Metal Gear Survive

Metal Gear Survive nie spotkał się z przychylnym przyjęciem ze strony bandy małych, rozhisteryzowanych dziewczynek, które przy okazji każdego tweeta Kojimy ze zdjęciem chipsów, wpadają w euforię. Fani uznali, że firma mająca, o zgrozo, prawa do marki, nie powinna robić kolejnej odsłony bez Kojimy i zaczęli wystawiać grze negatywne oceny jeszcze przed jej premierą. Otwarta beta, która pokazała tryb współpracy, nie pomogła. Gra ukazała się niedawno i nie dość, że świat się nie skończył, to jeszcze pojawiły się głosy zadowolenia, chociaż średnia ocen wskazuje na średniaka.

Nową produkcję Konami należy traktować jako spin-off serii Metal Gear. Survive dzieje się zaraz po wydarzeniach znanych z Ground Zeroes, ale jest osobną historią… w innej rzeczywistości. Nad zgliszczami bazy Wielkiego Szefa, który dzielnie uciekł z niej z garstką kumpli, bohatersko pozostawiając swoich wiernych żołnierzy na pastwę losu, otwiera się tajemniczy portal, który wsysa fragment morskiej instalacji razem z częścią załogi. Nasz awatar, któremu sami nadajemy imię, wybieramy wygląd, a nawet głos, unika wpadnięcia do portalu tylko po to, żeby umrzeć chwilę później. Na szczęście pojawia się tajemniczy pan Goodluck, który nas wskrzesza i wysyła z ważną misją na drugą stronę, do wymiaru zwanego Dite, gdzie tajemnicza energia zdziesiątkowała planetę, zamieniając całą populację w zmutowane potwory. Na miejscu okazuje się, że czeka nas wiele do zrobienia, bo poprzednie ekipy wysłane do Dite nie żyją, a sztuczna inteligencja, która ma nam pomagać, nie do końca działa jak należy. W dodatku musimy połączyć siły z żołnierzem wrogiego XOF, który dopiero co atakował naszą bazę ze swoimi kolegami, a teraz również znalazł się po drugiej stronie portalu.

Pierwsza godzina gry to filmik za filmikiem i dialog za dialogiem. Więcej tu Kojimy w samym intrze niż w całym Metal Gear Solid V. Bohater też wypada bardziej interesująco niż Wielki Szef, lubiący w wolnym czasie podduszać swoich podwładnych. To właśnie oczami naszego awatara obserwujemy upadek bazy i na jego skórze doświadczamy, jak dzielny Wielki Szef ucieka, niemal nas po drodze nie depcząc. Oto postać, z którą będzie można się zżyć, w przeciwieństwie do tego pustaka z MGS V – pomyślałem w pierwszej chwili. I naprawdę chciałem, żeby tak było. Szybko okazało się jednak, że sekwencja wprowadzająca to zasłona dymna, bo w grze właściwej czekają na nas głównie statyczne plansze z dialogami prowadzonymi przez pozostałe osoby dramatu. Nasz awatar właściwie się nie odzywa. Co więcej, plansze zrobione są w tak mało ekscytujący sposób, że zacząłem się cieszyć, kiedy przestały pojawiać się co 5 minut i mogłem oddać się wreszcie rozgrywce.

Metal Gear Survive ma bardzo wiele wspólnego z MGS V i pomysłami Hideo Kojimy, niestety głównie z tymi najgorszymi, takimi jak otwarty świat, powtarzalne questy bez większego nacisku na fabułę, zbieractwo i crafting, czy wreszcie zajebiście niewygodny interfejs i zarządzanie ekwipunkiem (gra się nie pauzuje w trakcie jego przeglądania). Chwała niech będzie mistrzowi za jego drewno. Co ciekawe, twórcom Metal Gear Survive udało się dorzucić do gry coś jeszcze gorszego – system survival, w którym nie obejdziemy się bez picia i jedzenia. W ten oto sposób przed wyruszeniem na misję, będziemy musieli najpierw zapolować, ugotować sobie żarcie oraz nalać wody do butelek. Potem już tylko czeka nas przekąska co pięć minut i możemy zająć się właściwą grą… czyli zbieraniem wszystkiego, co leży na ziemi, niszczeniem większych elementów, żeby zebrać z nich pomniejsze materiały i wreszcie budowaniem przedmiotów oraz rozbudową bazy. Te elementy rozgrywki bardzo przypominają Fortnite i Fallout 4. A przecież ja tych gier kurwa nie lubię.

Survive na samym początku bardzo wciąga. Klimat post-apo jest tu niczego sobie, przeciwnicy są wymagający i bardzo często trzeba znaleźć na nich sposób, bo konfrontacja z większą grupką to samobójstwo, a pojedyncze potwory spotykamy rzadko. Gra wprowadza skradanie na nowy poziom, ponieważ wymaga tu ono staminy, która zużywa się dość szybko i dlatego warto planować każdy ruch. Przekradanie się na kucaka przez całą mapę nie wchodzi w grę. Wreszcie można też lepiej wykorzystać teren – nasz awatar potrafi się wspinać po skałach i w zniesieniach i rzadko kiedy natrafia na takie nie do pokonania, co przecież w MGS V było nagminne i cholernie irytujące. Teraz wąwóz nie jest już jedyną dostępną ścieżką, więc grupkę przeciwników możemy ominąć wspinając się po skałach, jednocześnie skracając sobie drogę do celu. Potwory w Dite nie potrafią się wspinać tak dobrze jam my, warto więc odciągać je od interesujących nas miejsc, prowokować żeby schodziły za nami w dół, a następnie wykorzystywać przewagę i omijać je górnymi ścieżkami.

Tytuł jest ładniejszy od MGS V. Survive oferuje więcej szczegółów, ładniejsze tekstury, lepsze efekty cząsteczkowe. Nie powinno to chyba nikogo dziwić, bo gra jest niemalże trzy lata młodsza od swojego pierwowzoru. Nie oznacza to jednak, że nowa produkcja Konami jest jakoś szczególnie ładna – MGS V już na premierę nie zachwycał, a Survive to tylko jego podrasowana wersja. Zresztą nie tylko graficznie. Czuć tutaj ducha pierwowzoru na każdym kroku, a mimo wszystko to zupełnie inna gra. Survive w tytule to nie przelewki – bez odpowiedniego przygotowania nie przeżyjemy ani chwili. Sytuacja dodatkowo pogarsza się w strefach z mgłą, w których udusimy się bez aparatu tlenowego. O tlen też oczywiście musimy zadbać, bo kończy się równie szybko jak wszystkie inne surowce w grze. Dokupimy go płacąc Kubanami, walutą pozyskiwaną z pokonanych wrogów i skruszonych kryształów. Momenty we mgle to najbardziej klimatyczne fragmenty zabawy. Zasięg widzenia jest tu mocno ograniczony, a znaczniki na mapie zanikają. Kierunek określamy dzięki światłom stacji teleporterów oraz bazy. Te mrugające światełka to czasem nasza jedyna nadzieja na wyjście z wiecznej ciemności. Oczywiście każde nowo odkryte miejsce zapisuje się na mapie, dzięki czemu później łatwiej jest się poruszać w terenie.

Gra w trakcie zabawy serwuje tutoriale dotyczące kolejnych mechanik, ale i tak miałem wrażenie, że pokazuje niewiele. Reszty musimy nauczyć się sami. Mechaniki są tu bardzo rozbudowane, a mnogość opcji pojawia się wraz z rozwojem naszego awatara i jego bazy. Problem w tym, że surowców potrzebnych na rozwój wiecznie brakuje, a miejsca już raz ograbione, najczęściej pozostają puste – nowych przedmiotów musimy więc szukać coraz dalej od bazy, a śmierć w trakcie wyprawy oznacza utratę wszystkiego, co zebraliśmy i cofnięcie się do ostatniego zapisu, czyli… momentu wyjścia z bazy. Zginąć tu można łatwo, więc szybko uczymy się unikania konfrontacji, kiedy to tylko możliwe. Drugą rzeczą, której musimy się nauczyć, to podnoszenie wszystkiego, co znajdzie się na naszej drodze, tak długo jak długo nie zapełnimy sobie kieszeni. W tej grze naprawdę spędza się mnóstwo czasu na podnoszeniu rzeczy. Co chwilę też trzeba się napić lub coś zjeść, o czym przypomina nam mechaniczny głos sojuszniczej SI. Konieczność ciągłego zaspokajania potrzeb to chyba najbardziej irytująca czynność w całej grze.

Wyzwanie mnie nie przestraszyło. Lubię ten drewniany styl Metal Gear Solid, dam tej grze szansę – pomyślałem sobie. I faktycznie, bardzo szybko wsiąkłem w Dite, zbierając surowce, tworząc nowe przedmioty i rozwijając bazę. Pojawiła się jakaś misja z rozbitym helikopterem, uratowałem pielęgniarkę, wreszcie wszedłem do zniszczonego bunkra, gdzie klimat zrobił się gęsty i po raz pierwszy spotkałem pana Brukselkę. Stwierdziłem, że dobrze się bawię. Po wyjściu z bunkra moim oczom ukazał się ogromny potwór rodem z Mitologii Cthulhu, który leniwie sunął przez mgłę, niczym w opowiadaniu Stephena Kinga. Byłem zachwycony! Zabawa mocno kojarzyła mi się z rozgrywką w State of Decay, z którym spędziłem mnóstwo czasu. Przygotuj się do wyprawy, wytwórz strzały do łuku, napraw maczetę, idź zebrać kolejną porcję danych, a wracając zapoluj na dzikie zwierzęta, żeby upiec mięsto potrzebne na kolejną wyprawę. Do tego walka wręcz jest tu całkiem rozbudowana, dzięki mnogości dostępnej broni i skilli. Nawet dobrze się walczy jak na takie drewno.

Tylko dlaczego tu ciągle wszystkiego brakuje? Dlaczego ten wieczny grind? Przyniosłem nawet ziemniaka z misji. Posadziłem go w bazie, wysłałem pielęgniarkę, żeby podlewała poletko. Gra wyświetliła mi informację, że ziemniaki będą za 200 minut. 200 minut realnego czasu. Można grę wyłączyć i wrócić po trzech godzinach, ale do cholery, przecież to nie jest Farmville! Po upływie tego czasu dostałem dwa ziemniaki. Zbudowałem też zbiornik na deszczówkę. Czekałem 120 minut. Dostałem jedną butelkę z czystą wodą. Szybko zrozumiałem, że dalszy postęp nie będzie łatwy. Odkryłem dzienne wyzwania, takie jak. zabicie 3 wilków, oraz nagrody za nie – 20 śrubek… Ja wiem, że nie od razu Mother Base zbudowano, ale to jest już przegięcie. Na szczęście są skrzynki z lootem (surowce, broń, kosmetyka), które czasem znajdujemy, jest też sklep z mikropłatnościami. Cały ten grind wydał mi się mocno podejrzany. Czy naprawdę muszę płacić, żeby mieć te cholerne surowce?

Stanąłem przed ścianą nie do pokonania, kiedy ściągnąłem do bazy nową maszynę. Jej uruchomienie wywołało atak hordy (to zresztą trzon zabawy, również w trybie kooperacji – uruchamiamy jakąś maszynę i przez kilka minut bronimy się przed atakiem), z którym nie byłem sobie w stanie poradzić. Po kilku porażkach uświadomiłem sobie, że przecież to gra z naciskiem na kooperację. A może by tak zaprosić innego gracza do pomocy? Niestety nie ma bata, KAMPANIA JEST TYLKO DLA POJEDYNCZEGO GRACZA. Kto wpadł na ten pomysł? To chyba jeszcze jakiś genialny plan, który wymyślił sam Kojima. Naprawdę, nie rozumiem jak można było wymusić granie w pojedynkę. To po co jest w ogóle tryb kooperacji? Dla grindu. Wpadasz na meczyk, pykacie sobie w czwórkę 20 minut, dostajesz w nagrodę surowce, które możesz wykorzystać w swojej bazie. Czyli nawet nieźle – jeśli brakuje ci śrubek, wbijasz do kooperacji, pykasz z typami i wracasz do kampanii.

JEST TYLKO JEDEN HACZYK – misje na “easy” zaczynają się od 20 poziomu, co w praktyce oznacza, że po wielu godzinach spędzonych w kampanii nadal jesteś leszczem. Możesz więc stać w miejscu i obserwować, jak koledzy z drużyny, na prestiżowych poziomach, uzbrojeni w niewidzialność, robią wszystko za ciebie. Jeśli nie masz dla siebie szacunku, możesz tak spędzić kilka sesji, zebrać materiały i wbić sporo poziomów. Może wtedy poradzisz sobie w kampanii i zobaczysz, co dzieje się dalej. Ja nie mam zamiaru. Nie żałuję tych dwóch, długich dni spędzonych z Metal Gear Survive, ale dopóki twórcy nie wprowadzą do kampanii kooperacji, albo chociaż nie popracują nad balansem rozgrywki, nie mam zamiaru wracać do Dite.

Autor: Prez

Platforma: PC, PS4, Xone

Metal Gear Survive / Deweloper: Konami / Wydawca: Konami / Strona Oficjalna.

Grę otrzymaliśmy do recenzji od polskiego wydawcy – firmy Techland.