Ken Levine w Strefie Mroku

Kilka dni temu pisałem w Codzienniku o tym, że Ken Levine będzie tworzył (przynajmniej na początku) nową Strefe Mroku, która tym razem ma być „serialem interaktywnym”. Rafał Jasiński – twórca bloga poświęconego serialowi postanowił odnieść się do tego faktu tym interesującym komentarzem. Warto przeczytać. /Cooldan

W ubiegłym tygodniu świat zelektryzowała wiadomość, że nie kto inny, jak twórca popularnej i uznanej przez graczy serii gier BioShock zamierza wskrzesić „Strefę Mroku”. No, dobrze. Szczerze mówiąc, wiadomość zelektryzowała głównie podobnych mi nerdów, którzy pamiętają jeszcze, czym była oryginalna „Strefa Mroku”. Pytanie, czy sam serial funkcjonuje w zbiorowej (pod)świadomości na tyle silnie, by wzbudzać jakiekolwiek emocje, pozostawiam otwarte. Fani wcześniejszych dokonań Pana Kena Levine – dokonań z poletka szeroko rozumianej komputerowej rozrywki – z pewnością nie przeszli obok tej informacji obojętnie, zwłaszcza, że o ile mnie pamięć nie zawodzi, a ignorancja w tej dziedzinie nie zwodzi, to dżentelmen ów porzucił ostatnio serię, z którą był od wielu lat silnie związany i przez graczy kojarzony. W powietrzu wisi starcie dwóch różnych frontów – starych ramoli, kochających oryginalną „Strefę Mroku” i graczy, którzy – wiem, generalizuję – z perwersyjną radością zareagują na wrzucenie kolejnego kamyczka do, szeroko rzecz ujmując, mainstreamowego ogródka, przez reprezentanta ich ukochanego medium.

Złośliwości na bok. Bardzo cenię twórczość Pana Levine – na tyle, na ile pozwala mi na to doświadczenie płynące z obcowania z jedną grą, w tworzenie której był zaangażowany, czyli BioShock: Infinite. I tu, w moim przypadku, pojawia się zasadniczy problem – nie mam odpowiedniego punktu odniesienia. Nie jestem koneserem jego twórczości i prawie nic nie wiem o tym człowieku. Czy daje mi to prawo krytykowania? Do diaska, oczywiście, że nie! Swoją krytykę zmuszony jestem oprzeć na tych pierwszych, początkowych przesłankach, płynących ze szczątkowych informacji na temat reaktywacji „Strefy Mroku”. Jakkolwiek, nieskromnie rzecz ujmując, moja wiedza na temat samej SM daje mi niejako prawo, by spróbować pokrótce nakreślić, dlaczego podejście Pana Kena Levine jest mi tak bardzo nie po drodze i dlaczego, śmiem twierdzić, ma niewielkie szanse, by podbić serca zagorzałych fanów twórczości Roda Serlinga.

396559-twilight-zone

Tym, którzy nie mają pojęcia, czym była oryginalna, emitowana w latach 1959 – 1964 „Strefa Mroku” należy się krótkie wyjaśnienie. Skracając opowieść do niezbędnego minimum, SM była serialem-antologią, co tydzień zabierającym widza w podróż do dziedziny niesamowitości. Prezentowano w niej historie z pogranicza fantastyki i horroru, niejednokrotnie mocno zabarwionych sporą dawką zwykłego ludzkiego dramatu i tragifarsy. Powołana do życia przez uznanego scenarzystę Roda Serlinga, „Strefa Mroku” była jego próbą ominięcia ograniczeń, silnie krępujących jego kreatywność. Ograniczeniami tymi była polityczna poprawność, obowiązująca w tej epoce amerykańskiej telewizji, oraz – w równym stopniu – wpływ sponsorów. Ten swoisty eskapizm w science-fiction, pozwalał Rodowi Serlingowi na przemycanie w „Strefie Mroku” tematów i koncepcji, które bezlitosne ostrze cenzury wycinało ze skryptów pisanych przez niego wcześniej na potrzeby innych, „poważnych” antologii telewizyjnych. Uwierzcie mi, cenzura w Stanach Zjednoczonych Roku Pańskiego 1959 nie była wcale bardziej życzliwa twórcom, niż w Polsce za czasów „komuny”. Rzecz jasna, podłoże polityczne było zupełnie inne, ale o pewnych sprawach, delikatnie rzecz ujmując, mówić nie było wolno. A tym bardziej pokazywać ich na ekranie. Co innego, jednak pokazać w złym świetle rząd z okresu Eisenhowera, a co innego wytknąć błędy senatorów, będących androidami w roku 2057.

Samo stworzenie „Strefy Mroku” było momentem przełomowym, nie tylko w historii telewizji, ale też w historii kina per se. Konsekwentnie rozwijana, wielokrotnie przełamująca utarte schematy, zarówno w materii opowiadanych historii, jak i zupełnie nowych, niespotykanych wcześniej zabiegów realizacyjnych, „Strefa Mroku” miała niebagatelny wpływ na całe pokolenia filmowców, pisarzy, ba, nawet muzyków. Każdy epizod zdawał się sięgać dalej i dalej, zaskakując widzów i zyskując rosnącą popularność. „Strefa Mroku” była tym unikatowym przypadkiem dzieła, które zgromadziło rzeszę niezwykle utalentowanych ludzi, od wybitnych aktorów począwszy, poprzez scenarzystów, na reżyserach, prezentujących niejednokrotnie wizjonerski geniusz, skończywszy. Efekty wpływu „Strefy Mroku” oglądacie prawie codziennie, nawet nie zdając sobie z tego sprawy – ba, pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że od tamtego okresu nie powstało dzieło (by nie być posądzonym o przesadę dodam: „dzieło w obrębie gatunku”), które w większym, bądź mniejszym stopniu, nie nawiązywałoby do „Strefy Mroku”. Dość powiedzieć, że był to serial, który do masowej świadomości wprowadził pojęcie „twistu” filmowego.

asd

Mamy rok 2016. Pan Ken Levine, utalentowany artysta i zadeklarowany fan „Strefy Mroku” zamierza „ponieść pochodnię” zapaloną ponad pół wieku temu przez Roda Serlinga. Czy mu się to uda? Historia wielu reaktywacji pokazuje, że nie można dwukrotnie wejść do tej samej rzeki. O ile, oglądana dzisiaj „Strefa Mroku” z lat 1985 – 1989 ma swój, wypływający głównie z nostalgii za latami osiemdziesiątymi, urok (choć – będąc zupełnie szczerym – całość ogląda się całkiem przyjemnie), to jest to serial o klasę gorszy, od oryginalnej serii Roda Serlinga. Próbę wskrzeszenia w latach 2002 – 2003, pominę milczeniem. Obu późniejszym serialom brakowało tego czegoś – tej trudnej do określenia cząstki, która sprawia, że czujemy, iż za dziełem, z którym dane jest nam obcować, stoi prawdziwa, niewykalkulowana pasja. Uwierzcie mi, jest to „coś”, co sprawia, że oglądany po raz n-ty odcinek oryginalnej „Strefy Mroku”, dostarcza tak samo intensywnych wrażeń, jak widziany po raz pierwszy.

Zapytacie – kto inny, jeśli nie fan pokroju Kena Levine, powinien zabrać się za kontynuowanie dzieła Roda Serlinga? Jak pokazują ostatnie dokonania fanów, zwłaszcza na poletku komiksowych adaptacji, ma to sens. Jakkolwiek, koncepcja Kena Levine’a zmroziła mi krew żyłach. Rod Serling przełamywał granice, takoż Pan Levine pragnie granice przełamywać, dostarczając widzom czegoś, czego jeszcze w telewizji nie widzieli – oto publiczność będzie miała wpływ na wydarzenia dziejące się na ekranie. Pominąwszy fakt, że w większości gier, jakże przecież filmowych, taka możliwość została nam dana już dawno temu, to zjawisko serialu interaktywnego też nie jest niczym nowym w historii telewizji (nawiasem mówiąc, już w serialu radiowym p.t. „Dr. Christian”, emitowanym w latach 1937 – 1954 przez CBS, słuchacze mieli niebagatelny wpływ na losy głównego bohatera).

37

Nie znam dogłębnie koncepcji Pana Levine’a, ale… Owo bombastycznie brzmiące „przełamywanie granic” nijak się ma do tego, czego dokonał swego czasu Rod Serling. W „Strefie Mroku” tanie sztuczki były passe – sięgano do nowych metod, bardziej efektownych, mimo iż trudniejszych do zrealizowania, rozwiązań technicznych, ale nade wszystko, liczyła się sama historia, podparta rewelacyjnym aktorstwem. Rod Serling i jego ekipa starali się, by pod płaszczykiem opowieści niesamowitej, atrakcyjnej dla widza historii science-fiction, fantasy, bądź horroru, przekazać coś więcej, nadając im odpowiedni ciężar dramatyczny, lub wpisując w celnie opisującą aktualną kondycję ludzką farsę. Czy Ken Levine ze swoją wizją „Strefy Mroku” jest w stanie sprostać wymogom, które – z pewnością – stawi mu rzesza podobnych mi dziwnych ludzi? Z chłodną obojętnością życzę mu wszystkiego najlepszego, zabierając się za kolejny z klasycznych odcinków „Strefy Mroku”.

P.S. Zapytany „jeśli nie Ken Levine to kto?” bez wahania odpowiedziałbym Charlie Brooker, którego seria „Black Mirror” jest najlepszą (w cudzysłowie) „Strefą Mroku”, jaka powstała po roku 2000. Choć mocno skupiony na aspektach szeroko pojętej socjalizacji mediów, w kwestii tego, co ma do powiedzenia o ludziach epoki, Charlie Brooker jest, używając modnego określenia, jedynym „duchowym spadkobiercą” Roda Serlinga, jakiego jestem w stanie zaakceptować.

P.P.S. Fanów dokonań Kena Levine’a proszę o dostarczenie mi kontrargumentów przemawiających za tym, że mój fanowski, spaczony ślepym uwielbieniem Roda Serlinga, umysł, może się mylić. Serio, chciałbym się dowiedzieć więcej o korelacji jego dzieł ze „Strefą Mroku”, która to korelacja jest podobno jasna dla osób zaznajomionych z jego dotychczasową twórczością (powołując się na słowa samego Levine’a.).