Kartka z kalendarza, 24 lutego – Black \ Harold Ramis

No i ponownie dotrwaliśmy do najlepszego dnia w tygodniu, piątku. Szkoda, że w chwili, gdy ten wpis jest publikowany do mitycznego Piąteczku zostało jeszcze kilka godzin, ale nie ma co płakać. To nie ucieknie. Może lektura dzisiejszej Kartki umili wam oczekiwanie?

Dzisiaj mamy 24 lutego i obchodzimy Dzień niespodziewanego całusa. W Kartce tradycyjnie dwa tematy. Giereczkowo reprezentuje Black, świetny FPS od studia Criterion Games natomiast w dziale kulturki kolejna filmowa sylwetka – Harold Ramis, scenarzysta i reżyser komediowy, znany jako aktor głównie z dwóch pierwszych odsłon Pogromców duchów.

Miłej lektury.

Black

Criterion Games to brytyjskie studio tworzące gry wideo, które znane jest powszechnie z serii dynamicznych zręcznościowych wyścigów – Burnouta. Pełna adrenaliny i nieskrępowanej zabawy wyścigówka, w której ciężko było wygrać bez robienie zamętu na trasie, zadebiutowała na rynku w 2001 roku i przez kilka lat była synonimem najlepszego rozpierdzielu na czterech kółkach. Finowie z Bugbear Entertainment z Flatoutem co najwyżej próbowali dotrzymać kroku fenomenalnym Brytolom.

W 2004 roku studio stało się własnością giganta wydawniczego – firmy Electronic Arts – i od tamtego momentu wyspecjalizowało się w produkcji gier wyścigowych. Jest jednak jedna gra z tego okresu, która była zupełnie inna niż wszystkie pozostałe. Black, świetny zręcznościowy FPS powszechnie uważany za grę, która wycisnęła ostatnie soki z wówczas już bardzo wiekowej konsoli Playstation 2.

Black ukazał się 24 lutego 2006 roku na wspomniane Playstation 2 oraz pierwszego Xboxa. Tytuł najbardziej kojarzony z postacią Stuarta Blacka, producenta oraz projektanta gier wideo, który znany jest nie tyle ze swojej twórczości a problemów i konfliktów jakie miały miejsce podczas współpracy z nim. Przy produkcji Blacka media nie donosił, aby miały miejsce jakieś zgrzyty między nim a studiem, ale kilka lat później polskie studio City Interactive nie wyszło najlepiej na współpracy z nim przy produkcji FPS-a Enemy Front.

Tytuł nie nawiązywał do nazwiska producenta a “black ops”, tajnych operacji, wokół których kręciła się fabuła gry. Wcielaliśmy się w rolę sierżanta J. Kellera, żołnierza, który pod groźbą spędzenia reszty życia w więzieniu składa zeznania dotyczące jego ostatniej misji. Wszystkie misje fabularne rozgrywane były w formie retrospekcji, zaś samo przesłuchanie pełniło funkcję przerywników filmowymi między misjami. Wszystkie poziomy działy się na terenie postsowieckiej republiki.

Black nie bez powodu nazywany jest tytułem, który wyciskał ostatnie soki z Playstation 2. Autorski silnik studia Renderware, na którym śmigała gra, był rozwijany przez wiele lat. To na nim chodziły takie tytuły jak Grand Theft Auto 3, Call of Duty: Finest Hour, Kill Switch czy Secret Weapons Over Normandy. Uniwersalny silnik był niesamowicie popularny w swoim czasie, przez co twórcy mieli stały dostęp do opinii wielu producentów i mogli dopieścić go w niemal każdym calu. To, co oferował Black było efektem bardzo ciężkiej pracy armii specjalistów. Dzięki temu w schyłkowej erze swojej popularności możliwe były funkcjonalności, o których twórcy pierwszych gier na PS2 mogli co najwyżej pomarzyć. Świetne odwzorowanie dymu oraz efektów świetlnych bez utraty płynności animacji i zaawansowana destrukcja otoczenia oparta o fizykę robiła wtedy ogromne wrażenie. Ja sam, osoba, która nie jara się technikaliami, grając po raz pierwszy w Blacka nie mogła wyjść z podziwu, co udało się osiągnąć programistom.

Sama gra również dorównywała osiągnięciom technologicznym. Niby był to zwykły FPS, jakich wiele, ale przez swoją złożoność, rozgałęzienia ścieżek a przede wszystkim trudną do określenia miodność został przez wielu bardzo ciepło zapamiętany. Osobiście jestem zwolennikiem tezy, że Black był zdecydowanie lepszy niż sztandarowy FPS od Sony, pierwszy Killzone.

Oczywiście, gra nie była ideałem, miała swoje grzeszki, do których zaliczyłbym bardzo rzadkie punkty zapisu stanu gry. Przejście każdej misji zajmowało około godziny, a jedyne miejsce, gdzie można było zachować aktualny stan gry (w dodatku wyłącznie tymczasowy, znikający w chwili wyłączenia konsoli) znajdowało się mniej więcej w połowie. W przypadku niefartu i zgonu naszego bohatera zmuszeni byliśmy powtarzać naprawdę spory kawałek misji. Co prawda była to bolączka wszystkich gier na Playstation 2, ale w tym przypadku było do wybitnie dokuczliwe. Możliwość zapisania stanu gry po ukończeniu misji na karcie pamięci było swego rodzaju nagrodą za trudy. Troszkę na tym ucierpieli gracze Xboxowi, którym konsola oferowała nieco szerszy wachlarz możliwości zapisu stanu gier. Ale i tak było warto, bo gra jako całość wynagradzała nam bardzo wiele.

Dużym atutem była również oprawa muzyczna a uściślając motyw przewodni skomponowany przez Chrisa Tiltona oraz Michaela Giacchino. Piękne, doniosłe symfoniczne dźwięki w filmiku wprowadzającym sprawiały, że ciarki przechodziły po plecach.

Black został całkiem nieźle przyjęty przez graczy (blisko 2 miliony sprzedanych kopii) i miał doczekać się kolejnej odsłony. Przez lata pojawiały się niepotwierdzone informacje o różnych lochach produkcji. Dopiero stosunkowo niedawno twórcy przyznali, że projekt faktycznie istniał, ale w obawie przed słabym przyjęciem gry mocno stojącej mechaniką w erze PS2 zarzucono produkcję. Postawiono wtedy na odświeżenie formuły Burnouta czego owocem był Burnout: Paradise, dla wielu najlepsza odsłona serii, dla niektórych niewypał stworzony z myślą o młodszym pokoleniu. Jeżeli Black miałby podzielić losy Burnouta to może dobrze, że został skasowany.

Jakub Antoniuk

***

Harold Ramis

Pogromcy duchów z 1984 roku to kawał dobrej komedii science fiction. Opowieść o nieco zwichrowanych naukowcach, którzy za cel stawiają sobie oczyszczenie Nowego Jorku z nękających mieszkańców duchów. Przezabawna historia została zapamiętana dzięki kreacjom Billa Murraya oraz Dana Aykroyda. Ale duchołapy to był kwartet, który uzupełniali Ernie Hudson oraz Harold Ramis, który odgrywał najmniej zwichniętego i najbardziej rozsądnego z całej ekipy.

Ramis urodził się w listopadzie 1944 roku w Chicago. Jego talent do pisania tekstów komediowych rozwinął się w czasie studiów. Po ich ukończeniu jednak pracował w zupełnie innej branży. Pracował w zakładzie psychiatrycznym, z którym był związany przez kilka miesięcy. Potem wrócił w rodzinne strony i przyjął posadę nauczyciela.

Wtedy zaczął mieć pierwszy kontakt z mediami dzięki współpracy z telewizją TVTV oraz Chicago Daily News. Z czasem zdobyć posadę redaktora działu humorystycznego w Playboyu. Wtedy zaczął poważniej myśleć o sztuce, podjął naukę oraz zaczął występować z improwizacyjną trupą komediową Second City, w której poznał Johna Belushi. Ostatecznie po kilku latach współpracy w 1974 roku wspólnie z Belushim oraz Billem Murrayem przeprowadził się do Nowego Jorku gdzie pracował w humorystycznej stacji radiowej The National Lampoon Radio Hour. To tutaj swoje pierwsze poważne kroki stawiali obok niego i jego przyjaciół Joe Flaherty, Christopher Guest i Gilda Radner. Później Ramis związał się ze stacją telewizyjną SCTV gdzie przez kilka lat był prowadzącym oraz głównym scenarzystą nocnego programu komediowego.

Na związanie się z kinematografią zdecydował się pod koniec lat 70. Wtedy wspólnie z Douglasem Kenney oraz Chrisem Millerem napisał scenariusz do komedii Menażeria. Debiutancka produkcja o bandzie pokręconych studentów okazała się wielkim finansowym sukcesem. Menażeria pobiła wszystkie dotychczasowe dochody filmów komediowych zarabiając 141 milionów dolarów.

Kolejnym filmem, do którego współtworzył scenariusz były Pulpety z Billem Murrayem w roli głównej. Ten film również okazał się sporym sukcesem finansowym i rozpoczął współpracę pomiędzy Remisem a Murrayem. W kolejnym filmie Golfiarze po raz pierwszy usiadł na krześle reżysera.

W 1984 roku premierę miał najgłośniejszy i najbardziej dochodowy film, nad którym pracował. Pogromcy duchów, komedia z elementami sci-fi, do której napisał scenariusz wspólnie z Rickiem Moranisem i Danem Aykroydem. Dodatkowo zagrał jedną z głównych ról, zrównoważonego i zdystansowanego doktora Egona Spenglera. Pogromcy duchów byli ogromnym sukcesem, zarówno artystycznym, jak i finansowym. Produkcja filmu kosztowała 30 milionów dolarów, a wpływy ze sprzedaży biletów wynosiły ok. 290 milionów dolarów. Naturalne było, że po takiej skali sukcesu ukaże się kontynuacja. Ta pojawiła się w kinach 5 lat później i również była hitem. Już nie tak wielkim jak oryginał, ale przychody przekroczyły magiczną granicę 200 milionów dolarów. Pod względem fabuły film był słabszy niż pierwowzór, a bardzo słodkie zakończenie rozczarowało niektórych widzów.

Jego kolejny film, Dzień świstaka, który wyreżyserował i do którego wspólnie z Dannyem Rubinem napisał scenariusz został ogłoszony przez krytykę jego dziełem życia. To był ostatni film, jaki zrealizował wspólnie z Billem Murrayem. Ich drogi rozeszły się. Panowie nie widzieli się i nie rozmawiali ze sobą przez 21 lat.

W tym czasie Ramis skupił się na dalszej reżyserii oraz pisaniu scenariuszy. W jakiejś formie jego nazwisko widniało na listach płac takich filmów jak Depresja gangstera, Zimne dranie, Pierwsze 20 milionów i Lepiej być nie może. W 2009 roku przyznał, że planuje stworzyć trzeci film o łapiduchach. Film ze sporym poślizgiem względem pierwotnych założeń został zrealizowany, ale z pierwotnej ekipy jedynie Dan Aykroyd brał znaczący udział przy jego produkcji. Pozostali aktorzy znani z pierwowzoru zagrali jedynie drugoplanowe role. Wszyscy z wyjątkiem Ramisa. Nie było mu dane doczekać tego czasu.

W maju 2010 u Ramisa wdarło się zakażenie, które doprowadziło do choroby autoimmunologicznej i efekcie układowego zapalenia naczyń. Stracił zdolność poruszania się. Mimo intensywnej terapii choroba nawracała. Zmarł 24 lutego 2014 roku w wieku 69 lat. Nie dożył premiery trzeciego filmu o Pogromcach duchów, ale udało mu się na krótko przed śmiercią spotkać po ponad 20 latach przerwy z Billem Murrayem i porozmawiać. W ostatniej podróży poza rodziną towarzyszyli mu m.in. Dan Aykroyd, Chevy Chase oraz wdowa po Johnie Belushi.

Jakub Antoniuk