Kartka z kalendarza, 29 stycznia – Need for Speed: Porsche / Martin Schmitt

Witajcie w Kartce z kalendarza. Mamy niedzielę, 29 stycznia, dla uczniów 5 województw jest to ostatni dzień ferii, więc jeśli wasze pociechy są w tej grupie zalecam, aby wykorzystały ten dzień aktywnie a nie łupały w LoLa. Obchodzimy dzisiaj Światowy Dzień Trędowatych oraz Dzień Składanki i Łamigłówki. Dzisiejsza Kartka z kalendarza pod znakiem dobrej, niemieckiej jakości – giereczki reprezentuje Need for Speed: Porsche (i Paweł Płocharski z podcastu DoDechy) a dzisiaj wyjątkowo sport skoczek narciarski Martin Schmitt.

Miłej lektury.

Need for Speed: Porsche

Jażeli zapytać miłośników wirtualnych wyścigów, jaka jest ich ulubiona seria to zapewne 3/4 pytanych odpowiedziałoby, że Need for Speed. Gdyby dodatkowo dopytać którą część serii wspominają najcieplej to w czołówce z całą pewnością znalazłby się siedemnastoletni Need for Speed: Porsche. Tytuł zadebiutował na pierwszym Playstation 29 stycznia 2000 roku dzięki pracy ludzi z francuskiego studia Eden Games, twórców późniejszej serii Test Drive: Unlimited. Wydane w późniejszym czasie wersje na PC oraz Game Boya Advance były dziełem innych studiów i bazowały na pierwowzorze z PSX-a.

Need for Speed: Porsche było odsłoną serii, która skupiła się wyłącznie na samochodach z jednej stajni, niemieckim Porsche. Poprzez prowadzenie zarówno najstarszych historycznych modeli, jak i najnowszych prototypów można było zapoznać się z całą historią legendarnej firmy. Największą atrakcją tytułu nie była standardowa kampania dla pojedynczego gracza czy tryb rywalizacji sieciowej a dodatkowe tryby – Factory Driver (tryb kierowcy testowego) oraz Evolution.

Tryb Factory Driver był najbardziej wymagający. Należało w nim przejść przez serię trudnych testów w określonej z góry kolejności, bez zdania choćby jednego nie była możliwa dalsza zabawa. Zadania polegały choćby na przejechaniu w odpowiedni sposób placu testowego ze specjalnie poustawianymi pachołkami, jak i dostarczenia nowego Porsche na drugą część miasta do klienta w ściśle określonym czasie oraz nienaruszonym stanie. Za wykonanie zadań byliśmy wynagradzani unikalnymi modelami w trybie Evolution.

Evolution zaś było trybem wyścigowym, w którym wraz z upływem czasu i progresem rozgrywki dostawaliśmy do dyspozycji coraz nowsze i mocniejsze modele, które musieliśmy cały czas rozbudowywać oraz naprawiać.

Need for Speed: Porsche był ważny nie tylko ze wzgleu na dosyć wymagającą zabawę, ale również ze względu na pewne zakulisowe zdarzenia, o których opowie Paweł Płocharski z podcastu motoryzacyjnego DoDechy.

Need For Speed: Porsche, znana u nas jako Need For Speed: Porsche 2000 jest bardzo istotną pozycją w gatunku gier motoryzacyjnych. Mimo że nie wybijała się szczególnie grywalnością, możliwościami czy grafiką, to zapoczątkowała umowę licencyjną pomiędzy niemieckim producentem samochodów, a Electronic Arts. Umowa ta trwała 16 lat, aż do końca 2016 roku. Dlaczego to takie ważne? Na mocy tej umowy, jedynie EA miało prawa do wykorzystywania marki Porsche. To właśnie przez tę umowę w grach wyścigowych od innych wydawców, widzieliśmy markę RUF – czyli tunera, który szykuje jeszcze bardziej usportowione wersje tych samochodów. Porsche w innych grach pojawiało się bardzo sporadycznie – zazwyczaj jako osobne i płatne DLC, ale nawet w tych przypadkach deweloperzy musieli dogadywać się z EA, a nie z producentem samochodów.

To wkrótce może jednak się zmienić. Dzięki wygasłej w zeszłym roku umowie, jest wielce prawdopodobne, że w końcu zobaczymy seryjnie produkowane Porsche w takich tytułach jak Project CARS 2. Rok 2017 może być więc początkiem nowej ery fanów 911, 918, Panamer i Macanów, szczególnie że na horyzoncie mamy znów pokaźną ilość motoryzacyjnych tytułów. Przy okazji, jeśli lata temu graliście w edycję gry, zerknijcie na materiały na video w sieci i przekonajcie się jak ogromny skok jakościowy zrobiły gry wyścigowe w zaledwie kilkanaście lat.

W okolicach premiery krążyły plotki, że Electronic Arts zamierzało od tej pory wypuszczać kolejne odsłony serii skupiające się jedynie na markach jednego producenta. Dzisiaj trudno ocenić ile w tym było prawdy a ile pobożnych życzeń graczy, ale faktem jest, że nigdy więcej seria nie doczekała się gry tego typu.

Paweł Płocharski, Jakub Antoniuk

***

Martin Schmitt

Zimowe weekendy to w wielu polskich domach czas, kiedy śledzimy co dzieje się na skoczniach narciarskich całego świata. Choć do zakończenia sezonu jeszcze trochę czasu to już teraz można powiedzieć, że jest to najlepszy sezon w historii polskich skoków. Masowe zainteresowanie tą dyscypliną rozpoczęło się na początku XXI wieku, kiedy to Adam Małysz niespodziewanie wygrał Turniej Czterech Skoczni i rozpoczął pasmo bardzo dobrych występów, uwieńczonych wygraną w klasyfikacji generalnej.

Pewnie niektórzy z was zasiądą dzisiaj o godz. 15 przed telewizorami, aby śledzić zawody indywidualne w niemieckim Willingen. Jeżeli tak, to przyjrzyjmy się postaci pochodzącego stamtąd Martina Schmitta, jednego z czołowych zawodników epoki Małysza.

Martin Schmitt urodził się 39 lat temu, 29 stycznia 1978 roku, we wspomnianym wcześniej Villingen-Schwenningen w ówczesnych Niemczech Zachodnich. Zaczął trenować skoki w wieku 6 lat, a na swój debiut w Pucharze Świata musiał czekać do 20. roku życia, kiedy to pojawił się na 45. Turnieju Czterech Skoczni w styczniu 1997 roku. Debiut był udany, bo od razu zapunktował, co nie zdarza się często debiutantom, nawet tym zawodnikom, którzy później zdobywali największe laury. Co prawda był w ogonie, bo zajął 25 miejsce, ale to i tak było już wielkie osiągnięcie. Jak zawodnik młody w debiutanckim sezonie startował rzadko, ale zawsze skutecznie.

Przez cały kolejny sezon był zawodnikiem stabilnym, zajmującym dobre pozycje, ale na miejsce na pudle, a jednocześnie pierwsze zwycięstwo w konkursie indywidualnym musiał czekać do listopada 1998 roku. Świetnie rozpoczęty sezon 98/99 był dla niego bardzo udany, bo ostatecznie zakończył go jako triumfator całego cyklu i zdobywca Kryształowej Kuli. Nieco pecha miał w Turnieju Czterech Skoczni, mimo dwóch zwycięstw zajął najgorszą dla sportowca czwartą pozycję, tracąc do pudła zaledwie 1,2 punkta. Rok później było lepiej, zajął trzecie miejsce i ponownie kończąc sezon jako najlepszy zawodnik. W kolejnym sezonie ponownie zajął trzecie miejsce w Turnieju ulegając będącemu wówczas w życiowej formie Małyszowi oraz Janne Ahonenowi. W generalce od niego był lepszy jedynie Orzeł z Wisły.

Przez kilka kolejnych sezonów jego dyspozycja była bardzo nierówna, konkursy udane przeplatał z kiepskimi, czasem nawet nie punktował. W generalce zaczął plasować się w drugiej, a nawet czwartej dziesiątce. Niektórzy kibice spisali już go na straty. Udało mu się wrócić do czołówki w sezonie 2008/2009 kiedy to zajął 6 pozycję w całym cyklu. Co ciekawe do dobrego skakania wrócił trenując pod okiem Stefana Horngachera, obecnego trenera Reprezentacji Polski, z którym nasi zawodnicy odnoszą największe w historii sukcesy. Przypadek? Nie sądzę.

Kolejne sezony były dla Martina Schmitta coraz słabsze. Zajmował coraz gorsze pozycje, był pomijany przez trenera przy doborze reprezentantów na poszczególne zawody, coraz częściej nie kwalifikował się do konkursu głównego czy nawet nie przechodził przez kwalifikacje. W lutym 2014 roku oficjalnie zakończył karierę, pożegnał się z kibicami w przerwie między seriami konkursu w Willingen.

Startował przez 18 lat w Pucharze świata i 5 lat było fenomenalne. Zapamiętany został nie jako zawodnik, który nie radził sobie na skoczni pod koniec swojej sportowej kariery, a jako dwukrotny triumfator całego cyklu, a w Polsce jako jeden z największych sportowych rywali naszego Orła z Wisły. W moich oczach należą mu się dodatkowe gratulacje za powrót do bardzo dobrej dyspozycji po kilku słabych sezonach. Szkoda, że nie udało się utrzymać tej dobrej passy dłużej, albo chociaż zmniejszyć tempa spadku formy.

Po zakończeniu kariery nie rozstał się z uprawianą przez większość życia dyscypliną. Wspólnie z Simonem Ammannem oraz ich wspólnym menadżerem Hubertem Schiffmannem założył agencję dla sportowców, która proponuje swoim klientom indywidualne rozwiązania w zakresie zarządzania, doradztwa sponsoringowego, prawa marketingowego i reklamy. Poza tym jest ekspertem sportowej telewizji Eurosport.

Jakub Antoniuk