki jeszcze je tam grają!

Recenzja powstała dzięki współpracy Rozgrywki z Cinema City.

 
CINEMACITY (1)

  • BIGPUN

    Super recka, aż chce się iść ponownie na film.

  • shenmi_meiren

    … a gdzie honorowe spomnienie towarzyszki? huh? 😛

    • Mikołaj Dusiński

      Wybacz towarzyszko, obiecuję poprawę!

  • b_one

    Dobre screeny

  • Berserker

    Film dodany do playlisty. PS. Miki czy Mickey autorze, czas sie zdecydowac 😀

    • Mikołaj Dusiński

      Dla mnie tylko Mickey, ale „społeczność” chyba wersję Miki przyjęła…