Mario ratuje nie tylko księżniczki

Dziś, czyli 23.06, przypada 21. rocznica debiutu (na rynku japońskim) jednej z najlepszych i najważniejszych gier wszech czasów, czyli Super Mario 64. W związku z tym, za pozwoleniem Cooldana, pozwoliłem sobie odgrzebać swój tekst ze śp. portalu niezgrani.pl (oryginalnie opublikowany w sierpniu 2013) o tym jak pierwsze trójwymiarowe przygody wąsatego hydraulika pomogły mi w walce z depresją…

Thank you Mario! But our princess is in another castle!” Nie wierzę, aby istniał czytelnik Niezgranych, który nie kojarzy tego cytatu. Dokonania wąsatego hydraulika dla mnie stanowią jednak coś więcej niż wspomnienie z dzieciństwa.

Przygodę z grami wideo rozpocząłem od produktu Jacka Tramiela, a konkretnie komputerka Atari, najpierw z magnetofonem, a później „supernowoczesną” stacją dyskietek 5.25 cala (tych dużych, cienkich, czarnych). Szybko jednak pojawiła się fascynacja konsolami, której pierwszym źródłem był oczywiście czysto polski fenomen – Pegasus. Sam tego cuda nie posiadałem, ale miało go kilku znajomych i sąsiadów, więc NESowe klasyki oraz ich dziwaczne pirackie przeróbki (Mortal Kombat vs Street Fighter, FTW!) pożarły mi łącznie wiele godzin z życia. Jednak na poważnie fenomenem konsolowego grania zainteresowałem się wraz z pojawieniem się w magazynie Secret Service odpowiedniego kącika. Do dziś pamiętam te czarne, ewidentnie odróżniające się od reszty strony, na których Gulash starał się przekonać czytelników, że PC to nie wszystko. Recenzja Mario 64, połączona z lekturą wielkiego testu nowej konsoli Nintendo w konkurencyjnym Gamblerze, sprawiła, że postanowiłem namówić rodziców na zakup nowej maszynki.

Trochę to trwało, ale ciągłym gadaniem o wspaniałości produktu Nintendo (oraz dobrymi stopniami w szkole, nie będę kłamał) przekonałem ich o słuszności wydania ok. tysiąca złotych na Nintendo 64 z pierwszą w pełni trójwymiarową grą z hydraulikiem w roli głównej. Jeśli weźmiecie pod uwagę skumulowaną szesnastoletnią inflację, to dziś byłaby to kwota  ok. 1,700. Możecie sobie więc wyobrazić, że dla młodych rodziców (przy jednocześnie dużo niższych niż obecnie pensjach) było to ogromne poświęcenie.  No ale dziecko się uparło, więc dopięło swego.

Mario 64 stanowiło przełom. Oczywiście nie była to pierwsza gra w 3D, ani nawet pierwsza trójwymiarowa platformówka. Swoją złożonością, różnorodnością przedstawionych światów i zakodowanych w ich ramach zadań kładła jednak na łopatki wszystkie gry, które pojawiły się wcześniej i wiele tych, które wydano później. Magikom z Nintendo udało się na ośmiomegowym cartridge’u zmieścić świat równie bogaty, jak w topowych pozycjach z PSXa, który wykorzystywał przecież mieszczącą 700 MB płytę CD jako nośnik. Dodatkowo była to gra dość trudna do wymasterowania, a więc zaoferowała mi kilkadziesiąt godzin świetnej zabawy.

Niestety idylla nie trwała długo. Gdy zebrałem wszystkie 150 gwiazdek trzeba było zainteresować się innymi tytułami. Nabyłem więc Mario Kart 64 i ten tytuł też godzinami męczyłem (choć już takiego efektu wow nie było). Na kolejne gry nie było mnie stać, a w mojej małej rodzinnej miejscowości udało mi się znaleźć tylko jedną inną osobę posiadającą maszynkę Nintendo. Dzięki temu pożyczyliśmy sobie nawzajem gry, a ja poznałem Wave Race 64 (wówczas nie mogłem uwierzyć, że ktokolwiek będzie w stanie stworzyć w grze jeszcze bardziej realistyczną wodę) i filmowe GoldenEye 007. Po kilku kolejnych tygodniach nie było już chyba w mojej Mławie gry na N64, której bym nie miał zaliczonej.

Wówczas do akcji wkroczyli moi rodzice, którzy stwierdzili, że jak tej zabawki się pozbędę to za jakiś czas kupimy nowego PCta. Przystąpiłem na tę propozycję, bo nie dość, że mógł być on przydatny do nauki (tjaaa) i korzystania z nabierającego wówczas znaczenia Internetu, to nawet nie piracąc można było mieć dzięki kolegom i czasopismom z dołączonymi grami dostęp do kilku lub nawet kilkunastu tytułów miesięcznie. Nie bez znaczenia była też zbliżająca się data premiery Diablo 2. Swoją drogą zbliżała się ona prawie tak samo długo jak niedawno „trójki”). Później miałem inne konsole, m.in. PS2, GameCube’a czy różne Gameboye. Jednakże sentyment do Nintendo 64 gdzieś w sercu pozostał.

Przewińmy akcję o kilka lat do przodu. Jestem już wówczas osobą prawie dorosłą (przynajmniej w sensie wieku) i przeżywam jeden z najtrudniejszych momentów w dotychczasowym życiu. I nie chodzi tutaj bynajmniej o jakiś błahy problem, który wówczas wydawał się wielki, ale po prawie dekadzie, która minęła od tego czasu jego wspomnienie przywołuje wyłącznie uśmiech na usta. Mówimy o poważnej sprawie, problemie z którym długo nie umiałem sobie poradzić i który niszczył mnie powoli od środka. Przez kilka tygodni czułem się coraz gorzej, trudno mi było znaleźć sobie miejsce w otaczającym świecie, bliscy coraz mocniej panikowali. Wówczas wyczytałem gdzieś, że w trudnych momentach niektórzy ludzie są w stanie stworzyć sobie jakąś „bezpieczną przystań”, miejsce lub czynność, które odrywają ich od, nawet najgłębszych, problemów życiowych. Niedługo po tym uświadomiłem sobie, że przywołanie wspomnień z dzieciństwa, tej niewinnej, niczym nie ograniczonej przyjemności z obcowania z nowinkami elektronicznej rozgrywki może spełnić tę funkcję w moim przypadku.

Przeczesałem więc serwisy aukcyjne w poszukiwaniu nowego Nintendo 64 z Marianem. Nie chciałem kupować egzemplarza używanego z wyeksploatowanym joypadem (swoją drogą umieszczona na nim gałka analogowa była ogromną innowacją, ale jako że była jedną z pierwszych, to jej trwałość pozostawiała WIELE do życzenia). Wreszcie, udało się! Jakiś człowiek z niedalekiego Ciechanowa pozbywał się nowego, zafoliowanego zestawu, konsoli wraz z poszukiwaną przeze mnie grą. Kilka kliknięć i już dzwoniłem, aby umówić się na odbiór. Sama wizyta u owego sprzedawcy stanowi materiał na ciekawą opowieść, ponieważ był to człowiek na oko blisko czterdziestki, mąż i ojciec, który zbierał wszystkie możliwe gry i sprzęty do grania, także te niedostępne w Europie. Mało tego, wiele z nich (tak jak to właśnie było z N64) miał w dwóch egzemplarzach – jednym do grania, a drugim, nieotwieranym w kolekcji. To dopiero była zajawka na kolekcjonowanie. Niestety nie miałem przyjemności ujrzeć jego pełnych zbiorów, ponieważ był właśnie w trakcie (zapewne z powodów budżetowych) wyzbywania się części wciąż atrakcyjnych dla graczy sprzętów.

Przyjazd do domu, rozpakowanie pudła, podłączanie kabli. Wszystkie te zwykłe czynności nosiły dla mnie znamiona magii. Ponownie dałem się wessać do kolorowego świata Mario 64. Ponownie nie spocząłem zanim nie wykonałem wszystkich dostępnych w grze zadań. Trwało to tym razem zaledwie kilka wieczorów, ale pozwoliło mi ustabilizować myśli, oczyścić głowę ze zbędnych treści. Oczywiście, gierka nie rozwiązała za mnie żadnych problemów, bo niby jak miała to zrobić, ale stanowiła istotnych czynnik motywujący.

Niedługo później bigN skręciło bardzo mocno w stronę odbiorcy casualowego, postawiło na kontrolery ruchowe, do których nigdy nie byłem się w stanie przekonać. Nie nabyłem ani Wii, ani DSa ani tym bardziej pozbawionego po dziś dzień porządnego wsparcia WiiU. Ale faktu, że ich flagowy tytuł pomógł mi w bardzo trudnych chwilach nigdy im nie zapomnę. I choćby do końca świata wydawali tylko kolejne odsłony Wii Fit i Wii Music, to będę miał do nich szacunek.

Autor: MickeyD vel misiek_86

Platforma: N64

Super Mario 64 / Deweloper: Nintendo / Wydawca: Nintendo / Strona Oficjalna.

  • serber

    Urzekla mnie twoja historia…i mowie to zupelnie powaznie. Bardzo fajny tekst 🙂

  • Co prawda pierwszą konsolą była Amiga CD32 ale traktowałem ją bardziej jako tani zamiennik dla A1200, czyli bardziej jako łatwą przesiadke z A500 + późniejsza rozbudowa do pełnoprawnego kompa.

    Dopiero pierwszą konsolą kupioną przeze mnie dla konsoli był PSX i za chwile N64. Obie konsole były u mnie zmieniane jak rękawiczki. PSX – Ridge Racer , Tekken, Wipeout, potem zmiana na Mario 64, Turoka, WaveRace, potem powrót do PSX, potem wymiany z kolegą na konsole i tak w kółko aby grać na dwóch platformach posiadając na raz jedna 😉 To były szalone i bardzo fajne czasy…