Kartka z kalendarza, 29 marca – Parasite Eve (i mały bonus m.in. od podcastu What the Fuzz)

Witajcie w środowej Kartce z kalendarza, tej stworzonej wspólnymi siłami Jakub i Piotra. Zanim jednak zanurzycie się we wspomnienia związane z Parasite Eve wiedzcie, że dzisiaj obchodzimy Dzień Metalowca. Z tej okazji Michałowi Zdancewiczowi z podcastu What the Fuzz, który od czasu do czasu pisze dla was artykuliki, oraz pozostałym miłośnikom muzycznego łomotu składamy najlepsze życzenia. Na wczucie dzisiejszych świąt świeże Havok, Body Count a dla ochłonięcia lżejsze kobiece brzmienie od Bridear.

Miłej lektury.

Parasite Eve

Dokładnie dziewiętnaście lat temu przekonaliśmy się, że połączenie mechanik jRPG i survival horror oraz osadzenie powstałej hybrydy w zachodnim, a konkretnie nowojorskim settingu, ma sens. Co więcej, efekt tego eksperymentu japońskiego potentata Square, czyli Parasite Eve to bardzo sprawnie wyprodukowany dreszczowiec akcji.

Pierwsze co rzuca się w oczy to przepiękna grafika. Minął zaledwie rok od wydania Final Fantasy VII, a strona wizualna Parasite Eve, mimo iż wyraźnie powstała z użyciem podobnej technologii co słynny kolega ze stajni Square, to widocznie stanowiła zdecydowany krok naprzód. Statyczne tła i niepokojąca muzyka potęgowały efekt grozy, a zmagania protagonistki Ayi bogate były w mrożące krew w żyłach momenty.

Najciekawszą, a wręcz rozpoznawczą cechą Parasite Eve był misz-masz gatunków i różnych nurtów estetycznych. Aktywna pauza i znany z innych produkcji RPG Squaresoftu pasek ATB dodawały lekkiego, taktycznego zabarwienia pojedynkom z monstrami. Oprócz tego dostępny był system rozwoju postaci i ekwipunku. Z drugiej strony eksploracja i osadzenie akcji w Nowym Jorku w 1997 roku do złudzenia przypominały ówczesne survival horrory z Residentem na czele.

W grze wcielamy się w postać młodej, ambitnej policjantki o dźwięcznym, szczególnie w wymowie nazwisku Aya Brea, stawiającej na przestrzeni kilku dni czoła tajemnicy plagi masowego samozapłonu. Zgodnie z przewidywaniami Aya z niewiadomego powodu opiera się mocom Evy, nemesis, która za wszystkim, wydawałoby się, stoi.

Parasite Eve i jej sequel zestarzały się w podobnym stylu co gry z serii Final Fantasy, co oznacza, że graficznie termin przydatności do spożycia minął dobre kilka lat temu. Ciekawy design graficzny, niesamowity klimat i unikalny mariaż różnych mechanik i gatunków czyni je za to warte uwagi, nawet po tylu latach.

Piotr Ziętal

Chętnie dodam na zakończenie coś od siebie. Z Parasite Eve nigdy nie miałem styczności, słyszałem o tej grze wiele, ale nigdy nie miałem okazji w nią zagrać. Z tego, co wyczytałem ze wpisu Piotra wypadałoby tę zaległość nadrobić. Square, może jakiś remaster?

Seria sama w nie ogranicza się do dwóch wspomnianych gier. W 1995 roku, 3 lata przed debiutem gry na Playstation w Japonii ukazała się książka autorstwa Hideaki Sena a w 1997 roku filmowa adaptacja książki. Nie zabrakło również mangi. Gra wideo była dopiero czwartym medium. Przygody Ayi nie zakończyły się wraz z napisami końcowymi Parasite Eve 2. Po 11-letniej przerwie ukazała się trzecia gra w tym uniwersum i ponownie z Ayą jako protagonistką, starszą, czego po niej nie widać, o 11 lat, ale i bardziej żywiołową. Ta przygoda nazywała się The 3rd Birthday i jako rasowa strzelanko-zabijanka na PSP została przyjęta przez fanów jak i media umiarkowanie.

Jakub Antoniuk

  • Prez

    Bardzo fajna kartka. Propsuję BC.