Kartka z kalendarza, 25 lutego – King of the Monsters \ Tennessee Williams

Witajcie w sobotniej Kartce z kalendarza. Dzisiaj mamy 25 lutego 2017 roku i obchodzimy dzisiaj Dzień Spania w Miejscach Publicznych, Dzień Dinozaura oraz Dzień Pozdrawiania Blondynek. Wszystkie blond dinozaury śpiące w miejscach publicznych pozdrawiam.

W dzisiejszej Kartce znajdziecie opis prastarej bijatyki King of the Monsters, z którą po latach przerwy zmierzył się Jakub, a Katka opisuje postać Tennessee Williams, jednego z najważniejszych dramatopisarzy XX wieku.

Miłej lektury.

King of the Monsters

Japończycy to nacja, która poza chińskimi bajkami z mackami od zarania dziejów dostarczała świetne filmy o potworach rujnujących miasta. Co prawda to nie oni ten koncept wymyślili tylko pożyczyli od Amerykanów, którzy na tym poletku mają równie wielkie doświadczenie, ale to japońska Godzilla uważana jest za króla wszystkich destrukcyjnych potworów.

W pewnym momencie miał miejsce ogromny boom na filmy, w których przerośnięte gady stawały przeciwko siebie czego efektem była cała seria Godzilla kontra… Gry wideo również chciałby uszczknąć kawałek tortu z wówczas bardzo popularnego trendu. Ze względu na ograniczenia sprzętowe oraz ubogą rozgrywkę pierwsze produkcje były toporne, proste i nie dawały satysfakcji. Niektóre jak wydany na komputer MSX Gojira-Kun były niepełnosprawnymi parodiami, o których najlepiej nie pamiętać.

Rozwój technologii, coraz większe pieniądze wykładane na produkcję gier i profesjonalizacja branży sprawiła, że niemożliwe z czasem stało się wykonalne. Jedną z pierwszych gier poruszającą ten temat i przy okazji nierobiąca z siebie pośmiewiska było King of the Monsters wydane 26 lat temu, 25 lutego 1991 roku, na konsolę Neo Geo.

Stworzona przez SNK Corporation oraz Takara gra była mordobiciem z elementami chodzonej nawalanki, w której naprzeciwko siebie stawały ogromne potwory. Ze względu na brak licencji mieliśmy styczność z podróbkami inspirowanymi najbardziej znanymi kreaturami rodem z sal kinowych. W oryginalnej wersji pojawiło się sześć maszkar: Geon przywodzący na myśl Godzillę, Woo, którego przodkiem musiał być King Kong, Poison Ghost – chodzący, przerośnięty szlam, kamienny Rocky, Beetle Mania, gigantyczny żuk inspirowany Megalonem oraz Astor Guy, ludzki superbohater wyglądający nieco jak Kapitan Ameryka, który zdecydowanie przesadził z witaminami. Niektóre z postaci nie pojawiły się w późniejszych odsłonach gry na inne konsole.

Gra oferowała trzy tryby rozgrywki. Gracz przeciwko sztucznej inteligencji, dwóch graczy w lokalnym coopie przeciwko komputerowemu przeciwnikowi oraz lokalna bratobójcza walka pomiędzy graczami. Gracze nie stali bezpośrednio naprzeciwko siebie jak ma to po dziś dzień miejsce choćby w serii Mortal Kombat, lecz mogły poruszać się po dającej nieco swobody mapie. Jak na nie do końca poważną i typową nawalanke system walki był dosyć rozwinięty i dawać sporo frajdy. Co prawda nie miały miejsca zaawansowane kombosy, na których łamało się palce, ale nie można o King of the Monsters powiedzieć, aby to była prosta gra.

Sporym bajerem było ulegające zniszczeniu otoczenie. Walki miały miejsce na ulicach japońskich miast i każdy obiekt, jaki znajdował się na arenie, niezależnie czy to był wieżowiec, świątynia, pływający w porcie transportowiec czy kolejka miejska mogły ulec zniszczeniu. Dewastacja otoczenia była wręcz przez twórców zalecana, gdyż po każdej wygranej walce pojawiała się informacja, jaki procent otoczenia uległ zniszczeniu. Może to niezdrowe, ale informacja o tym, że rozwaliło się połowę Tokio czy Kyoto dawała pewną satysfakcję.

Rok później ukazała się druga część King of the Monsters z podtytułem The Next Thing, która w warstwie samej walki nie zmieniła się drastycznie, ale sama rozgrywka zbliżyła się bardziej do chodzonych nawalanek w stylu Double Dragon.

Jakub Antoniuk

***

Tennessee Williams

Wszyscy żyjemy w palącym się domu. Bez straży pożarnej. Bez możliwości wyjścia. Tylko z oknem na górze, z którego możemy spoglądać, jak pali się dom, wraz z nami, zamkniętymi w nim.

Tennessee Williams to amerykański dramatopisarz, o którym słyszeli chyba wszyscy. Sławę przyniósł mu nie tylko ogromny talent i obsypane nagrodami sztuki, które pisał. Było o nim głośno także za sprawą hulaszczego trybu życia i jawnego przyznawania się do homoseksualizmu, co w tamtym czasie mogło szokować. Jednak to dzięki X Muzie zostanie zapamiętany na długo. Sztuki Williamsa ogromnie podobały się filmowcom i aż jedenaście z nich przeniesiono na duży ekran. Co ciekawe, za każdym razem były to bardzo udane filmy – zdobyły one łącznie 25 nominacji do Oscarów. Swego czasu głośno było o kontrowersyjnym „Baby Doll” Kazana, który został wycofany z dystrybucji z powodu skandalu, jaki wywołał. Do dziś ceniona jest „Noc Iguany” z Richardem Burtonem i Avą Gardner, „Nagle, zeszłego lata” z Elizabeth Taylor i Montgomerym Cliftem, a także „Słodki ptak młodości” z Paulem Newmanem i „Jak ptaki bez gniazd” świetnego reżysera Sidneya Lumeta. Jednak największy rozgłos i zasłużoną sławę zdobyły dwie adaptacje: „Kotka na gorącym blaszanym dachu” oraz „Tramwaj zwany pożądaniem”.

Williams osadzał swoje dramaty w dusznych realiach południowych stanów USA. Jego bohaterów nękały niespełnione ambicje i wspomnienia dawnej świetności, walczyli oni ze swoimi słabościami i lękami, tłumili swoją seksualność, a smutki zapijali alkoholem i dławili przemocą.

Sam pisarz także zmagał się z podobnymi problemami, które nawarstwiły się po śmierci jego wieloletniego partnera oraz nieudanej operacji jego chorej na schizofrenię siostry. Williams zaczął wtedy zapijać depresję coraz większymi dawkami alkoholu i innych substancji psychoaktywnych, co przyniosło katastrofalne skutki. Do dziś niewyjaśniona została przyczyna jego śmierci. Oficjalnie podaje się, że dramaturg zadławił się nakrętką od kropli do oczu, jednak popularna teoria mówi o przedawkowaniu narkotyków. Jednak jak marny nie byłby koniec Tennessee Williamsa, warto zapoznać się z adaptacjami jego sztuk, które są zadziwiająco aktualne. Udowodnił to niedawno Woody Allen, kręcąc „Blue Jasmine”, lekko uwspółcześnioną wersję „Tramwaju”, która, choć niepozbawiona luźnego stylu reżysera, bardzo porusza i skłania do refleksji.

Katarzyna “Katka” Porębska