Kartka z kalendarza, 26 stycznia – Oni / Eddie Van Halen

Witajcie. Dzisiaj jest czwartek, 26 stycznia 2017 roku. Obchodzimy dzisiaj Dzień Służby Celnej oraz Dzień Transplantacji. Wszystkim celnikom (w tym mojego ojca chrzestnego) gorąco pozdrawiam. W dzisiejszej Kartce ponownie goście. Powoli ten zwyczaj staje się normą i lada chwila trzeba będzie przyznać im status pełnoprawnych autorów. Zdan z podcastu What the Fuzz wspomina dokonania wirtuoza gitary, Eddiego Van Halen, a Piotr Ziętal przypomina o grze Oni.

Miłej lektury

Oni

Zanim powstało Halo i nastała era Mistrza Kucharza studio Bungie funkcjonowało na rynku już kilka ładnych lat i miało za sobą kilka dobrych produkcji. Najbardziej znanymi dziełami studia była strategia czasu rzeczywistego zatytułowana Myth oraz FSP-y Marathon dostępne wyłącznie na komputery Apple.

Pomiędzy Myth 2: Duszożerca a pierwszym Halo powstała gra, która znacząco różniła się od dotychczasowych produkcji studia. Była to zręcznościówka TPP dziejąca się w niedalekie, nieco cyberpunkowej przyszłości, która na tle konkurencji dała się zauważyć dzięki zastosowaniu oprawy graficznej rodem z japońskich animacji. Oni – bo o niej mowa – dzisiaj obchodzi swoje 16 urodziny, gra pojawiła się na rynku 26 stycznia 2001 roku na PC, a kilka dni później również na Playstation 2.

Oni było ciekawym przedstawicielem chodzonej nawalanki w stylu Urban Chaos, The Warriors bądź klasyków pokroju Double Dragon zaprezentowanym w nieco innej ujęciu. Jest rok 2032, my jako agentka specjalna imieniem Kinoko dostajemy zadanie przeniknięcia do przestępczej podziemnej organizacji oraz zniszczenia jej od środka. Eksplorowaliśmy wielopoziomowe pomieszczenia w poszukiwaniu przełączników czy użytecznych przedmiotów i walczyliśmy wręcz z napotkanymi przeciwnikami.

Walka była najważniejszym elementem tej gry. Istniała możliwość używania broni palnej, ale była ona bardzo ograniczona oraz mniej atrakcyjna. Walka wręcz wymagała od nas większego pomyślunku, stosowania odpowiednich ciosów i łączenia ich w efektywne kombinacje. Użytkowanie broni palnej nie było wyzwaniem, nie dawało frajdy, choć w sytuacjach krytycznych potrafiło przelać szalę zwycięstwa na naszą korzyść.

Mimo azjatyckiej oprawy graficznej czuć było, że jest to produkcja powstała w świecie Zachodnim. Fabuła, kolorystyka, zachowanie postaci bliższe były Matrixowi Braci Wachowsky aniżeli Ghost in the Shell. Za oprawę dźwiękową oraz muzyczną odpowiedzialny był nadworny muzyk Bungie, Martin O’Donnell, którego możecie kojarzyć z charakterystycznej muzyki z Halo. Jako gra Oni było przyzwoitym kawałkiem kodu, całkiem dobrze przyjętym przez media (średnia ocen na poziomie 7/10) z niezłą sprzedażą (ok. pół miliona kopii).

Piotr Ziętal, który pojawia się w podcaście będącym uzupełnieniem cyklu JapSpam tak wspomina Oni:

Na fali fascynacji klasykiem animowanym Ghost in the Shell postanowiłem zasięgnąć porady z jedynego mi dostępnego wówczas źródła informacji wydawniczych, czyli lokalnego pirata, czy ma jakieś gry w tym klimacie. Zaproponował mi wtedy, (nie mam zielonego pojęcia czemu) Urban Chaos i właśnie Oni, a że obydwa tytuły brzmiały dla mnie podobnie idiotycznie, wybrałem Oni. Zagrywałem się w nią na PC u szwagra, bo sam bym się klawiaturstwem nie skalał wtedy i byłem pod niebywałym wrażeniem oddania klimatu salonowych brawlerów połączonym z przyprawioną cyberpunkiem sci-fi strzelaniną. Wielopiętrowe levele, imponująca, lecz nieidealna mechanika walki i strzelania, industrialny, mangowy klimat, charyzmatyczna protagonistka Konoko i całkiem niezła grafika spowodowały, że Oni zapadła mi mocno w pamięć i, mimo iż raczej gameplay nie wytrzymał próby czasu, a antykorporacyjne przesłanie poruszone w warstwie fabularnej, przemielone przez niezliczone tytuły już chyba wszystkim zbrzydło od tego czasu, gorąco polecam odpalić choćby raz, bo jest to dla mnie taki złoty przykład ‘mega spoko’ tytułu z początku lat 2000.

Piotr Ziętal, Jakub Antoniuk

***

Eddie Van Halen

Gitarzystów jest wielu, ale mianem prawdziwego wirtuoza naprawdę niewielu może się pochwalić. Największym z najlepszych był Jimi Hendrix, to jego gra oczarowała wielu i zainspirowała do tego, aby poświęcić się temu trudnemu rzemiosłu, całe pokolenie gitarzystów wychowało się na jego twórczości. Do tej grupy można zaliczyć dzisiejszego solenizanta – Eddiego Van Halena, współzałożyciela zespołu Van Halen.

Eddie Van Halen urodził się 62 lata temu, 26 stycznia 1955 roku w miasteczku Nijmegen we wschodniej Holandii, ale większość swojego życia spędził w Stanach Zjednoczonych, gdzie wyemigrował wraz z rodziną. Jego ojciec był zawodowym muzykiem grającym na klarnecie i to pod jego wpływem Eddie oraz jego starszy brat Alex zaczęli kierować swoją edukację pod kątem muzycznym. Nie interesowała ich jednak muzyka klasyczna, chcieli uczestniczyć w muzyce dynamiczniejszej, bardziej ekspresyjnej oraz powszechnej.

Początkowo Eddie próbował swoich sił na perkusji, ale po czasie zamienił się na instrumenty z bratem, który wybrał grę na gitarze. Po ukończeniu szkoły średniej bracia zaczęli grać na poważnie. Współpracowali z małymi lokalnymi zespołami, aby z czasem, po poznaniu wokalisty Davidowa Lee Rotha, założyć zespół Genesis. Pech chciał, że w tamtym czasie istniał już zespół o takiej samej nazwie, więc nazwy była konieczna. Stanęło na Mammoth, który ostatecznie wyewoluował w Van Halen.

Eddiemu Van Halen udało się osiągnąć renomę głównie dzięki zastosowaniu wielu nowych, mało znanych i bardzo efektywnych technik gry na gitarze. To on w dużej mierze rozpowszechnił tapping – technikę gry polegającą na wydobyciu dźwięku poprzez naciśnięcie lub oderwanie od struny palca ręki szarpiącej struny. Rozpowszechnił również technikę polegającą na wydobywania dźwięków lewą ręką uderzając palcami w struny na gryfie, natomiast prawą kontroluje potencjometr głośności. Ta technika dawała NIESAMOWITE i bardzo rzadko spotykane efekty, gitara brzmiała jakby była instrumentem klawiszowym.

Eddie jest również uzdolnionym klawiszowcem. Legenda głosi, że naukę gry na tym instrumencie rozpoczął nieco na przekór wszystkim, którzy twierdzili, że gitarzyście nie przystoi grać na klawiszach. Gdy uczył się gry skomponował najbardziej znany kawałek zespołu zatytułowany Jump, w którym klawisze odgrywały bardzo ważną rolę.

Znawca muzyki Michał Zdan Zdancewicz, współprowadzący podcast What the Fuzz tak się wypowiada o Eddiem:

Mało komu udaje się zostać legendą. Jeszcze mniej osób staje się nią za życia. Eddie Van Halen należy do tych osób. Facet już pierwszym albumem swojej grupy Van Halen przebił się do czołówki ówczesnego hard rocka/heavy metalu. I choć to nie tylko zasługa genialnego gitarzysty to na pewno był on jednym z kluczowych elementów tego sukcesu.

Wystarczy przywołać porywające solo zagrane techniką tapping, czyli Eruption. Pomyślcie – kawałek instrumentalny jako jeden z większych hitów z albumu! Rzecz w sumie niesłychana. Debiut to także album, który nadał ton dużej części rockowej muzyki lat 80. Van Halen to właściwie historia amerykańskiego snu w pigułce – od zera do bohatera. To także opowieść o upadku i wielokrotnym podnoszeniu się, o zmianach. W środku tego zawsze był Eddie i jego wspaniałe riffy. Oraz hity, hity, hity.

W tym wszystkim musi się jednak pojawić łyżeczka dziegciu. Otóż wszyscy chcieli być jak Van Halen i grać jak Eddie. W efekcie mieliśmy marne podróbki i zespoły, które uważały, że szybkopalcy gitarzysta załatwi wszystkie ich problemy. Dość powiedzieć, że większość z nich nie miała nawet jednej setnej umiejętności kompozytorskich Eddiego.

Wiele jego solówek zaliczanych jest do jednych z najlepszych na świecie. Mimo upływających lat Eddie może szczycić się mianem jednego z najszybciej grających gitarzystów na swiecie. W 2007 roku wraz z aktualnymi i byłymi członkami zespołu został wprowadzony do Rock & Roll Hall of Fame, muzeum honorującego artystów, którzy wnieśli znaczący wkład w rozwój muzyki rockowej.

Michał Zdan Zdancewicz, Jakub Antoniuk