Kartka z kalendarza, 25 stycznia – Onimusha / Ali Project

Witajcie w Kartce z kalendarza. Dzisiaj mamy 25 stycznia 2017 roku, obchodzimy Dzień Kryptologii oraz Dzień Sekretarki i Asystentki. Dzisiejszą Kartkę z kalendarza przejęła ekipa z podcastu Asian JAM, Jacek Kaleta oraz Anna Rogala, więc jest dużo dobra rodem z Kraju Kwitnącej Wiśni.

Miłej lektury.

Onimusha

Capcom to legenda, legenda, która w obecnych czasach często lubi narażać się graczom pazernymi praktykami. Street Fighter, Dead Rising czy Devil May Cry jeszcze nie tak dawno temu były wyznacznikami jakości i dobrej zabawy. Dzisiaj spółka najczęściej odcina kupony od legendarnych marek i wyciska, za sprawą płatnych dodatków, ostatnie pieniądze graczy. #StreetFighter5Pamiętamy.

Za czasów Playstation 2 dzięki Japończykom ukazało się wiele świetnych, wartościowych gier jak choćby Onimusha. Seria w ciągu 5 lat doczekała się trzech dużych gier z głównej serii oraz kilku mniejszych odprysków. Pierwsza część – Onimusha: Warlords – ukazała się dokładnie 16 lat temu – 25 stycznia 2001 roku na Playstation 2, a z czasem również na innych platformach. Była to chodzona nawalanka, a raczej siekanka 3D osadzona w realiach feudalnej Japonii epoki Sengoku. Wcielaliśmy się w postać młodego samuraja imieniem Samanosuke Akechi, który przeciwstawił się inwazji demonów rodem z piekielnych czeluści.

Gra technologicznie była bardzo mocno zakorzeniona i innej znanej marce CapcomuResident Evil. W obu mieliśmy statyczne tła i umiejscowioną w jednym miejscu kamerę. Walka za to była dużo bardziej dynamiczna. Ze względu na używanie broni białej nie musieliśmy przejmować się ograniczonymi zasobami i radośnie kładliśmy tępo kroczące w naszym kierunku hordy demonów. Późniejsze odsłony odeszły od tego stylu na rzecz pełnego trójwymiaru. Onimusha: Warlords była odmóżdzaczem, grą idealną po ciężkim dniu. Kiedy braliśmy do ręki pada wszystkie codzienne smutki i problemy znikały a nieustające szlachtowanie przeciwników relaksowało. O swoich wspomnieniach z Onimushą opowie Jacek Kaleta.

Pamiętam moje pierwsze spotkanie z serią Onimusha…było podobnie jak z Final Fantasy. Zobaczyłem jakiś dziwny tytuł w telewizji Hyper, gdzie masa wojowników z dzidami, wieśniaków z kosami, motykami i innym prymitywnym sprzętem bojowym biegła na dokładnie drugą taką samą bandę. Na czele tych armii stali wielcy i potężni generałowie, którzy jedyne co robili, to machali równie wielkimi wachlarzami. Całość otrzymała akompaniament w postaci Pearl Jam…i ogólnie nienawidziłem tego teledysku, mimo że uwielbiałem kawałek, który otrzymał.

Było w tym coś odpychającego i nie czułem się stratny z powodu nieznania tytułu gry. I tutaj powinienem zakończyć mój wywód, gdyby nie fakt, że pewnego dnia rozchorowałem się i bardzo dobry kolega udostępnił mi oryginalnie wypalone na Verbatimie DVD z oczywiście oryginalnym kodem spakowanym za pomocą Win Rara. Był to fullrip gry, którą opisał jako „chodzisz takim typem i ciachasz innych. Jest g**niana i nie wiem co w niej robić, ale może Ty z braku laku ją obadasz”. Oczywiście odpaliłem mu kilka złotych za płytę i zacząłem proces instalacji na moim Pentium 4 z GeForce 4 i 512 MB RAM-u.

Nawet nie wiecie, jakie było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałem się, że za tytuł odpowiada Capcom, firma, która wtedy stworzyła moją ulubioną grę – Dino Crissis 2. Odpala się menu i oczywiście poszedł glitch na całego gdzie cały ekran był czarny. Jakimś cudem odpaliłem New Game” nie wiedząc nawet, co się dzieje. Ku mojemu zdziwieniu przywitał mnie widok, którego się nie spodziewałem. Było to dokładnie to samo wideo, które nienawidziłem oglądać na Hyperze. Przetrwałem intro i postanowiłem dać szansę temu tytułowi.

Onimusha posiadała, wszystko to, czego wymagałem od gry. Ciekawą fabułę oraz stanowiła pewien rodzaj wyzwania, które kiedyś było normą. System walki wymagał od nas więcej niż tylko bezsensownego nawalania jednego guzika a bossowie to była miazga. Każdy posiadał swoje słabe i mocne strony, które musieliśmy odkryć, żeby mieć jakiekolwiek szanse. Nawalanie na oślep albo pójście na żywioł mało kiedy popłacało. I to nie tylko z bossami, ale też normalnymi przeciwnikami.

Onimusha posiadała również wspaniały świat i ścieżkę dźwiękową, którą pamiętam do tej pory. Biorąc pod uwagę, że był to okres, kiedy nie każdy posiadał internet to żeby posłuchać tych ścieżek poza głośnikami komputera musiałem wyciszyć w opcjach wszystkie dźwięki poza muzyką i nagrać ją za pomocą małego radia na kasetę.

Niestety poza mną, żodyn z moich znajomych nie docenił tego tytułu. Wszyscy omijali go szerokim łukiem, przez co byłem przekonany, że nikt jej nie lubi. Nie chciałem jakoś w to uwierzyć i w sumie miałem racje. Ten tytuł jest czymś, co udowadnia, że Capcom posiadało kiedyś złoty wiek i wydawali jeden killer za drugim. Brakuje mi tych czasów…a teraz jak już naszło mnie na tak rozległe wspominki to mam zamiar wrócić do tej gry. Tym razem nie będzie to Win Rar na Verbatimie (którego prawdopodobnie dalej mam gdzieś w pudle [łeoo! łeoo, bagiety jadodop. Jakub]), ale oryginalna gra na moim leciwym już PS2.

Z raportów finansowych, jakie opublikował Capcom w 2013 roku wynikało, że łączna sprzedaż gier z cyklu Onimusha sięgnęła blisko 8 milionów egzemplarzy. W trzeciej części brał udział sam Leon Zawodowiec – Jean Reon. Trochę dziwi, że obecnie seria jest martwa. Ostatnia odsłona ukazała się po dłuższej przerwie w 2012 roku i była przeglądarkową frituplejką wykorzystująca w prosty sposób markę.

Jacek Kaleta, Jakub Antoniuk

Ali Project

Japońska popkultura, zwłaszcza muzyka, to dla przeciętnego Europejczyka sztuka bardzo abstrakcyjna i trudna w odbiorze. Barierą jest nie tylko język, ale często również bardzo ekstrawagancki image i różniąca się od Zachodniej muzyka. Jednak nie każdy artysta rodem z Kraju Kwitnącej Wiśni jest skazany na niezrozumienie i porażkę. X-Japan, mimo że dla wielu może być kwintesencją tego, czego Europejczycy nie rozumieją może pochwalić się całkiem sporą sympatią poza granicami Japonii. Do tej samej kategorii zaliczyłbym duet Ali Project, który w dniu dzisiejszym świętuje 29 rocznicę ukazania się ich pierwszego albumu – Gensou Teien wydanego 25 stycznia 1988 roku*.

*najprawdopodobniej, różne źródła podają różne daty, ta pojawia się najczęściej.

Zespół Ali Project został założony przez Arikę Takarano oraz Mikiya Katakury w pierwszej połowie lat 80 i początkowo funkcjonował pod nazwą Ant Project. To właśnie pod tym szyldem ukazała się ich debiutancka płyta. Początkowo ich muzyka charakteryzował się lekkim, bardzo spokojnym, relaksacyjnym tonem jednak z czasem nabierała większego charakteru. Jak tłumaczy to Arika ich twórczość przeszła z bieli do mroku. Trudno jednoznacznie zdefiniować ich muzykę. To wybuchowa mieszanka różnych stylów dająca niepowtarzalny, tożsamy tylko z Ali Project styl. Dominuje elektronika i skrzypce, w tle czasem pojawiają się delikatne gitary. Odrobina czegoś bliskiego gotykowi, muzyki relaksacyjnej, klasycznej i jarmarcznego grania.

Muzyka Ali Project była bardzo często wykorzystywana do czołówek seriali anime. Noir, Rozen Maiden, Kamichama Karin, .hack//Roots, Linebarrels of Iron, Code Geass, Phantom of Inferno czy Fate/Extra to tylko niektóre z seriali gdzie można było usłyszeć zespół. Mikiya Katakura jest dodatkowo odpowiedzialny za kilka ścieżek dźwiękowych do seriali.

Anna Rogala z podcastu Asian JAM tak wspomina Ali Project:

Dawno, dawno temu, kiedy życie było beztroskie a moje mangozjebstwo dopiero zaczynało dawać o sobie znać, dorwałam w swoje łapki anime Noir. I o ile opening tam zamieszczony nie był moim pierwszym zetknięciem z szeroko rozumianym j-popem (Moonlight Densetsu z Sailor Moon FTW), to po raz pierwszy muzyka grana przez Japończyków zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie. Coppelia no Hitsugi jest flagowym przykładem twórczości Ali Project. Łączą oni muzykę klasyczną i elektronikę w sposób, jaki rzadko spotyka się w zachodniej muzyce. Dorzucenie do tego nietypowego, hipnotyzującego wręcz wokalu Ariki Takano sprawia, że naprawdę trudno znaleźć drugi, tak wyróżniający się zespół. I to nie tylko na rynku japońskim, ale i na światowym.

Anna Rogala, Jakub Antoniuk